duza mapa z trasą rejsu

Spływ Bugiem - lipiec 2016 roku

   Pomysł urodził się w mojej głowie dość dawno - ot, kolejna niebieska kreska na mapie dróg wodnych Polski, którą chciałoby się przepłynąć. Zimą 2015/2016 padł pomysł, miał być - w pewnym sensie - efektem wydarzeń, o których wzmianka będzie na końcu. Wizja była ambitna. Wodowanie na Bugu tak wysoko jak to możliwe (ale bez odcinka granicznego), spływ na Zalew Zegrzyński, przeskok kanałem Żerańskim na Wisłę i dalej w dół do Gdańska.

   Wodowanie było w Niemirowie, tuż przy granicy polsko-białoruskiej. Stąd 224 km Bugu, potem 7 km zalewu, 17 km kanału, śluza Żerań, 421 km Wisłą i około 15-20 km do mariny w Gdańsku. Razem niecałe 700 km. Czyli trochę mniej niż Wielka Pętla Wielkopolski, którą zrobiłem w 2010 roku. Przewidziany czas na wyprawę - góra trzy tygodnie. WPW zajęła 2,5 tygodnia, więc powinniśmy zdążyć, zwłaszcza, że było z prądem. Na WPW miałem 70 km pod bystry prąd Noteci.

   Na trasie rejsu czaiły się dwie poważne przeszkody. Śluza Żerań, między kanałem Żerańskim a Wisłą, była remontowana. Śluzowania były przewidziane wyłącznie w poniedziałki, między 7.00 a 9.00 rano. Druga to niskie - a nawet bardzo niskie - stany wody na Bugu, takie ostrzeżenia płynęły z RZGW. Ba, nawet była informacja o zamknięciu szlaku żeglownego na Bugu ze względu na niskie stany wody. Niestety doświadczenia z poprzednich lat nauczyły mnie, że RZGW twierdzi jedno, a życie pokazuje drugie. Z tego powodu zbagatelizowałem ostrzeżenia... Z różnych względów mogliśmy zwodować jacht rankiem we wtorek, 12 lipca. Biorąc pod uwagę doświadczenie z poprzednich rejsów uznałem, że sześć dni spokojnie wystarczy na dotarcie do śluzy Żerań. Ba, oczami wyobraźni widziałem nawet jeden dzień w zapasie... Jakże się wtedy myliłem...

   Rejs miał odbyć się - tak jak wszystkie poprzednie - na moim Morsie RT "Żyszkoś". Jacht ten ma dwie duże zalety. Po pierwsze jest stosunkowo łatwy w transporcie lądowym, a po drugie ma niewielkie zanurzenie. Do tych dwóch w zasadzie moglibyśmy doliczyć wiele, wiele innych (no, może poza wysokością w mesie ;-) ). Przygotowania do rejsu nie były jakieś specjalne, na Żyszkosiu w zasadzie jest wszystko to, czego potrzebujemy do żeglugi w różnych, dziwnych miejscach.

   Ze Strzybogi wyjechaliśmy po południu, w poniedziałek 11 lipca 2016 r. Wieczorem dotarliśmy do Mielnika, gdzie był zarezerwowany nocleg. Dźwig był umówiony na 9.00 rano, 10 km dalej, w Niemirowie. To był jeden z najpoważniejszych kosztów całej imprezy, ponieważ musiał dojechać z Siemiatycz. Już przez telefon operator powiedział, że za samo wodowanie nie policzy, bo to żadna robota, ale za dojazd to już tak, bo to jedyne 30 km w jedną stronę.


W drodze do Niemirowa. Gdzieś między Łochowem a Sokołowem Podlaskim. Niemirów. Przygotowanie do wodowania. Niemirów, przelot Żyszkosia nad namiotem. Wodowanie. Początek rejsu. Jeszcze myślę, że będzie łatwo.

   Jak płynąć dziką rzeką, taką jak Bug?

   Generalnie przy niskich stanach wody, na wolno płynącej, nizinnej rzece jak Bug jakiekolwiek zasady wyczytane w różnych podręcznikach możemy zostawić na lądzie. Jeśli trafimy na prosty odcinek rzeki i do tego jeszcze szeroko rozlanej możemy się spodziewać, że wody będzie po kostki. Może do kolan. Jeżeli koryto tej samej rzeki będzie wąskie (okolice Brańszczyka, Kamieńczyka niedaleko Wyszkowa) - będziemy zasuwać jak po autostradzie. Jeżeli na tej szeroko rozlanej rzece trafimy na wyspy - to niech Bóg i Bug mają nas w swojej opiece. Innymi słowy - loteria. Niezależnie od tego czy są znaki, czy ich nie ma.

   Cały odcinek Bugu, który przepłynęliśmy jest oznakowany tykami. Czerwone (a tak naprawdę biało-czerwone) z walcem jako znakiem szczytowym (niemal zawsze wykonanym z butelki typu pet) oznaczają prawą stronę szlaku żeglownego, czyli płynąc w dół rzeki zostawiamy je po prawej burcie. Zielone (w rzeczywistości biało-zielone) ze stożkiem (na Bugu bez butelki) to lewa strona, czyli zostają po lewej burcie.

   Wszystko byłoby pięknie, tylko tyki zostały ustawione kiedyś i tak stoją do tej pory. A koryto rzeki żyje i nurt przenosił się gdzie indziej, a znaki wskazywały złą drogę... Często ich po prostu nie było. Szlak jest skrajnie zaniedbany. Chyba nikt nie sprawdza, czy znaki stoją tak, jak powinny... Teraz, z perspektywy czasu, żałuję, że nie odnotowaliśmy każdego źle postawionego znaku. I, że nie poinformowaliśmy o tym RZGW. Na wodzie nie było czasu, żeby wynotować takie miejsca. Płynęliśmy we dwoje, jedno z nas cały czas czytało wodę w poszukiwaniu podwodnych pułapek, drugie pracowało bez przerwy silnikiem i sterem.

   Napowietrzne linie energetyczne. Tu trzeba zwrócić honor - są bardzo dobrze oznakowane. Większość trasy pokonaliśmy z postawionym masztem, co znacząco zmniejszało zanurzenie rufy. Tylko raz, pierwszego dnia, napotkaliśmy dziwną, stalową linę, rozpiętą dosyć nisko między brzegami rzeki, na długim zakolu między Wajkowem a Serpelicami.

   Mosty. Na wszystkich mostach jest dobrze widoczne, oznakowanie. Dostajemy informację o szerokości oraz wysokości żeglowanego przęsła. Raz się zdarzyło, że było inaczej. Znaki na moście koło Siemiatycz (most z DK 19) zalecają przejście skrajnym prawym przęsłem. Nie było mowy o przejściu tamtędy, przeszliśmy skrajnym lewym... Spodziewajmy się, że pod każdym mostem będziemy walić sterem o nie-wiadomo-co w rzece. Wchodząc pod każdy z mostów wyciągałem silnik z wody uprzednio go wyłączając. Myślę, że są to śmieci wrzucone do wody podczas np. remontu...

   A przede wszystkim to najlepiej płynąć w maju, kiedy już bywa w miarę ciepło i jeszcze jest w miarę wysoki poziom wody.


Bug, okolice Serpelic. Przebijamy się pod lewy brzeg, pod skarpę. Tam powinno być głębiej. Od czasu do czasu pojawia się słupek kilometrowy. Okolice Mielnika. Bug. 	Płytko! Za rufą tworzy się niewysoka, ale krótka, stroma i załamująca się falka. Silnik gotowy do wyłączenia i wyjęcia z wody.

   Wtorek, 12 lipca 2016 roku

   Niemirów, około 800 m od granicy polsko-białoruskiej. W umówionym czasie pojawiliśmy się w miejscu, gdzie miało się odbyć wodowanie. Okazało się, że akurat tego dnia postanowiono wyciągnąć na ląd tamtejszy prom (o ile wiem, to wyciągnięto go na zawsze). Dźwig przyjechał chwilę wcześniej i znalazł wygodne - według operatora - miejsce do wodowania. Stojący obok namiot kajakarzy w niczym mu nie przeszkadzał. Wielkie drzewo tuż obok też nie. Dawno już się nauczyłem, że nie ma się co mądrzyć w takich sytuacjach, ale podobno w moich oczach widać było przerażenie. Operator dźwigu okazał się dobrym fachowcem, wodowanie odbyło się bardzo sprawnie, Żyszkoś został przeniesiony tuż nad namiotem i zarazem tuż obok wielkiego drzewa, po czym stanął w naturalnym dla siebie środowisku.

   Podziękowaliśmy Rodzicom za pomoc w przywiezieniu nas tutaj. Rodzice pojechali w stronę domu, a my zabraliśmy się za taklowanie Żyszkosia.

