duża mapa z trasą rejsu

Jeziorak i Żuławy na trzy razy czyli fok było dwanaście ;-)

   Lato 2015 - o ile bogatsze we wrażenia od poprzedniego sezonu, kiedy udało nam się spędzić na Żyszkosiu całe sześć dni... Tym razem było lepiej. Żeglowanie podzieliłem na trzy rejsy - 7, 12 i 7 dni. Cóż, więcej wolnego wygospodarować nie można, a wolne weekendy przed i po środku sezonu żeglarskiego wykorzystałem na wycieczki motocyklowe.

   Jeszcze w zimie postanowiłem, że na sezon 2015 Żyszkoś trafi na Jeziorak. Zanosiło się na koniec remontu kanału Elbląskiego, szumnie nazywanego "rewitalizacją". Pokusy były duże, chciało się pójść tam, gdzie nas jeszcze nie było. Czekały na nas Szelągi, Wielki i Mały, czekał Zalew Wiślany (którego kawałek udało mi się "liznąć" w 2007 i 2011). Czekała Zatoka Pucka...

   Temat rejsu przewijał się również na zaprzyjaźnionych forach żeglarskich. Kilku żeglarzy nie-tylko-internetowych wybierało się w tamte strony, co dodatkowo mnie dopingowało.


Wejście do kanału Dobrzyckiego od strony Jezioraka, łączącego Jeziorak z jez. Ewingi. Jeden z niemal 30 ogólnodostępnych, darmowych pomostów na Jezioraku i okolicach. Powstały przed 2007 (wtedy zobaczyłem je pierwszy raz). Most w Dobrzykach wyremontowano przed 2011r. Rewitalizacja Kanału objęła między innymi wymianę znaków zeglugowych. Ten chyba pamięta jeszcze Gierka i jego ekipę. O strefie ciszy tutaj zapomniano już dawno. Zrewitalizowany, poszerzony, umocniony i pogłębiony kanał Dobrzycki. Jest dokładnie tak samo jak w 2011r, do tego jest płytko, raz po raz uderzamy o coś mieczem i pletwą sterową. Wracamy na Jeziorak, widok z rufy tuż przed wejściem na Jeziorak.

   Jaką trasę udało nam się pokonać?

  1. Iława - Wyspa Łąkowa na Jezioraku - Zalewo (jez. Ewingi) - Iława - okolice wejścia do zat. Widłągi (Jeziorak) - kanał Iławski - Miłomłyn - kanał Ostródzki - jez. Drwęckie - Ostróda - Szeląg Wielki - Szeląg Mały - Ostróda.
  2. Ostróda – Miłomłyn - kanał Elbląski - Elbląg - Frombork - Braniewo - Piaski - Krynica Morska - Kąty Rybackie - Rybina - Gdańsk - Puck - Hel - Przekop Wisły - Elbląg.
  3. Elbląg - Tolkmicko - Nowa Pasłęka - Frombork - Kąty Rybackie - Gdańska Głowa - Rybina - rzeka Tuga i Nowy Dwór Gdański - Osłonka - Tolkmicko - Święty Kamień - Tolkmicko - Piaski - Elbląg.

   W tej relacji zostaję przy nazewnictwie kanałów takim, jakie zastosowałem w relacji z 2011 roku, czyli:

   Powyższe nazewnictwo na 99% nie jest prawidłowe, za to wydaje się być czytelnym. Jednak konia z rzędem temu, kto wie który kanał jak się nazywa, podejrzewam, że najważniejsze urzędy w Polsce też nie wiedzą. Pewnie byłaby taka sama przepychanka jak z kanałem Łuczańskim/Giżyckim czy zatoką Skanał/Skonał na Wielkich Jeziorach Mazurskich.

   Żyszkoś - po poprzednim wyjątkowo krótkim sezonie - nie wymagał specjalnego przygotowania. Życie skończyła jedynie stara płetwa sterowa, która zaczęła pękać wzdłuż. Nowa, zrobiona z nierdzewki, dłuższa od poprzedniej o jakieś 10-15cm sprawdziła się rewelacyjnie. Bardzo mocna, sztywna, pozwalała utrzymywać Żyszkosia na kursie w dużym przechyle, co wcześniej było mocno utrudnione.

   Oczywiście zabrałem też krótką, rzeczną płetwę sterową, która bardzo się przydała na kanałach. W jeszcze poprzednim grudniu napisałem list do św. Mikołaja i ten przyniósł mi (czy Żyszkosiowi?) porządny bosak i pychówkę. Jedno i drugie bardzo się przydaje.