   Na pewno pojawi się pytanie dlaczego nie wodowaliśmy się wjeżdżając wózkiem do wody. Z prostego powodu - szkoda przyczepy. Dzięki temu, że nie jest wodowana z całą pewnością wiem, że w czasie jazdy nie poodpadają koła, a światła, nawet po zimie po prostu działają. Poza tym, jak się dowiedzieliśmy już na miejscu poziom wody był taki, że po wjechaniu przyczepą do wody jacht na pewno nie spłynąłby na wodę...

   Generalnie staliśmy się małą sensacją. Niemal natychmiast pojawiła się Straż Graniczna, a raczej jej przedstawiciel na motocyklu. Kajakarz, obozujący naprzeciwko porzucił kajak i przypłynął do nas wpław (a raczej przeszedł przez rzekę), aby pogadać. Potem pojawił się ktoś jeszcze, a na koniec niczego nie podejrzewający właściciele namiotu. Na opowieść o "przelocie" Żyszkosia ucieszyli się, że namiot stoi nienaruszony.


Przeciąganie jachtu w stronę głębokiej wody... ... która może być tu... ... albo nie tu. A skoro nie tu, to może z drugiej strony? Głęboko znaczyło do kolan... Przedziwne pływadło napotkane gdzieś w okolicach Mielnika. Tak nocowaliśmy. W oddali widać most kolejowy pod Siemiatyczami, maszt już położony, zaraz oddamy cumę.

   Na miejscu ze swoją łodzią działała też Straż Pożarna. Zapytałem jednego ze Strażaków, jak jest na rzece. Usłyszałem, że płytko, a koło Sutna jest kamienna mielizna...

   Ruszyliśmy pełni optymizmu. Krótka, rzeczna, płetwa sterowa bardzo szybko zaczęła uderzać o dno. Wkrótce okazało się, że dzwonienie blachy o kamienie będzie nam towarzyszyło przez niemal cały czas.

   Było płytko. Bardzo płytko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to już tak będzie. O opuszczeniu miecza nie było mowy. Zresztą miecza nie opuściliśmy przez cały rejs po Bugu. Z dużymi oporami zszedł na dół dopiero na Zalewie Zegrzyńskim. Po pierwszych 2,5 km stanęliśmy na mieliźnie. O co chodzi? Przecież tu powinno być głęboko! Tak zazwyczaj było na rzekach, po zewnętrznej stronie zakola głęboko, tam gdzie jest nurt, a po wewnętrznej płytko. Poza Narwią. A Narew jest w sumie podobna do Bugu. A, czyli już wszystko jasne.

   No to stoimy. Na mielu. Na szczęście większość mielizn to piasek, czasem ubity, a czasem miękki, w który łatwo się zapada. Cóż, trzeba wejść do wody i ruszyć na poszukiwanie głębokiej wody. Głębokiej, czyli jak się okazało na tym rejsie, takiej powyżej kolan. Poszukiwanie głębokiej wody polega na tym, że chodzi się od brzegu do brzegu i sprawdza samym sobą, gdzie jest głębiej. :-) Niekiedy mieliśmy wrażenie, że na całej szerokości jest płytko i w rozpaczy rozkładaliśmy ręce. W końcu znajdowaliśmy szeroką na 3 metry ‘ścieżkę’ głębszej wody i ruszaliśmy dalej. Potem takie sytuacje albo nas frustrowały albo rozbawiały - to zależało od stopnia zmęczenia.

   O ile mielizny nie są jakimś szczególnie strasznym zagrożeniem i siada się na nich w miarę miękko to kamienie budzą grozę. Najgorsze są odcinki usłane kamieniami, a Przełom Bugu jest dość długi (zobaczcie na mapie Polski). Wtedy płynie się minimalnie szybciej od prądu, byleby zachować jako taką sterowność. Nie wszystkie kamienie tworzą warkocz na powierzchni wody. Niektóre można zlokalizować wyłącznie po minimalnym załamaniu wody za nim... lub wcale nie są widoczne, a na tyle płytko, że dno Żyszkosia haczyło o nie.


Przystań pod Siemiatyczami ;-) Przystań pod Siemiatyczami, widok w górę rzeki. Zbliżamy się do mostu pod Siemiatyczami. Marianna na dziobie wypatruje przeszkód ukrytych w nurcie rzeki. Okolice mostu. Most...

   Pierwsze 2,5 - 3 godziny i przerwa. Zatrzymaliśmy się w uroczym Mielniku, poszliśmy na zasłużony obiad do pensjonatu "Panorama". Kartacze i kiszka ziemniaczana są tam luks...Mielnika nie zwiedzamy - mieliśmy okazję zwiedzić tę miejscowość, wieki temu była prężnym miastem. W 1934 roku utracił prawa miejskie. A jest co oglądać - Góra Zamkowa z obłędną panoramą doliny Bugu, ruiny kościoła, cerkiew, klimatyczny rynek, kopalnia kredy. Warto tam pojechać. Serio. A w okolicach miłośnicy fortyfikacji znajdą wiele poradzieckich bunkrów, tzw. Zębów Mołotowa.

   Wracamy na Bug. Oddajemy cumy i już po pierwszych 400 m przymusowa kąpiel. Mielizna. Czasem wystarczało, żeby z jachtu zeszła jedna osoba. Często dwie. Wyciągnięcie płetwy sterowej do pionu, szarpnięcie jachtu pod prąd, ściągnięcie na "głęboką" wodę, czyli aby pływał i spacer w prawo, w lewo na poszukiwanie głębokiej wody...

   Zaczyna padać. Plecy przykryte sztormiakiem, ale na nogach krótkie spodnie i sandały. Nie ma sensu ubierać się cieplej, skoro co jakiś czas trzeba wchodzić do wody. Pierwszego dnia staliśmy chyba siedem razy. Dla niewtajemniczonych - Żyszkoś ma góra 30 cm zanurzenia... Mozolnym, powolnym tempem pokonywaliśmy kolejne płycizny i zakola.

   Na nocleg zatrzymaliśmy się w lesie przy lewym brzegu Bugu, około 1,5 km przed mostem kolejowym w okolicach Siemiatycz. Po moście od czasu do czasu dudnił pociąg, niespecjalnie przeszkadzając w odpoczynku. Zmęczeni padamy spać.

   Dzisiaj, przez trochę ponad pół dnia, przepłynęliśmy całe 25 km.


... i przeszkody czające się tuż za nim. Ląd po lewej to wyspa. Zniszczenia spowodowane przez bobry. Ta sama wyspa, tym razem po prawej. Sternikowi wygodnie nie jest, musi być blisko silnika i jednocześnie widzieć to, co jest przed dziobem. Chwilę później stanęliśmy na dobre... Bug.

   Środa, 13 lipca 2016 roku

   Wypoczęci, pełni optymizmu - przecież padało po południu, padało w nocy, na pewno podniósł się poziom wody. Trochę się może i podniósł... (Gdy piszę te słowa zimą 2016 Marianna czyta mi przez ramię i komentuje: "może trochę... sratatata. Poziom to teraz się podniósł, a nie wtedy").

   Cumę - bo zatrzymujemy się wyłącznie na dziobowej... No właśnie, jaki mamy patent na cumowanie? Zawsze do zacumowania na dłużej (na noc) szukam wysokiego brzegu, najlepiej ze skarpą, tam gdzie woda jest głęboka. Mile widziana jest kępa trzcin, albo, jeszcze lepiej, zwalone drzewo. Zatrzymujemy się wyłącznie na cumie dziobowej. Rumpel wiążemy w pozycji "na burt", unosząc lekko płetwę sterową tak, aby prąd wody odsuwał rufę od brzegu. Wtedy mamy bezpieczny silnik i ster i jednocześnie wygodne wejście do wody. Do suchego lądu podciągamy się za pomocą bosaka, często z pomocą drugiego załoganta.

   Kąpiel w Bugu. Początkowo miałem obawy. Okazało się, że woda w Bugu nie jest jakaś żrąca, farbująca, czy nie wiadomo jak brudna. Poza tym po wyjściu w wody (poza przymusowym brodzeniem na mieliznach) spłukiwaliśmy się "słodką" wodą.

   Cumę oddaliśmy przed 10.00 rano. Ruszyliśmy pod most. Most stoi częściowo na wyspie, kierujemy się tak, jak prowadzą znaki, czyli idziemy pod prawy brzeg. Pod mostem oczywiście gruzowisko nie-wiadomo-jakiego śmiecia, przechodzimy rozpędem przy wyłączonym i podniesionym silniku.

   Zaraz za mostem, przy prawym brzegu kamienista łacha, wystająca ponad wodę. Skoro na łasze kamienie to i w wodzie zapewne też. Rzeczywiście - płetwa dzwoni o dno powodując niebywały hurgot. Najlepsze efekty daje pojedyncze uderzenie płetwy w podwodną przeszkodę. Stalowa, luźno chodząca w jarzmie, niepotrzebująca kontrafału płetwa sterowa wydaje wtedy niesamowite dźwięki.


Kolejna wyspa, prawie za nami. Podwodna, dobrze widoczna przeszkoda. Niektóre kryją się niestety zupełnie. Ta dała komfort wcześniejszego rozpoznania. Jedna z wielu wysp została za rufą. Na niej tyka wyznaczająca tor wodny... W poszukiwaniu głębokości. :-) Szeroko rozlany Bug około 1,5 km przed mostem drogowym koło Siemiatycz. Szeroka rzeka = płytka rzeka.

   Dzień, dwa dni później mieliśmy śmieszną sytuację z kajakarzami. Zapytali czy mamy echosondę. Odparłem, że i owszem, akustyczną. Za chwilę usłyszeli jak działa. Oglądali się nerwowo ;-).

   Przed nami duża wyspa. Znaki każą iść w prawo od niej. No to idziemy. Ulgowe kilkaset metrów.

   Trzeba bardzo patrzeć na wodę i uważać gdzie jest... nie, gdzie może być nurt. Czasem bywa tak, że się płynie metr, półtora od brzegu. Najłatwiej jest na zakolach, przy urwisku po zewnętrznej stronie zakrętu. Tam rzeczywiście jest głęboko.


Most drogowy nad Bugiem koło Siemiatycz. Górą - krajowa 17-ka. Dołem - my. Znaki na moście nakazują wybrać skrajne prawe przęsło, znaki na wodzie - skrajne lewe. Mamy rację, lewa jest OK. Most koło Siemiatycz. O moście już nie pamiętam, kombinuję którędy dalej... Bardzo charakterystyczne 'ugięcie' tafli - pod spodem płytko. Lepiej iść pod drugi brzeg. Podręczniki mówią, żeby iść po zewnętrznej zakola. Bug twierdzi, że lepiej jest przy brzegu ze skarpą. Niski brzeg to w zasadzie pewna mielizna.

   Wyspa zostaje za nami. Przed nami robi się szeroki i prostu odcinek rzeki. No tak - za chwilę stoimy. Uczymy się czytać wodę (a wydawało się, że wiemy to i owo na ten temat...). Zaobserwowaliśmy trzy podstawowe przeszkody:

   Moment wejścia na płyciznę - ławicę, przykosę lub przemiał (z naszego punktu widzenia wszystko jedno co to jest) można bardzo łatwo rozpoznać. Przede wszystkim pokazuje nam to płetwa sterowa, zaczyna się unosić, na rumplu robi się coraz większy opór. Kolejny znak to rosnąca fala pod jachtem. Dziób się wynurza, rufa wchodzi w wodę. Jacht zwalnia coraz bardziej. W końcu musimy wyłączyć silnik i wyciągnąć go z wody. Jeżeli będziemy mieli szczęście to płetwa sterowa nagle opadnie, jacht się wyprostuje, uruchamiamy silnik i płyniemy dalej. Jeżeli mniej - jacht się bujnie i zatrzyma. Za 10-tym razem echo mówi z przyzwyczajenia mać, mać, mać, wchodzimy do wody i szukamy głębokiej wody. Czasem trzeba pociągnąć jacht kilkaset metrów do tyłu i znaleźć nurt, który nie wiadomo czemu pojawia się pod drugim brzegiem.


Znowu podnoszące ciśnienie 'ugięcie' wody - to jest charakterystyczne dla zwalonego drzwa. Pod skarpę! Tam zazwyczaj jest nurt i głęboka woda, ale... ... na środku jest płytko, czasem za płytko. Pułapki na Bugu. Szeroka rzeka i niskie brzegi sugerują, że może być płytko. Bądź tu mądry którędy płynąć... Każda plama to potencjalne zagrożenie dla kadłuba.

   Bywa też tak, że na resztce prędkości, już bez silnika jacht opierając się dnem na mieliźnie bujnie się do przodu (rufa idzie do góry, dziób na dół) i... siłą woli przeskoczy płyciznę. Jest to jeden z fajniejszych momentów. Nie trzeba włazić do wody.

   Najgorsze są mielizny kamienne. Tam jest po prostu sraczka i gacie pełne męstwa. Prędkość ograniczona do minimum sterowności, oczy wpatrzone w wodę i poszukiwanie kamieni. Czasem się nie udaje...

   Około 2,5 miesiąca później latałem motoparalotnią nad Kazimierzem Dolnym i nad Wisłą. Z góry widać wszystko rewelacyjnie! Każdą łachę, przykosę, przymulisko, odsypisko... Takie planowanie drogi to byłoby coś. Następnym razem zabieramy jakiegoś drona ;-)

   Wracamy na rzekę. Kolejna mielizna pokonana, przed nami most drogowy, z DK19 Lublin-Białystok. Ruch na moście duży, ale to nas zupełnie nie interesuje. Szerokość żeglowanego przęsła to 30 m, prześwit od WWŻ - 5,3 m. Oznakowanie prowadzi pod przęsło przy prawym brzegu rzeki. Tylko wyraźnie widać, że nurt układa się pod przęsłem przy... lewym brzegu. Do tego Bug zakręca łagodnie w prawo, przez co głębiej powinno być pod lewym brzegiem. Po prawej płytko, wyraźnie widać przeszkody. Most pokonujemy przy lewym brzegu, dwa przęsła w lewo od tego, co pokazują znaki. Przechodzimy bez przeszkód, oczywiście przy wyłączonym i podniesionym silniku.

   Pogoda jest uprzejma - nie pada, a zachmurzone niebo chroni przed słońcem.


Zdziwione krowy. Przerwa kawowa. Kolonia jaskółek brzegówek, jedna z wielu. Rzeka. Zbliżamy się do Drohiczyna.

   Za chwilę slalom między wyspami, poszukiwanie głębokiej wody. Bug zaczyna odrobinę mocniej meandrować, przy zewnętrznych brzegach zakrętów tworzą się urwiska, więc mozolnie przebijamy się od urwiska do urwiska. Najtrudniejsze jest przejście środka rzeki. Na mielu stajemy mniej więcej co godzinę.

   Na prostych odcinkach rzeki też slalom pomiędzy leżącymi to tu to tam wielkimi konarami, czy całymi drzewami przyniesionymi kiedyś przez rzekę. Albo kamieniami.

   Często spotykamy pasące się na brzegach krowy. Przyglądają nam się z dużym zainteresowaniem.

   Około 13.00 przerwa - zatrzymujemy się w lesie, przy prawym brzegu. Odejścia z takich miejsc są dosyć trudne i niemiłe. Obrót na wstecznym, pod prąd wydaje się najłatwiejszy, ale i silnik i płetwa sterowa są głęboko w wodzie. O ile uderzenie silnikiem czy płetwą sterową o podwodną przeszkodę przy biegu naprzód spowoduje podbicie jednego i drugiego. Konstrukcja urządzeń wyklucza takie podbicie na wstecznym. Zabawa może się skończyć uszkodzeniem, steru, silnika, a nawet pawęży...

   Spotykamy czarnego bociana. Pasie się na przeciwnym brzegu, wyjada jakieś robaki, czy inne żyjątka. Pojawia się wiatr, a wraz z nim zafalowanie, które mocno utrudnia czytanie wody. Myślimy o przerwie obiadowej w Drohiczynie.


Statek w Drohiczynie. Daleko, nad nadbudówką statku widać zacumowanego Żyszkosia. Statek nie daje rady. My dajemy. Z trudem. Żyszkoś w Drohiczynie. Drohicznym za rufą, prom linowy 'Drohiczyn' też. Chwilę później stanęliśmy na płytkim. Wieczorne widoki.

   Przed Drohiczynem napotykamy bardzo dobrze oznakowane napowietrzne linie energetyczne. Na jednym znaku 11,4, na drugim 12 m. Bez znaczenia. Maszt mamy położony.

   Około 15.00 zza zakrętu wyłania się piękna panorama Drohiczyna. I chwilę później niespodzianka - niewielki pływający pomost przy którym cumujemy. Zwiedzanie miasta (bardzo, bardzo ciekawego) odpuszczamy - byliśmy tutaj jesienią zeszłego roku. W restauracji położonej tuż nad wodą jemy pyszny obiad i uzupełniamy "słodką" wodę. Paliwo (jest okazja! Nie wiadomo, co będzie dalej) - na stacji Lotosu położonej około 1,5 km od rzeki, przy skrzyżowaniu ulic Piłsudskiego i Księcia Witolda. Wracamy przez centrum miasta, robiąc drobne zakupy w tamtejszym markecie.