   Druga dużą zmianą była przebudowa przyczepy podłodziowej. Zajęło mi to prawie dwa weekendy, ale efekt jest znakomity. Żyszkoś w czasie jazdy leży na sześciu długich deskach obitych gąbką i wykładziną podłogową, z których dwie są pod częścią dziobową, a cztery pod rufową. Jacht leży na podporach dużą powierzchnią co wyeliminowało punktowe naciski i wreszcie jest tak, że niemal przestałem się bać o jacht w czasie transportu lądowego.


Prawie pełnia nad Jeziorakiem. Oczywiście brakuje jelenia i labędzi. ;-) Jeziorak. Wejście w kanał Iławski (z zat. Kraga na Jezioraku), po lewej pomost przy którym można przygotować jacht do przeprawy przez kanał. Polecam montaż krótkiej, rzecznej pletwy sterowej. Żeglowna grobla na jeziorze Karnickim. Śluza Miłomłyn po remoncie, widok od strony górnych wrot. Szlak przez śluzę prowadzi do Ostródy, za plecami mamy rozgałęzienie szlaków do Iławy i Elbląga.

   

Jeżeli Żuławy na trzy razy to: PIERWSZY RAZ:

   Ze Strzybogi wyruszyliśmy sobotnim rankiem, 27 czerwca. Cel - port Związku Gmin Jeziorak w Iławie, ten sam, w którym wodowaliśmy się w poprzednich latach. Bosman, umówiony wcześniej przez telefon, czekał na nas. Natychmiast zabraliśmy się do wodowania, które przebiegło szybko i sprawnie. Warunek jest jeden - trzeba słuchać szefa, którym jest operator dźwigu. Mądrzenie się jest niewskazane, wyłącznie przedłuży operację i doprowadzi mistrza ceremonii do dygotu. ;-) Po chwili staliśmy już na cumach obok stacji benzynowej. Na jachcie czekało nas sporo pracy - taklowanie po transporcie zajmuje trochę czasu, maszt należy przesunąć i zamontować w pięcie, trzeba zwrócić uwagę, żeby wszystkie liny znalazły się na swoim miejscu i żadna buchta przypadkiem nie zawisnęła pod topem masztu. I wtedy stało się coś, co może się stać chyba tylko tutaj. Obok tankowała się wielka motorówka. Pobór kilkuset litrów paliwa trochę trwa, więc sternik tejże przyszedł do nas z propozycją pomocy. Wyobraźcie sobie taką sytuację przy Orlenie w Mikołajkach... Tam - ciągłe napięcie i niezrozumiała dla mnie wzajemna niechęć żeglarzy i motorowodniaków. Tu - radość z bycia na wodzie i chęć pomocy. Inny świat...

   Pierwsze tegoroczne podmuchy złapane w Żyszkosiowe żagle skierowały nas na wyspę Łąkową, gdzie było ognisko zorganizowane przez ekipę z sailforum.pl. Podmuchów zbyt dużo nie było, więc wkrótce w ruch poszedł silnik i powoli pyrkając popłynęliśmy do celu. Tam - fajne ognisko, fajni ludzie i moja ulubiona pora roku - początek lata, który oferuje niemal nie kończący się dzień. Spotkaliśmy załogi kilku zaprzyjaźnionych jachtów - BoTak, Antares, Jakoś, Bakawi i kilkanaście innych, których nazw po ponad pół roku już nie pamiętam.

   Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić Zalewo. Po pierwsze chciałem zobaczyć jak wygląda zrewitalizowany kanał Dobrzycki (poprzednio byłem tam w chyba lipcu 2011), po drugie kusiła nowa marina w samym Zalewie. Zaczęło się od ciszy. Sztil totalny, masło w powietrzu i temperatura odczuwalna rzędu chyba miliona stopni. W sam raz na ciemnoniebieskie pokład i burty Żyszkosia. Zaraz za wyspą stanęliśmy na kotwicy. Pół dnia „zmarnowaliśmy” smażąc się w słońcu, wylegując w kojach, kąpiąc w jeziorze. Później trochę powiało, więc czym prędzej postawiliśmy żagle i popłynęliśmy w stronę Zalewa. Na wysokości Matyt zaczęło lać. Tak solidnie. Z cumulonimbusa, jednak łaskawca nie poczęstował nas nadmiarem wiatru. Deszcz przeszedł tylko nad północnym końcem Jezioraka, znajomi, któzy zostali na południu pytali "deszcz? jaki deszcz?". :-)