   Po 17.00 ruszamy dalej. Po prawej burcie zostaje Drohiczyn oraz niewielki statek "Drohiczyn", na którym widnieje informacja o zawieszeniu rejsów ze względu na niski stan wody. Chwilę później - prom linowy, też Drohiczyn :-).

   A po kolejnych 300, może 500 m, zatrzymujemy się. Na mieliźnie a jakże. Ściągamy się z tejże, machamy do kajakarzy, którzy rozbili obozowisko na lewym brzegu. Płyniemy jeszcze kilkadziesiąt minut i zatrzymujemy się przy prawym brzegu, na wysokości Starczewic. Nocleg.

   Dystans na dziś: 28 km.


Adam. Teoretycznie tyczka powinna zostać po naszej prawej burcie... Pod prawy! - łacha i niski lewy brzeg mówią że tam może być płytko. Wysoka skarpa koło Frankopolu, przed mostem z DK 62. Most we Frankopolu. W lewo - Sokołów Podlaski. W prawo - Siemiatycze.

   Czwartek, 14 lipca 2016 roku

   Poranek budzi nas deszczem. Śpimy więc długo, wstajemy dopiero zagrożeni odleżynami. Śniadanie, w międzyczasie przestaje padać i ruszamy, godzina mniej więcej 10.30. Niebo zachmurzone, ale korzystne prognozy zachęcają, aby porzucić "zaciszny kącik" przy dużej łące. Zacisznej tyle o ile, bo wieczorem dnia poprzedniego dwoje ludzi przyszło po krowy i w międzyczasie okładali się słowem, przeraźliwie obelżywym :-) Taka lokalna atrakcja.

   Omijamy kolejne łachy, przeszkody, przebijamy się przez płycizny, Podziwiamy jaskółki brzegówki, które niemal w każdej skarpie nad Bugiem kopią głębokie nory (z reguły 50-60 cm, ale czasami i 1,5 m, przynajmniej tak twierdzi wikipedia). Przy okazji na skarpach widać miejsca, do których dochodziła woda.

   Z rzadka pojawiają się umocnienia na brzegach - albo kamienne, albo betonowe płyty. Po około godzinie dochodzimy do ostrego zakrętu w prawo. Lubimy takie miejsca. Lewy brzeg to wysoka skarpa. W połączeniu z ostrym zakrętem doskonale pokazuje nurt i głęboką wodę.

   Za zakrętem wyłania się kolejny most - to Frankopol na DK62 (droga Sokołów Podlaski-Drohiczyn-Siemiatycze). Przejeżdżaliśmy tędy trzy dni temu. Kładziemy maszt i spokojnie kierujemy się pod most. Szeroko i wysoko - odpowiednio 20 i 5,7 m. Środkowe przęsło jest przęsłem żeglownym. Tym razem idziemy zgodnie z tym, co zalecają znaki. Oczywiście pod samym mostem widać wyraźne ślady jakieś zwary, przechodzimy trochę z duszą na ramieniu. Znowu się udało.


Wyremontowany most prezentuje się zacnie. Pod mostem dzwonimy sterem o nie-wiadomo-co. Tak utrzymany brzeg i zakaz kotwiczenia? Odpowiedź jest jedna - pod dnem przechodzi rurociąg 'Przyjaźń'. Fordewind! :-) Chwile na foku spowodowały, że... ... krowy oniemiały. Na samym foku.

   300 m za mostem - zakaz kotwiczenia. Lewy brzeg bardzo ładnie umocniony... A, racja, pod nami rura z ropą, czyli rurociąg "Przyjaźń". Podobno kiedyś robiono odwierty, aby sprawdzić, w którą stronę płynie ropa...

   Stawiamy maszt. Tak, z postawionym masztem płynęliśmy przez większość rejsu. Po pierwsze tak jest wygodniej (nic nie przeszkadza w kokpicie), a po drugie postawiony maszt nie przegłębia rufy, co jest tak bardzo dla nas istotne. Bom też mieliśmy, ale ten pokonał cały rejs leżąc na prawej burcie, przywiązany do listwy odbojowej.

   Wieje w plecy! No to czym prędzej luzujemy linkę od rolera foka (jak do jasnej anielki się ona nazywa?), wybieramy szot i... uprawiamy żeglarstwo. Co prawda tylko na foku, ale zawsze. Pasące się na brzegach krowy są zadziwione :-) Powoli płyniemy z prądem i wiatrem, przed nami niemal prosty niemal 4,5 km odcinek. Jest szeroko, oczywiście płytko, płetwa sterowa cały czas szoruje po dnie, ale płyniemy. Po lewej zostaje Wirów, w którym kiedyś był żeński klasztor prawosławny, a teraz jest dom pomocy społecznej. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Oczywiście władowaliśmy się na mieliznę. Fok w dół, ja do wody, cała wstecz za pomocą nóg i poszło. Znalazłem "głęboką" wodę, dalej idziemy na silniku.

   Żeglowanie się skończyło, przed nami długie zakole, przed nim płynęliśmy na NE, za nim płyniemy na SW. Czyli 180 stopni :-) Prawie jak na Pisie. Tyle, że tutaj te zakola trwają i trwają.


Wszędzie wyspy, rozlewiska, a człowiek ma znaleźć właściwą drogę.... Lubimy urwiska, czasem płyniemy metr, półtora od brzegu. Czy ta tyczka stoi we właściwym miejscu? W takich miejscach można było odetchnąć. Skarpa, trzeba tylko zwracać uwagę na powalone drzewa.

   Po kilkuset metrach, przy miejscowości Mołożew Wieś ostro skręcamy w prawo i znowu zaczynamy płynąć na północ, z lekkim odchyleniem na zachód.

   Zbliżamy się do Gródka. Z mapy wynika, że to jest dość duża miejscowość, internet podpowiada, że jest tu i jakiś hotel, restauracja, i to położone bezpośrednio nad wodą. Liczymy na jakiś pomost. Pomostu nie ma, za to dno Bugu w Gródku jest usłane kamieniami. Masakra, nie wiadomo jak płynąć. Zupełnie. Tyczka stoi na środku czegoś, co wygląda jak zatopiona ostroga. To tu to tam z wody wystają kamienie... Idziemy z minimalną prędkością względem wody, z podniesionym silnikiem, płetwa sterowa wydaje wręcz przerażające dźwięki. Nie udało się - weszliśmy na kamienie. Jacht odbił się od większego głazu, na szczęście takiego zaokrąglonego przez wodę, który nie miał ostrych krawędzi. Wrażenie jest co najmniej niesympatyczne. Na szczęście obeszło się bez uszkodzeń.

   Nerwowo było, idziemy dalej. Coraz częściej zastanawiamy się nad pomysłem spływu Bugiem - czy to było mądre i dobre posunięcie?

   Walczymy o kolejne kilometry. W zasadzie jest tak samo - od zakola do zakola, oczy cały czas wpatrzone w wodę, szukają nurtu. W międzyczasie zaczyna się chmurzyć robić burzowo. W naszą stronę zbliża się wielka, czarna chmura. Jest mniej więcej 16.30, przed nami kilka gęsto rozrzuconych wysp w okolicy wsi Głody. Płyniemy na chybił trafił, trzymamy się lewego brzegu. Znaki też tak podpowiadają. Z mapy wynika, że zaraz powinniśmy przeskoczyć pod prawy brzeg. Tylko którędy? Którąś ze ścieżek pomiędzy wyspami? Tyczek nie ma. Wybraliśmy jedną, jak się okazało właściwą. Wiemy już, że za każdą z wysp jest ciągnąca się łacha, czasem dłuższa czasem krótsza. Przed wyspą też może być. Ale nie musi. Czasami podchodzi się prawie do wyspy, po czym idzie metr, półtora od brzegu. Łatwo nie jest. Ostatnia, najmniejsza wysepka zachęca do postoju. Mamy dość. Nawrót pod prąd, cumujemy do wyspy. Nocleg.

   Dystans na dziś: około 30 km


Resztki umocnień. Znowu losowanie właściwej drogi. 'Archipelag' w okolicy wsi Głody, niedaleko Ciechanowca. Wiosną, w porze roztopów musi być ciekawie, skoro takie drzewa spływają... Okolice Głodów.

   Piątek, 15 lipca 2016 roku

   Najtrudniejszy dzień całego rejsu. Od rana wieje. W dziób, jakieś 3B. Oboje obawiamy się, że bez miecza może być ciężko. A płynąć tędy z opuszczonym mieczem po prostu się nie da.

   Przed południem podejmujemy próbę. Na dzień dobry jest mamy poważny test. Przed nami jest wyspa. Tyczka każe zostawić ją po prawej burcie, nurt w wyraźny sposób układa się w prawo od wyspy, czyli zgodnie z tym, co obserwujemy wyspa powinna zostać po naszej lewej. Decydujemy się na to drugie rozwiązanie. Wiatr wiejący z bajdewindu lewego halsu spycha nas na brzeg. Z trudem udaje się iść wzdłuż brzegu, za chwilę wiatr spycha nas na płytkie. Jeszcze jedna próba oderwania się od lądu. Pokonujemy kolejne 100 m, stajemy na mieliźnie. Mamy dość. Ręcznie przeciągam jacht pod drugi brzeg, jednocześnie idąc trochę pod prąd. Wiatr tym razem pomaga. Ostatnie metry pokonuję wpław (wszędzie płytko, tylko akurat teraz nie ma dna...). Cumujemy w zacisznym miejscu, przy wysokiej skarpie w lesie.

   Stoimy do popołudnia. Jesteśmy mocno zmęczeni, zastanawiamy się nad możliwością wcześniejszego wyciągnięcia jachtu z wody i przedostania się lądem na Jeziorak. Według mapy w najbliższej wsi jest prom. Może tam?

   Pojawił się właściciel łąki położonej na drugim brzegu, przypłynął łodzią. Dowiadujemy się, że promu nie ma od 15 lat. Ciekawe, bo zarówno atlas samochodowy jak i maps.google.pl mówią, że prom jest. Kursować miał między wsiami Kamieńczyk (Kamieńczyk na południe od Ciechanowca) a Wojtkowice-Glinna. Pan jest bardzo "szczęśliwy", bo teraz, żeby dojechać na łąkę i zebrać siano musi przejechać ponad 50 km. W jedną stronę.


Port w Głodach położony jest na... ... wyspie. Miejsce postoju wyznaczone jest na jej dolnym 'czubku'. Wieczorem odwiedzają nas krowy. Ślady wskazują, że czasem przechodzą na wyspę.

   Popołudniem wiatr zdycha. Decydujemy się płynąć. Na wysokości Kamieńczyka robi się bardzo, bardzo płytko. Bug jest szeroko rozlany. Mielizna raz. Schodzimy. Z trudem mijamy Wojtkowice-Glinną. Stoimy drugi raz. Na amen. Nie wiadomo jak płynąć. Nie wiadomo gdzie jest głęboko. Nie wiadomo co robić. Z trudem ściągamy jacht z piasku, mozolnie idziemy po dnie w górę rzeki. Łatwo nie jest. Stopy grzęzną w miękkim piasku, sandały rozpinają się zostają, stopy idą dalej. Trzeba jeszcze nurkować po buty. Idziemy w stronę byłej przystani promowej w Kamieńczyku. Może tu dojedzie dźwig. Dźwig może by i dojechał, ale przy dawnej przystani jest wody do kostek. Dosłownie. Nie da się podejść jachtem tak blisko, żeby sięgnął nas dźwig. Chyba, że taki gigant, który stawia elektrownie wiatrowe. Na jego usługę pewnie zabrakłoby jachtu...

   Zatrzymujemy się w Kamieńczyku. Wieczorem jeszcze robimy spacer do wsi, do sklepu, który się reklamuje wielką tablicą nad rzeką, chyba dla kajakarzy. W sklepie poza najtańszym alkoholem nie ma w zasadzie nic. Kupujemy jakieś ostatnie owoce, ostatnie dwie czekolady, tankujemy wodę.

   Po powrocie na jacht zapada decyzja - jak tylko trafimy na miejsce, gdzie dźwig może nas wyjąć z wody - kończymy rejs. Z Wisły zrezygnowaliśmy już po pierwszym dniu. Jak tu jest tak, to jak będzie tam? Wisła uchodzi za bardzo trudną rzekę. Zresztą i tak mamy marne szanse, żeby dojść do Śluzy Żerań na poniedziałek rano. Zostały dwa dni, a samego Bugu jakieś 140 km...

   Dystans na dziś: niecałe 3,5 km


Widok w dół rzeki z kolejnego portu, 3 km dalej. Okolice Kamieńczyka. Bug w górę, z Kamieńczyka. Wojtkowice Glinna widziane z Kamieńczyka. Tu kiedyś kursował prom. Wujek Google twierdzi, że wciąż kursuje. W poszukiwaniu głębokiej wody.... ... tu jakby lepiej.

   Sobota, 16 lipca 2016 roku

   Szukamy kawałka umocnionego brzegu, takiego z dojazdem. Cumy oddaliśmy około 9.00 rano. Przebijamy się pod lewym brzegiem. Na prawym brzegu widać obozowisko kajakarzy, którzy przypłynęli wczoraj wieczorem do sklepu bynajmniej nie po coca-colę.

   Co jakiś czas trzeba wejść do wody w poszukiwaniu tej głębokiej. Wczorajsze stresy odeszły. Już nie chcemy zdążyć na Wisłę. Chcemy jak najszybciej skończyć rejs. Na razie płyniemy.

   Ujście rzeki Nurzec do Bugu przegapiamy. Znaczy mniej więcej wiemy, gdzie powinno być, szukamy, ale nie ma. Pewnie schowało się gdzieś w krzakach. Liczyliśmy na to, że Nurzec doleje trochę wody do Bugu i będzie łatwiej. Gdzie tam, jest tak samo.

   W międzyczasie wychodzi słońce, robi się ładnie, przyjemnie i ciepło. Na mieliznach z reguły wystarczy, że sam wejdę do wody. 85 kilo zdjęte z jachtu powoduje, że odrobinę zmniejsza zanurzenie i ta odrobina sprawia, że Żyszkoś zaczyna pływać. Czasem zostawiam Żyszkosia z Marianną na mielu, a sam chodzę po rzece i szukam głębokości.

   Murawskie Nadbużne. Przerwa kawowa na prawym brzegu.


Czasem nawet porzucaliśmy Żyszkosia... Kolejny most, miescowość Nur. Górą - krajowa 63 z Sokołowa do Zambrowa. Ten most też po remoncie. Zaraz za mostem czai się linia energetyczna. Oznakowana, wysoko, ale maszt zostaje położony. Dla świętego spokoju.

   Jedziemy dalej. Nur, zaraz za Nurem mamy most na DK63, łączącej Sokołów Podlaski z Zambrowem. Przed mostem nie znaleźliśmy znaków o szerokości przęsła żeglownego. O prześwicie też nie. Znaki wiszą wyłącznie na niedawno wyremontowanym moście. Środkowe przęsło żeglowne. Przechodzimy, standardowo, z podniesionym i wyłączonym silnikiem. Wyobrażacie sobie przechodzenie pod mostami nad kanałem Łuczańskim w Giżycku? Co mostek to myk silnik do góry. ;-)

   Około 1,5 km za mostem linia energetyczna. Znaki informują, że prześwit to 10,8 m. Wiary nie dajemy, maszt ciągle leży. Zresztą - wstyd się przyznać - ale nie wiem do końca jaką wysokość ma Żyszkoś z postawionym masztem. Pod linią, dla jednostek płynących w górę rzeki widzimy jeden znak dotyczący mostu. Prześwit 7,5 m.

   Dalej spokojnie - ster dzwoni niemal bez przerwy, powoli płyniemy w dół rzeki. Na prawym brzegu widać drogę, w oddali, widać samochody jadącą drogą 694. Tędy jechaliśmy do Niemirowa.

   Na prawym brzegu Zgleczewo Szlacheckie. Zaraz za miejscowością dwa zakola, takie solidne, po 180 stopni każde. Nad drugim, na skarpie są budynki i wspomniana wyżej droga. A na brzegu - "umocnienia" (a tak naprawdę śmietnik) z opon. Ktoś tak ładnie mieszka i zarazem robi śmietnik. Te opony miejscami są zbyt równo ułożone, aby znalazły się tu przypadkiem.


Od czasu do czasu trafi się ostroga. Widoki... Ładnie tam... Zgleczewo Szlacheckie na prawym brzegu.

   Znowu pojawiają się wyspy, a na nich tyki wskazujące drogę. Płyniemy grzecznie jak należy. A, że od czasu do czasu przywalimy w coś płetwą? Nic to.