Śluza Miłomłyn. Zautomatyzowanie śluzy wydłużyło czas śluzowania chyba dwukrotnie... Śluza Miłomłyn, tutaj nie ma się co obawiać, że nas postawi w poprzek, jak na Guziance. Potem się okaże, że tu jest naprawdę duzo miejsca. :-) Droga do Ostródy, śluza Zielona po remoncie. Kiedyś wszystkie teraz żółte elementy były pomalowane na zielono. Z niecierpliwością czekam, aż wszystko trochę spatynuje czas. Śluza Zielona. Przed śluzą widać pomost dla oczekujących na śluzowanie. Pomostów wcześniej rzeczywiście tu brakowało. Umocnione od nowa brzegi kanału, gdzieś między śluzą Zieloną a jez. Drwęckim.

   Weszliśmy w kanał Dobrzycki (najstarszy, albo prawie najstarszy kanał w Polsce) i od razu zaczęliśmy podziwiać przeprowadzoną "rewitalizację". Poza ustawieniem ogromnych tablic z informacją ile to milionów wydano na prace oraz trochę mniejszych znaków nawigacyjnych nie zrobiono nic. Absolutnie nic. Kanał jest mocno zarośnięty, płytki i... taki sam, jakim go zapamiętałem z 2011 roku...

   Ewingi... Duże, piękne jezioro. Zamordowane przez garbarnię w Zalewie, która zrzucała ścieki wprost do jeziora. Garbarni - na szczęście dla nas - już nie ma, zostało nieprawdopodobnie zamulone jezioro. Nawet daleko od brzegu podnosimy mieczem bąbelki gazu błotnego. Znowu zaczęło lać. W ulewie weszliśmy do Eko-Mariny w Zalewie. Marina - wystrzelona w kosmos - piękny pomost, piękny budynek, czyściutkie sanitariaty i... no właśnie. Pod koniec czerwca byliśmy 52 czy 53 jachtem w sezonie. Trochę mało... Płacimy za postój jakieś nieduże pieniądze i nocujemy w spokoju. Jesteśmy jedynym, obcym jachtem w porcie. Kilka pozostałych to rezydenci.

   W poniedziałkowy ranek zaczęliśmy wracać do Iławy. Powrót był odrobinę wymuszony, następnego dnia rano musiałem być w Łodzi. Wiało dobrze, ale Jeziorak nie jest najłatwiejszym jeziorem do żeglugi, na jeziorze mocno kręci. Trzeba bardzo uważać na wiatr, intensywnie pracować żaglami. W Iławie w auto i wio do domu.

   Rano do Łodzi i z powrotem do Iławy. Na miejscu wita nas piękny wiatr, 4B. Nie ważne, że w dziób. Halsóweczka, wreszcie mogę tak bardziej na serio przetestować nową płetwę sterową. Z radością stwierdzam, że nowa płetwa zdecydowanie daje radę. Żyszkoś idzie do przodu jak burza, co kilka minut trzeba zrobić zwrot. Kawałek za Szałkowem, na zachodnim brzegu jeziora znajdujemy sympatyczne miejsce na nocleg. Wiatru już prawie nie ma. Późna kolacja, podziwianie księżyca w prawie pełni i spać.

   Środa. Przy śniadaniu decyzja - idziemy tam, gdzie nas jeszcze nie było. Kierujemy się w stronę Szelągów. Jeziorakiem na północ, w prawo w zatokę Kraga i wchodzimy w kanał Iławski. Wcześniej zatrzymujemy się przy jednej z wysp, żeby wymienić płetwę sterową - z długiej, jeziorowej na krótką, rzeczną.


Jezioro Drwęckie, widok od wyjścia z kanału w stronę Ostródy. Most na jeziorze Drwęckim, kiedyś jeździły tędy pociągi z Ostródy do Miłomłyna, a przed 1945 gdzieś dalej... Porty jachtowe w Ostródzie, jez. Drwęckie. Wejście do kanału prowadzącego na Szelągi znajduje się pod tym mostem, mniej więcej na przeciwko portów jachtowych. Czasem ten kanał bywa nazywany Pauzeńskim. Żyszkoś w oczekiwaniu na śluzowanie przed śluzą Ostróda.