   Na prawym brzegu pojawia się Małkinia. Jeszcze niemal 10 lat temu (do 2008 roku) był tutaj bardzo ciekawy most łączący oba brzegi rzeki. Most kolejowo-drogowy, po którym jechał albo pociąg albo samochód. Był tak wąski, że oba pojazdy nie mieściły się obok siebie. Internet podpowiada, że został zbudowany w 1968 roku w miejscu pontonowego. Miał służyć przez 15 lat, wytrzymał trochę więcej. Ruch pociągów zawieszono (ze względu na stan mostu) w 2000, a samochodowy w 2008 roku. Przejeżdżałem tędy krótko przed zamknięciem, pamiętam ograniczenie masy samochodów do 2,5 tony. Most został rozebrany, w jego miejscu powstał nowy most, oddany do użytku w listopadzie 2010 roku. Śladem nieistniejącej linii kolejowej biegnie teraz nowa droga wojewódzka nr 627, łączy Małkinię z Sokołowem Podlaskim.

   Płynąc obawiam się gruzowiska w wodzie, pozostałego po starym moście. Tuż przed nowym mostem, w środku rzeki stoi biało czerwona tyka, kierująca pod lewy brzeg. Przechodzimy bez problemu. Zdziwienie budzą tylko znaki ostrzegawcze mówiące o... moście wyłączonym z eksploatacji. Fajnie, ponad 5,5 roku to za mało dla Zarządcy Drogi Wodnej, aby zorientować się, że znak niepotrzebny, że wyłączonego z eksploatacji mostu już nie ma i raczej nie będzie. Tu przed mostem - linie energetyczne.

   2 km dalej - most kolejowy, linia Warszawa-Białystok, piękna, pięcioprzęsłowa kratownica. Spodziewajmy się utrudnień na rzece w tym miejscu. W planach jest rozbudowa mostu. Teraz jest jednotorowy i stanowi wąskie gardło na niedawno zmodernizowanej linii. Nowy ma być szerszy, dwutorowy.

   Dzisiaj mamy chyba najlepszy dzień od początku rejsu. Już przed Małkinią zacząłem myśleć o nocowaniu w Broku. Myśli o wcześniejszym zakończeniu wyprawy (nie gdzieś na Bugu, ale na Zalewie Zegrzyńskim) odeszły. Marianna ma jednak na dzisiaj dość. Nic nie mówi, twardo i dzielnie stoi na posterunku. Walczymy o Brok. Może tam będzie jakieś miejsce, gdzie da się skorzystać z normalnej łazienki...


Za Zgleczewem dwa zakręty po 180 stopni. Bug tędy płynie niemal równolegle do drogi 694 z Broku do Nuru. Kolejna wyspa za nami. Okolice Małkinii. Domek ze slipem.

   Kilometr za mostem napotykamy na kolejną linię energetyczną, znaki mówią, że 10,1 m nad lustrem wody. Teraz pewnie więcej, wszak woda jest bardzo niska.

   Niebo zachmurzyło się jeszcze przed Małkinią, chmury były coraz niższe, w końcu zaczęło padać. Ostatnie kilometry płyniemy w drobnym, letnim deszczu. Wreszcie wyłania się Brok. Najpierw widać most, potem, na prawym brzegu budynki jakiegoś ośrodka. Liczymy na kawałek bezpiecznego brzegu. Nic z tego. Kładziemy maszt, przechodzimy pod mostem. Zatrzymujemy się zaraz za nim, po pierwsze zaczyna być późno, a po drugie pada i nie jest zbyt przyjemnie. 200 m dalej widzę pływający pomost. Należy do Ośrodka Wypoczynkowego "Nadrzecze". Idę tam, spytać się, czy możemy zostać na noc. Możemy. Organizator obozu musicalowego dla dzieci przyjął nas bardzo życzliwie, jednak nie było możliwości skorzystania z łazienki - były tylko w pokojach, a te z kolei były zajęte przez obozowiczów. Organizator podpowiedział nam, gdzie możemy coś zjeść i jak później okazało się umyć.

   Poszliśmy w stronę centrum. Przy skrzyżowaniu za światłami (DK 50 z drogą 694) jest restauracja "Gracja". Przyjmują nas tam z otwartymi ramionami. Dostajemy klucze od domku kempingowego, w którym jest łazienka, ręczniki, nikt nie chce słyszeć o jakiejkolwiek zapłacie za skorzystanie z "luksusów". Dziękujemy bardzo! A obiad był pyszny. :-)

   Wracamy na jacht, mocno zmęczeni, padamy spać.

   Dystans na dziś: około 52 km


Most drogowy w Małkinii. Do niedawna tuż przed nim był drogowo-kolejowy. Kolei nie ma, jej szlakiem wiedzie nowa droga. Jeszcze raz ten sam most. Kolejny most, ale kolejowy, Warszawa - Białystok. Tu niebawem ma być jakaś przebudowa, więc pewnie Bug w tym miejscu zostanie zamknięty dla żeglugi... Jeszcze jedno spojrzenie, z dołu rzeki. Marianna.

   Niedziela, 17 lipca 2016 roku

   Dzisiaj to już pełen luzik. Bo o tym, że nie mamy szans na poniedziałkowe śluzowanie na Żeraniu ustaliliśmy wcześniej. Dodatkowo wczorajszy dzień dał nam pozytywnego kopa, przestaliśmy myśleć o dźwigu gdziekolwiek, zaczęliśmy realnie spoglądać w stronę Zalewu.

   Rano odbyłem spacer na stację benzynową po paliwo. Orlen jest dość blisko - na prawym brzegu rzeki, około 800 m od mostu główną drogą. Po powrocie radość - śniadanie czekało na mnie. :-) W międzyczasie przyszedł chyba kierownik obozu i powiedział mniej więcej tak: "Ja pływam tu czasem kajakiem. Jak się popłynie w dół rzeki, stąd nie widać, to przy niskich stanach wody wystaje komin statku". Pomyślałem sobie, jak to ja, że to pewnie kolejna "legenda ludowa" i w ogóle bzdura. Taka sama, jak wraki samolotów rozrzucone w mazurskich jeziorach to tu to tam, które widać gdy słońce świeci pod określonym kątem. Ostrzeżenie przyjąłem, pogadaliśmy jeszcze trochę. Oddajemy cumy, wio dalej.

   Upłynęliśmy z półtora kilometra. Ja pierniczę, z wody rzeczywiście coś wystaje! Miał gość rację! Jakaś rura, przykryta od góry zaśrubowaną pokrywą. Obok jakieś pogięte żelastwo. Internet mówi, że to wrak rosyjskiego parowca z napędem bocznokołowym, o wymiarach 38x4,5 m, który zatonął tu podczas I Wojny Światowej. Czyli leży tu około 100 lat. Oglądana przez nas rura to element kotła, a pogięte żelastwo to fragmenty lewego koła napędowego. Ciekawa historia, jednak o przyczynach zatonięcia wiele nie wiadomo, najczęściej chyba przewija się hipoteza samozatopienia. Polecam Wujka Google’a i wpisanie mu np. "wrak statku Brok". Będzie co czytać.

   Spójrzcie na TO zdjęcie. To my teraz narzekamy na brak wody w Bugu? To jak tu było w zeszłym roku? Dobre 40 cm mniej!


Atlas samochodowy i lornetka wystarczają w zupełności. Duża wyspa między miejscowościami Kiełczew a Glina. Czasem bąbelki na wodzie pokazują gdzie jest nurt. Materiały, z których wykonywane są wiechy wskazujące stronę szlaku żeglownego są zadziwiające. Tutaj mamy butelkę po jakimś płynie do prania. Sosny. Ciekawe kiedy runą...

   Popłynęliśmy dalej. Mielizny oczywiście się trafiały, nie pamiętam ile razy wchodziłem do wody. Ale generalnie było spokojniej niż dzień, czy dwa dni wcześniej.

   Wędkarze. Pojawiają się - i wcale im się nie dziwię - na brzegach Bugu w zasadzie bez przerwy. Im bliżej Wyszkowa i Warszawy, tym było ich więcej, zwłaszcza w ładny weekend. Generalnie byli jednak nastawieni do nas pozytywnie, kilkukrotnie, zupełnie niechcący, złapaliśmy wędki. Nie mieliśmy szans ich ominąć. Po pierwsze - napiętej żyłki przy łowieniu ryb z gruntu zupełnie nie widać. Po drugie - mogliśmy płynąć tylko tam, gdzie było w miarę głęboko. Czasami było to niemal tuż przy brzegu. Parę razy zostaliśmy obrzuceni ciężkim słowem (bez kolizji z wędkami), bo mamy czelność płynąć. Najbardziej fascynowały mnie okrzyki, że pod tym brzegiem nie wolno. Nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem niektórych ludzi. I żeby nie było - miecz opuściliśmy (z trudem) dopiero na Zalewie.

   Najtrudniejsza przygoda spotkała nas na wysokości Tuchlina. Bug pokonuje tam długi zakręt w lewo. Przy prawym brzegu, wychodząc daleko za środek rzeki, leży mnóstwo kamieni. Ogromnych. Generalnie jest nieciekawie. Ostrożnie idziemy pod lewym brzegiem bez silnika, z uniesioną płetwą sterową, z resztką sterowności. Pych przygotowany. Płetwa, mimo, że uniesiona wydaje przeraźliwe dźwięki dzwoniąc o kamienie. Wydaje mi się, że wybrałem właściwą drogę, przez te kilka dni nauczyliśmy się dość dobrze czytać wodę. Nagle jacht przechyla się na prawą burtę, dziób się trochę unosi, rozlega się huk podobny do strzału i... zjeżdżamy na wodę. Siedzieliśmy na kamieniu. Nic, zupełnie nic nie było widać. Woda w tym miejscu była gładziusieńka. Obok - są kamory, widać je przecież. Zaskoczenie zupełne. Marianna dała nura do mesy, otwiera po kolei wszystkie bakisty, zagląda do hundki... Sucho. Uff. Sucho jest do tej pory, jeszcze większe uff. Później znalazłem przyczynę "strzału" - w jednym miejscu, na kilku centymetrach odkleiło się żebro... Po sezonie naprawimy.


Przed Brokiem zaczęło padać. Zbliżamy się do Broku. Brok. Zatrzymaliśmy się na noc 300 m za mostem, na prawym brzegu. Wrak statku. Wrak statku. Po prawej fragment kotła, a po lewej resztki koła napędowego.

   Chwilę przed kamieniami wpadliśmy na pomysł, żeby odwiedzić znajomych, którzy mają działkę w Nadkolu nad Liwcem. Majka z Przemkiem z radością przystanęli na ten pomysł. Umówiliśmy się na telefon "jak tylko na lewym brzegu zacznie się wysoki, sosnowy las". :-)

   Kilkanaście minut później przy brzegu stała ogromna, uschnięta topola. A na niej słusznych rozmiarów ptaszysko. Nie wiem dlaczego, ale ptaszysko skojarzyło mi się z kurą siedzącą na grzędzie w kurniku. Wyraziłem swą opinię, po czym ptaszysko postanowiło odlecieć i przy okazji okazało się być najprawdziwszym bielikiem. Marianna się na mnie obraziła, za tę kurę. Widok był niesamowity.

   Las sosnowy się pojawił, a mapa pokazywała jakieś głupoty. Koło Szumina powinniśmy płynąć w prawo, rzeka idzie mocno w lewo. Już od Przemka dowiedzieliśmy się, że Bug stosunkowo niedawno postanowił pójść na skróty, a zaznaczone na mapie zakole stało się starorzeczem. Google na swoich mapach też tego nie zauważył. Warto spojrzeć na ten link i przełączyć widok z mapy na satelitę.

   Przez lornetkę wypatrzyliśmy faceta, który stał w lesie i patrzył w naszą stronę. To Przemek, przyjechał swym pięknym, krótkim, Defenderem. Zacząłem się przyglądać i kombinować gdzie stanąć. I posłuchałem Przemka - "tu blisko płyń, tu jest głęboko, tam płytko!". Popłynąłem i... zaraz schodziłem z jachtu, żeby nas ściągnąć z mielizny. Już na piechotę podciągnąłem jacht do brzegu. Zacumowałem do jakiegoś krzaka i pojechaliśmy "w gości".


Bug poniżej Broku. Książkowy warkocz. Jedna z niewielu napotkanych jednostek, większych od kajaka. Okolice Szumina. Okolice Szumina.

   Dobrze jest odetchnąć czasem czymś innym i popatrzeć nie-na-wodę. Tyle, że zaczęło padać. Taki typowy, frontowy, letni deszczyk. Nic to dla nas, po powrocie na jacht od razu oddaliśmy cumę. Na piechotę wyciągnąłem nas ponad mieliznę i przy głębokim brzegu popłynęliśmy dalej.

   Żegluga Bugiem przed Wyszkowem, mniej więcej od pamiętnych kamieni jest stosunkowo łatwa. Koryto rzeki się zwęża, nurt przyspiesza, jest zdecydowanie głębiej. Na odcinkach prowadzących przez las trzeba tylko dobrze patrzeć na wodę i szukać zwalonych drzew. Poza tym jest weekend, mnóstwo wędkarzy, staramy się uważać i, w miarę możliwości, omijać żyłki i spławiki. Spotykamy też wielu kajakarzy, są z reguły zdziwieni, że my, takim dużym, tutaj. Gdzie on tam duży... Zapraszam za WJM, tam są duże jachty.

   Na wysokości Brańszczyka jest prosty odcinek rzeki, więc kładziemy maszt, przed Kamieńczykiem i Wyszkowem mamy kilka linii energetycznych. Po kilkuset metrach trafiamy na dużą wyspę. Znaki żeglugowe każą zostawić ją po prawej burcie, jednak to co pokazuje woda podpowiada, żeby popłynąć inaczej. Bierzemy wyspę lewą burtą. To nie był dobry wybór. Jest bardzo płytko, z podniesionym silnikiem, bez wchodzenia do wody powoli przechodzimy przez mieliznę. Leje coraz bardziej, jest nieprzyjemnie. Kilkaset metrów przed ujściem Liwca cumujemy do wyspy. Spróbujemy przeczekać deszcz. Drzemka.

   Około 17.00, może chwilę później, ruszamy dalej. Po lewej zostaje ujście Liwca. Kilkaset metrów dalej, też na lewym brzegu, pojawiają się ostrogi. No tego to jeszcze na Bugu nie było! Myśleliśmy przez chwilę, że będzie ich więcej, jednak to tylko umocnienia jednego zakola, chyba chodzi o to, żeby za jakiś czas nie zmyło Kamieńczyka. 350 m za ostatnią ostrogą - prom "Brańszczyk II", kursujący między Kamieńczykiem a Brańszczykiem. W zasadzie kursujący na uwięzi mikro-prom, katamaran, którego pokład opiera się na dwóch długich drewnianych łodziach. Zabiera jeden niezbyt duży samochód.

   Trochę mniej, ale ciągle pada. Przy promie byliśmy około 17.30, 22 minuty później przechodzimy pod mostem. Górą biegnie ekspresówka S8 z Warszawy do Białegostoku. Przejeżdżam tędy dość często, za każdym razem się rozglądam i oczyma wyobraźni widzę Żyszkosia i nas, w sztormiakach, na pokładzie. Prędkość, jak się teraz okazuje, rewelacyjna. Od promu do mostu jest 4 kilometry, zatem wychodzi, że płyniemy jakieś 11-12 km/h. Ale warunki tu są luksusowe, nawet dodałem trochę gazu... :-)


Starorzecze Bugu, jeszcze dwa, może trzy lata temu główny nurt szedł właśnie tędy. . Bug wgryza się w las.

   W oddali widać Wyszków, wydaje się, że jest bliżej niż dalej. Płyniemy, może tu będzie jakaś przystań? Wszak do Zalewu dość blisko, może tu ktoś czasem przypływa? Kolejne 20 minut i mamy stary most drogowy w Wyszkowie. Trzeba się trzymać środka rzeki, woda pokazuje czające się pod jej powierzchnią przeszkody. Długie "ugięcia" wody po prawej podpowiadają, że pod spodem mogą być resztki ostróg. Po lewej zniszczone ostrogi wystają ponad powierzchnię. Na końcu każdej - wędkarz.

   Kolejne 800 m i most kolejowy, piękna kratownica, którą dobrze widać ze starego mostu drogowego. 200, może 300 m przed nim (na 34 km rzeki), na prawym brzegu - pusta przystań, należąca chyba Ligi Obrony Kraju, bo budynek tej organizacji góruje nad zatoczką. Szkoda, mogłoby być bardzo fajne, klimatyczne miejsce. Kolejne miasto z dużym potencjałem, ale odwrócone do wody plecami...

   18.15 - przechodzimy pod mostem kolejowym. Gnamy (w miarę możliwości) dalej. 250 m dalej, na prawym brzegu - umocnione, lecz wyglądające na zrujnowane nabrzeże. Ciągle pada, ale widać, że zaraz odpoczniemy od deszczu.

   Za Wyszkowem, na niemal 3 km mamy umocnienia - ostrogi, raz na jednym, raz na drugim brzegu. Płynie się łatwo, trochę zwiększamy prędkość. Uczymy latać czaplę. Jakaś zestresowana się trafiła, uciekała przed nami przelatując z ostrogi na ostrogę. I tak kilkanaście razy. W końcu podjęła trudną decyzję i szerokim łukiem poleciała w stronę Wyszkowa.