   Kanał Iławski też teoretycznie jest "zrewitalizowany". Dalej płytki, bardzo zarośnięty. Kilkukrotnie musimy się zatrzymać, żeby wyczyścić płetwę sterową i spodzinę silnika. Pamiętam, że te kilka lat temu, we wrześniu 2007, przeszliśmy ten kanał bez większych kłopotów... Tym razem po wielokroć uderzamy krótką (około 50cm!) płetwą sterową o podwodne przeszkody... "Rewitalizacja" i tutaj polegała na ustawieniu nowych znaków żeglugowych i tablic z informacją o kupie pieniędzy wydanych na... no właśnie, nie wiadomo na co...

   W Miłomłynie skręcamy w prawo, na kanał Ostródzki, aby dostać się do Ostródy. Na początku - śluza Miłomłyn. Śluza jest świeżo po remoncie. Oczywiście od razu nasuwa się pytanie o jakość przeprowadzonych prac, skoro teoretycznie zrewitalizowane kanały - jak na razie - wyglądają tak jak wyglądają. Zrezygnowano z ręcznego napędu urządzeń śluzy na rzecz elektrycznego. Oczywiście wszystko jest sterowane komputerowo, zatem najpierw muszą się zamknąć zasuwy, a dopiero potem ruszą wrota... Nie da się wykonać dwóch czynności w tym samy czasie. Jednocześnie urządzeniom za bardzo się nie spieszy, więc w efekcie śluzowanie trwa prawie wieczność. Mam nadzieję, że urządzenia jednak zostaną przeprogramowane i wszystko przyspieszy.

   Płacimy 7,24 (znowu wyrazy uznania dla urzędnika za wymyślenie stawki) za śluzowanie i ruszamy dalej. Kanał Ostródzki między śluzami Miłomłyn a Zieloną jest dziki, miejscami zarośnięty. O "rewitalizacji" nie piszę, bo czegóż to można się spodziewać? Przynajmniej jest szerzej (zawsze było) niż na Iławskim i po prostu łatwiej się pokonuje kilometry. Po 1600 docieramy do śluzy Zielonej. Tu też był remont, wszystko działa tak samo wolno jak w Miłomłynie. W wyglądzie śluzy żal jednej rzeczy - wcześniej chyba wszystko było pomalowane, zgodnie z nazwą, na zielono. Teraz obowiązują barwy szaro-żółte.


Most drogowy z DK7 nad kanałem prowadzącym na Szelagi. Wkrótce to miejsce będzie wyglądalo zupelnie inaczej, buduje się ekspresówka. Wyjście na jezioro Pauzeńskie, szlak na Szelągi jest dobrze oznakowany bojami. Ścieżka między nenufarami :-) Wejście do śluzy Mała Ruś. Tu, i na poprzedniej śluzie (Ostróda) chcieliśmy smarować burty masłem. Górne wrota śluzy Mała Ruś.

   Za śluzą widzimy pierwsze zmiany. Po poprzednich doznaniach "rewitalizacyjnych" z wrażenia prawie wypadły mi oczy. Kanał jest oczyszczony, brzegi są umocnione nowymi palami i faszyną. Po kilku kilometrach oczy wracają na swoje miejsce. Robi się tak, jak było przed laty.

   Po 1700 wychodzimy na jezioro Drwęckie. Trochę nam się już nie chce, skręcamy w lewo i na silniku mkniemy w stronę Ostródy. Przechodzimy pod mostem, kiedyś kolejowym, za nim stawiamy maszt, żagle i w ciszy płyniemy do przystani "U Zdzicha" w Ostródzie. Nocowanie.

   Ostróda mogłaby być całkiem fajnym miejscem dla dłuższego postoju jachtu. Jest zupełnie blisko do kilku dużych jezior, w sam raz na weekendowe czy tygodniowe wypady. Niestety - trzy leżące obok siebie porty nie są w żaden sposób osłonięte od wiatrów z północno - zachodniej ćwiartki. Sprawia to, że zafalowanie może być dość duże a zatem postój nie jest najbezpieczniejszy. Poza tym teren każdego z portów jest przedzielony na pół przez ogólnodostępny chodnik i ścieżkę rowerową, biegnące wzdłuż brzegów jeziora. W efekcie do portów dostęp ma każdy o dowolnej porze dnia i nocy. Niestety takie rozwiązanie nie wzbudza zaufania. Zalety - bardzo blisko do dworca PKP i PKS, do centrum miasta i sklepów typu Lidl czy Biedronka jakieś 10 - 15 minut na piechotę. Stacji benzynowej blisko portu nie znalazłem.