   Na wysokości Deskurowa pojawiają się pierwsze wyspy. Aha, czyli łatwo już było. Zwalniamy, znowu zaczynamy kombinować którędy płynąć. Jest ciężko, cholernie płytko. Zupełnie nie wiemy jaką ścieżkę wybrać. Przedzieramy się z trudem. Przed nami, mniej więcej na środku rzeki duża wyspa, na długim, lewym zakręcie. Znaki nakazują płynąć z jej prawej strony. No to płyniemy. Stoimy. Wchodzę do wody. Szukam głębokości. Między wyspą a brzegiem, tam gdzie każą iść znaki jest płytko. Woda nie sięga nawet do kolan. Idę w drugą stronę. Też płytko, do tego dwie mały wysepki. Co jest! Którędyś ta woda musi płynąć! Wracam po Żyszkosia, ściągam go z mielizny i idę pod prąd. Wracamy do wyspy, która została chwilą wcześniej po lewej burcie. Cumujemy do jedynego krzaka, licząc że tutejsze bobry nie przetną naszej cumy. Zostajemy na noc.

   Dystans na dziś: około 47 km


Generalnie przy skarpie jest lepiej. Ale nie w takim miejscu - tu bardzo uważamy na drzewa.

   Poniedziałek, 18 lipca 2016 roku

   Jakby się ktoś pytał, to dzisiaj, o 7.00 rano mieliśmy się zameldować na Śluzie Żerań. ;-)

   Ruszyliśmy o 8.00 rano. Cel - Zalew. Już nawet kombinujemy, gdzie się tam zatrzymać, położyć Żyszkosia na wózek i pojechać do Iławy. Nie wiedziałem jeszcze, że wczorajsza, wieczorna mielizna była tą ostatnią.

   Bug tutaj jest szeroko rozlany, jest mnóstwo łach, ale jakoś udaje nam się znaleźć tę właściwą drogę. Od czasu do czasu czają się w nurcie przeszkody w postaci kołka, kamienia, albo całego drzewa. Powoli zaczynamy spotykać wodniaków. Pierwszy pan, chyba z tanga przerobionego na motorówkę ostrzegł nas, że niżej jest ciężko. Wybuchnęliśmy oboje śmiechem opowiadając, skąd płyniemy i że teraz jest już tylko łatwiej.


Brańszczyk. Prom 'Brańszczyk II'. Przed nami obwodnica Wyszkowa. Czytanie wody. Połamane znaki nawigacyjne.

   Około 9.00 rano pojawił się pierwszy przeciwnik. Teoretycznie zupełnie niegroźny, z którym wielokrotnie współpracowaliśmy. Wiatr, który podniósł na wodzie drobną falkę. Niby nic, ale falka zupełnie zamazuje to, co pokazuje woda. Zaczynamy płynąć w zasadzie po omacku. Wskaźnikiem jest to, co ewidentnie wystaje z wody lub mewy stojące na tym, co się kryje pod wodą. Najtrudniej jest na zakolach, które trzeba pokonać z silnym, bocznym wiatrem. Wiatrem dopychającym do brzegu, od którego trzeba momentami płynąć 2-3 m.

   Pojawiają się pierwsze ślady wodniaków nie-kajakarzy. Coraz częściej spotykamy niewielkie jachty zacumowane przy brzegach. Na brzegach, tych zalesionych, jest coraz więcej domów letniskowych.

   Napotykamy coraz więcej wysp. Znaków nawigacyjnych nie ma, wiatr i fale nie ułatwiają życia. Na wysokości wsi Janki zatrzymujemy się przy jednej z nich. Odpoczywamy. Kawa. Relaks. Okazuje się, że na stojącym, osłoniętym od wiatru jachcie jest dużo cieplej i całkiem przyjemnie.


Umocnienia przed mostem. Ciekawe, czy wsród czytających tę relację znajdzie się ktoś, kto nas widział. Choćby z tego mostu, w drodze na Mazury. Zmęczony Adam. Wyszków.

   Około 11.30 mijamy leżący na lewym brzegu Kuligów. Kilka minut później wymijamy się z pierwszym jachtem, idącym z Zalewu. Pojawiają się boje wyznaczające szlak żeglowny. Czujemy się co najmniej jak na autostradzie A2.

   Ostatnie kilometry, w zasadzie metry Bugu. Prąd rzeki już jest prawie nieodczuwalny. Na brzegach coraz większy śmietnik. Wszechobecni ludzie. Czujemy powrót do cywilizacji. Bug jest bardzo szeroki, poza torem wodnym mnóstwo pływających kęp trzciny, ptaków, łodzi wędkarskich.

   Około 12.30 - wychodzimy na Zalew. Bug zdobyty! (prawie - został jeszcze odcinek graniczny, ale tam się nie wybieramy, szkoda nerwów)


Stary most drogowy w Wyszkowie. Wyszków zaprasza. Tak jak niemal wszystkie miejscowości nad Bugiem... Wyszków, most kolejowy.

   Uśmiechy na ustach i zarazem spokój. Koniec walki, teraz dzień pracy i absolutny relaks na Jezioraku.

   Ale jeszcze nie koniec. Najpierw próba opuszczenia miecza. Nie schodzi. No tak, nie ruszaliśmy go przez sześć dni, skrzynia mieczowa pewnie jest pełna kamieni, piachu, patyków, czy czego tam jeszcze. Po kilkunastu szarpnięciach fałem i uderzeniach w skrzynię mieczową- drgnął. Jest dobrze. Jeszcze chwila i chodzi bez zacięć. Udało się. Postanawiamy dotrzeć do portu YKP Warszawa w Jadwisinie. Wiatr, jak na złość, przestał wiać. Przez chwilę próbowaliśmy walczyć na samym foku (grot cały rejs spędził w hundkoi), ale nie sprawiało to radości. Posilnikowaliśmy do portu.

   W samym porcie doszło do jeszcze jednej zabawnej sytuacji. Przywitał nas miły Pan zarządzający portem, Na czole miał napisane "o matko, znowu tacy, co nie za bardzo ogarniają". Rzeczywiście, nasze wejście nie było rewelacyjne (nie zrobiliśmy tzw. kaszany), ale na usprawiedliwienie mam to, że po pierwsze nie znałem portu, a po drugie było to pierwsze takie manewrowanie w tym sezonie. Pan zapytał skąd przypłynęliśmy. Bez słowa podszedłem do wiszącej na ścianie mapy i pokazałem palcem Niemirów mówiąc "stąd". Oczy Pana zrobiły się kwadratowe, nastawieni do nas zmieniło o 180 stopni, i zaczęliśmy gadać jak równi z równym.

   Po jakimś czasie przyjechali po nas Rodzice (dziękujemy!), zabrali do domu, a następnego dnia wróciliśmy własnym autem, z przyczepą i pojechaliśmy odpoczywać na Jezioraku i przyległościach.


Przystań LOK w Wyszkowie... Wyszków, pozostałości po nabrzeżu. Patrząc na zdjęcia satelitarne można wnioskować, że obok kiedyś było wejście do portu... Bug poniżej Wyszkowa.

   A teraz kilka zdań będącym niby podsumowaniem:


My :-) Pułapki czające się przy brzegach.

   W sumie przepłynęliśmy, w zależności od żródła danych 215 lub 224+(dystans od ujścia Bugu do Zalewu do portu YKP w Jadwisinie) kilometrów. Mniejsza liczba to pomiar za pomocą maps.google.pl, większa to dane RZGW. Zajęło nam to 6 dni, co daje zawrotnę średnią między 35 a 40 km dziennie. Czy to dużo czy mało - dopowiedzcie sobie sami...

   A jakby się ktoś już całkiem pytał, to była to nasza podróż poślubna. Po co lecieć na jakieś Karaiby czy inne Seszele, jak można dać sobie w dupę u nas?

   Do następnego! Wszystko wskazuje jednak na to, że sezon 2017 spędzimy na lądzie. Ale nie żałuję. :-)

Warszawa, zima-wiosna 2016/2017.


powrót do strony głównej


Wiatr i drobna fala bardzo utrudniają czytanie wody. Płynie się niemal 'na czuja'. Pieniek na środku rzeki. Podwodne przeszkody mogą pokazać ptaki :-)

Bug, okolice Jackowa Dolnego i Janek. Kuligów. Skoro on tu dopłynął, to chyba dojdziemy do Zalewu... :-) Kuligów, ostatnie kilometry Bugu. Końcówka...

Daleko przed nami - Serock! Wyjście na Zalew Zegrzyński.

Jeszcze slalom pomiędzy wędkarzami... ... I KONIEC! Boja rozwidlenia szlaków żeglownych. W prawo - Narew. W lewo - Wisła. Za nami - Bug. DZIĘĘĘKUUUJEEMYYY!!!