   Po śniadaniu oddajemy cumy i ruszamy w stronę Piławek, północnego krańca jeziora Drwęckiego. Oglądamy z wody tamte okolice, w samych Piławkach widać zaawansowaną przebudowę krajowej "siódemki". Jeszcze nie wiemy, że pod koniec sierpnia zrobimy tam niezły korek wolno i ostrożnie telepiąc się po dziurach z jachtem na przyczepie. Dodatkową atrakcją są duże fale wywołane przez jakąś wielką motorówkę. Całość wygląda na jakiś wyjazd firmowy, motorówka co kilkanaście minut wraca do portu aby wymienić pasażerów. Chwali się to, że wszyscy na pokładzie mieli założone kamizelki asekuracyjne, pneumatyczne, oraz to, że szaleństwa odbywały się z daleka od portów.


I co? Warto się postarać i odwiedzić TAKIE zakątki? W drodze na Szeląg Wielki. Wychodzimy na Szeląg Wielki. Północna część jeziora Szeląg Wielki. Nad południowym krańcem jez. Szeląg Wielki pelnia... ... a nad północnym koniunkcja Jowisza i Wenus.

   Pod Piławkami zawracamy i z wiatrem spływamy do Ostródy, aby wyruszyć na szlak Ostróda - jezioro Szeląg Wielki. Wejście w kanał jest mniej więcej naprzeciwko ostródzkich portów, po lewej od wyciągu dla narciarzy wodnych. Woda w kanale natychmiast zmienia kolor na zielono-bury. Przechodzimy pod mostem, po prawej mijamy port Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej, w której jeden statek wyraźnie czeka na lepsze czasy. Po około 700m dochodzimy do śluzy Ostróda. Śluzy Ostróda i Mała Ruś (którą przejdziemy za 4km) to w zasadzie mikrośluzy. Obie mają po ok. 29m długości i 3,25m szerokości, a różnica poziomów to około 2m na pierwszej i 1,6m na drugiej. Na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że powinienem posmarować burty masłem, jest tak wąsko. Żyszkoś ma 2,7m szerokości + odbijacze, zostaje po niecałe 25cm na stronę. Śluzy też po remoncie, urządzenia działają niezbyt szybko, ale zdecydowanie szybciej niz Zielona i Miłomłyn.

   Po kolejnych 700 metrach przechodzimy pod bardzo ruchliwym mostem z krajową "siódemką". Za mostem - jezioro Pauzeńskie, znane również jako Puzy. Nie będę wnikał która nazwa jest poprawna. Tak samo gdzieś spotkałem się z nazwą kanał Pauzeński. Woda w jeziorze Pauzeńskim jest taka jak w kanale, zielono-bura. Nie zachęca do kąpieli, jezioro do postoju też nie - na brzegach jest mnóstwo ośrodków i domków letniskowych. Po około kilometrze skręcamy mocno w prawo, na wschód. Jezioro się zwęża, płynnie przechodzi w kanał, jednocześnie tworząc cudną ścieżkę między liliami wodnymi, znanymi również jako nenufary. Fachowcy od roślin powiedzą: grzybienie białe.

   Wpływamy w las, zakręt w prawo i przed nami kolejna śluza, wspominana już Mała Ruś. Ciasność śluzy podkreśla niewielki, łukowaty mostek przerzucony górą tuż przed śluzą. Za sluzą - około 2,3km przez las i wychodzimy na jezioro Szeląg Przed jeziorem, na lewym brzegu, w głębi widać martwy las. Według tego co widać na zdjęciach satelitarnych przez maps.google to jest po prostu zarastające jezioro.

   Szeląg Wielki - jezioro rynnowe, "kicha" o długości 12,5km i szerokości do 900m, rozciągnięta mniej więcej NW - SE. Głębokość maksymalna, według wikipedii, to 35,5m. Wiatru jak na lekarstwo, więc stajemy na kotwicy przy przeciwległym brzegu i uprawiamy lenistwo totalne. Później, niespiesznie przestawiamy się kawałek na północ, mniej więcej w 1/3 długości jeziora. Znajdujemy sympatyczny cypelek na nocleg, tam się zatrzymujemy. Zaraz po zacumowaniu Marianna przeprowadza akcję ratunkową. Tuż nad wodą, ledwo trzymając się trawy, tkwił nietoperz. Nie mógł wyjść wyżej, groziło mu utopienie. Szczęśliwie został wydłubany i posadzony na drzewie, z którego później zniknął. Nastał ciepły, cudowny wieczór. Nad południowym krańcem jeziora wschodził księżyc w pełni, nad północnym widać było koniunkcję Wenus i Jowisza. Brakowało oczywiście klucza żurawi, ryczącego jelenia i zachodu słońca. Do kompletu.


Szeląg Wielki. Podróż w czasie. Kiedy widzieliście po raz ostatni stojące razem jachty typu Orion i Kormoran? Dalej na północ się nie da. Na brzegu droga 530 z Ostrody do Łukty. Szeląg Wielki, południowa część. Tam jest więcej cywilizacji niż na północy jeziora. Linia wysokiego napięcia nad południowym krańcem  jeziora. Prześwit wg znaków wynosi 12m, nie ryzykujemy, kładziemy maszt.

   Rano ruszamy zwiedzać Szeląg. Najpierw na północ. Na zachodnim brzegu widać zabudowania Gospodarstwa Rybackiego Ostróda oraz wsi Warlity Wielkie. Nad budynkami góruje wiatrak produkujący energię elektryczną. Niewielki, ale buczy jak jakiś wentylator i skutecznie niszczy ciszę. Wschodni brzeg jeziora to las porośnięty wysokimi drzewami. Niedaleko stąd jest rezerwat sosny taborskiej, słynącej z niezwykle grubych i prostych pni. Przed północnym krańcem jeziora widać zabudowania jakiegoś ośrodka wypoczynkowego. Z jeziora wyglądał jak podróż w czasie - budynek z epoki gierkowskiej, w trzcinach, zacumowane, stały dwa jachty - Orion i Kormoran. Kto pamięta kiedy widział dwa takie jachty jednocześnie? Ja nie pamiętam, zdaje się, że to był środek lat 90-tych, na WJM. Sam północny kraniec jeziora to osada Szeląg i lokalna droga Ostróda - Łukta.

   Zawracamy. Robi się pod wiatr, więc halsóweczka. Odkładamy hals za halsem, przechodzimy obok "naszego" cypla, mijamy wejście do kanału. W międzyczasie dzwoni Grzesiek z pytaniem czy może dojechać. No pewnie, umawiamy się gdzieś w okolicy Starych Jabłonek nad Szelągiem Małym. W ten sposób poznaliśmy cel na dziś. W międzyczasie zdycha wiatr, zatrzymujemy się na jakiś czas przy zachodnim brzegu na wysokości Zwierzewa. Znowu błogie lenistwo. Po przerwie kawowo - ciastkowej i obowiązkowej kąpieli ruszamy dalej. Brzegi jeziora zaczynają być "cywilizowane". Na obu brzegach pojawiają się liczne domki letniskowe. Niedaleko południowego krańca, nad jeziorem, przebiega linia wysokiego napięcia. Znaki wskazują odpowiedni prześwit, jednak moja nieufność w tym zakresie jest duża, więc kładziemy maszt i na silniku zmierzamy do kanału prowadzącego na jezioro Szeląg Mały.

   Znowu krótki kanałek. Wejście doń jest ukryte wśród drzew, w lewo od dużego parkingu widocznego na samym krańcu jeziora, a w prawo od kąpieliska należącego do jakiegoś ośrodka wypoczynkowego. Kanał jest płytki i wąski, wolno idziemy na silniku. Za zakrętem w prawo widzimy most z drogą krajową nr 16, a zaraz za nim widzimy wejście do... tunelu. Do lat 80-tych XIX wieku jeziora Szeląg Wielki i Mały stanowiły jeden akwen. Jeziora przedzielono nasypem podczas budowy linii kolejowej z Olsztyna do Ostródy (tak samo jak jak w przypadku jezior Dejguny i Dejgunek na WJM). Transport wodny miał wtedy dużo większe znaczenie niż dzisiaj, więc aby nie odcinać Starych Jabłonek od systemu kanału Elbląskiego podczas budowy linii zbudowano również tunel żeglugowy. Tunelem - wrażenie wewnątrz jest niesamowite - przedostajemy się na Szeląg Mały.


Wejście do kanału prowadzącego na Szeląg Mały jest ukryte za kąpieliskiem. Kanał z Szeląga Wielkiego na Mały prowadzi pod mostem z DK16 Ostróda - Olsztyn, a potem... ... regularnym tunelem pod nasypem kolejowym linii Ostróda - Olsztyn. Wrażenie wewnątrz jest fantastyczne! Szeląg Mały. Bardzo rozbudowana linia brzegowa, ale atrakcji na brzegu brak. W Starych Jabłonkach jest sklep i... w zasadzie tyle. Z przystani hotelowej grzecznie wypraszają. Wejście w kanał widziane z Szeląga Małego.

   Szeląg Mały to niewielkie jezioro o powierzchni poniżej 100ha z bardzo rozbudowaną linią brzegową. Południowe brzegi są porośnięte lasami, po drugiej stronie mamy zabudowania Starych Jabłonek. Zaraz za kanałem, po lewej jest stanica wodna. Za stanicą skręcamy w lewo i po 800m przechodzimy przez bardzo wąskie i płytkie przejście (mniej więcej jak wejście na Łabędzi Szlak między wyspą Duży Ostrów a półwyspem należącym do ośrodka Łabędzi Ostrów na Kisajnie koło Giżycka). Szukamy miejsca do postoju. Po jeziorze pływała pomarańczowa motorówka, będąca kiedyś tratwą ratunkową na jakimś statku na morzu. Kapitan tejże polecił nam płynąć dalej i zatrzymać się w Starych Jabłonkach. Próbujemy podejść do przystani Hotelu Anders jednak osoba sprawująca pieczę nad przystanią w bardzo delikatny sposób poprosiła nas, żebyśmy popłynęli gdzieś indziej. Około 18:00 cumujemy kilkaset metrów dalej. Późnym wieczorem przyjechał Grzesiek.

   Sobota, 4 lipca 2015, przedostatni dzień rejsu. Niestety w głowach mamy świadomość, że następnego trzeba wracać. Rejs mamy skończyć w Ostródzie, więc możemy sobie pozwolić na nocleg na Szelągu. Przechodzimy kanał z tunelem. Wiatru nie ma wcale, powoli pyrkamy na silniku do przodu. Zatrzymujemy się na kilkugodzinną przerwę w tym samym miejscu, gdzie staliśmy dzień wcześniej. Mała zatoka, z piaszczystym dnem zachęca do kąpieli. Po postoju ruszamy dalej na północ - załogi zaprzyjaźnionych jachtów są też na Szelągu, płyniemy się spotkać. Nocujemy wspólnie przy zachodnim brzegu, gdzieś za kanałem.

   Niedziela, 5 lipca 2015. Koniec tego dobrego... Ruszamy do Ostródy. Jezioro, kanał, śluza, kanał, jezioro, kanał, śluza, kanał, jezioro i Ostróda, port u Zdzicha. Żyszkoś zostaje, a ja lecę do pracy ugasić pożary, które powstały w trakcie urlopu. Wrócę za tydzień, z inną załogą ruszymy na północ podziwiać kolejne "zrewitalizowane" odcinki kanału Elbląskiego...


a Szelągu Małym najpierw trafiamy na tzw. patelnie, aby dopłynać dalej szukamy wąskiego przejścia, w którym oprócz tego jest jeszcze płytko. Patelnia przy Starych Jabłonkach (widoczne po lewej). Czas na relaks... to może być żaba rzekotka, lub Żabka Alojzy, księgowy ;) Grzesiek pod mostem, śluza Mała Ruś. Drugi rejs, druga Załoga.

   

DRUGI RAZ, całe dwanaście dni. 14 - 26 lipca.

   Sporo nowego, czyli to co lubimy najbardziej. Zakupy zrobione, paliwo zatankowane. Tego ostatniego zabieramy sporo, zbiornik podstawowy to 24 litry, w zapasie są jeszcze dwie piątki i dziesiątka. Suzuki 9,9DT, które wisi na rufie niestety nie jest oszczędnym silnikiem. Zastanawiam się od czasu do czasu nad wymianą silnika na nowoczesny czterosuw o tej samej mocy, ale po pierwsze jest 12kg cięższy, a po drugie pan z serwisu powiedział mniej więcej tak: "Daj pan spokój, ma pan dobry, stary silnik, ja bym nie wymieniał". Chyba mnie przekonał :-D

   Wtorek, 14 lipca.,

   Koło południa zostawiliśmy za rufą Ostródę. Z portu w lewo, most, po około dwóch kilometrach skręcamy na północ, wchodzimy w kanał Ostródzki. Płyniemy spokojnie, pogoda płata figle. Niebo mocno zachmurzone, od czasu do czasu moczy nas przelotny deszczyk. Śluza Zielona - śluzujemy się razem z Venuską. Wychodząc ze śluzy zagapiłem się nie wiem na co i pięknie przyrżnąłem burtą w pomost dla oczekujących na śluzowanie. Żyszkoś tylko jęknął, mi zrobiło się słabo, na szczęście skończyło się jedynie na strachu. Po niecałej godzinie, prawie z marszu wchodzimy do śluzy Miłomłynie. Za śluzą rozwidlenie szlaków - w lewo do Iławy, w prawo do Elbląga. To tutaj jest przyjęty kilometr zerowy dla całego systemu kanałów. Skręcamy w prawo. Po kilkuset metrach przechodzimy przez wąskie wrota przeciwpowodziowe. Wrażenie jest niemiłe. O ile w śluzie wyraźnie widać ściany, o tyle tutaj ostre krawędzie wypadają poniżej listwy odbojowej i sternikowi wydaje się, że nie trafi w środek. Zapas szerokości jest bardzo niewielki, dla nas po 45cm na stronę.

   Grzejemy dalej. O 1730 przechodzimy pod budowanym mostem, którym będzie biegła droga ekspresowa Warszawa - Gdańsk. Nie mogę się doczekać kiedy powstanie, dojazd do Elbląga będzie dużo łatwiejszy i szybszy. A viatoll’a dwa razy do roku można przeboleć.

   Śladów "rewitalizjacji" oczywiście nie widać. Od znajomych, którzy płynęli tędy kilka dni wcześniej mam sygnały, że lekko nie jest. Kanał podobno jest bardzo zarośnięty i płytki. Jeszcze mamy nadzieję, że to jest "podobno"...

   Po kilkuset metrach wychodzimy na jezioro Ilińsk (znane też jako Jelonek). Szlak jest dobrze oznakowany bojami, najpierw skręcamy w prawo, na południe, za cyplem mocno w lewo i dalej na północ, w stronę Rudej Wody. Tam chcielibyśmy zatrzymać się na nocleg. Za rufą widać nasyp dzielący jezioro mniej więcej na pół, będący pozostałością po rozebranej już linii kolejowej. Venuska, z którą dwukrotnie się śluzowaliśmy zostaje tutaj, dla nas jeszcze za wcześnie. Ilińsk zostaje za nami. Kawałek kanału, jezioro, znowu kanał i tak cały czas. Budowniczowie kanału tak zaprojektowali szlak, żeby roboty ziemne ograniczyć do minimum. Jaka była technologia w II połowie XIX wieku wszyscy wiemy - łopata, fura i prymitywne maszyny...

   Wreszcie Ruda Woda. Stawiamy maszt, żagle i z radością wyłączamy silnik. Cisza daje ukojenie. Przed 2000 stajemy przy wschodnim brzegu jeziora, mniej więcej naprzeciwko Szymonówka. Pogoda w międzyczasie się wyklarowała, wieczorem podziwiamy piękny zachód słońca.

   Dzisiejszy dystans - około 24km.


Przeleciała jakaś burza, pokropiło. Ślady bobrów na kanale. Sieją zniszczenie, nie da się ukryć... Most, a za mostem jez. Ruda Woda. Ruda Woda, bajdewind. Lazyjack mogłby być trochę bardziej wyluzowany :P Zachód słonca nad Rudą Wodą.

   Środa, 15 lipca.

   W planie atak na pochylnie. Ciekawość remontu przeprowadzonego tamże dopinguje nas dodatkowo. Ostrzeżenia o niskim stanie wody na odcinku i zaroślach od Karczemki i jeziora Piniewo do pierwszej od tej strony pochylni "Buczyniec" staramy się jeszcze kłaść między bajki. Po śniadaniu stawiamy żagle i uprawiamy prawdziwe żeglarstwo. Tuż po 1200 i przepłynięciu około 9km docieramy do północnego krańca jeziora Ruda Woda. Na wschodnim brzegu jest miejscowość Wilamowo, która wyraźnie straciła swój wiejski charakter, a większość domów to po prostu letnie domki nad jeziorem. Krótki postój na kotwicy i kąpiel. W zasadzie jest to ostatnie miejsce nadające do kąpieli. Później będziemy mogli wejść dopiero do wody morskiej.

   Znowu niecałe 2 km kanału. Jakiś krótki, przelotny deszcz moczy nas odrobinę. W międzyczasie wpływamy na jezioro Sambród. Po prawej stronie widać Małdyty. Kolejne jezioro, które kiedyś zostało przecięte linią kolejową. Po linii nie ma śladu, został tylko nasyp i most. Na środku jeziora - jeszcze przed nasypem - jest wyspa. Szlak prowadzi na zachód od niej, my jednak postanawiamy podejść pod Małdyty i zarazem opłynąć wyspę od wschodu. Oglądamy umocnione nabrzeże, pełniące kiedyś pewnie funkcję portu. Obok jest rząd ciekawych budowli - to garaże położone tuż nad wodą, do każdego z nich prowadzi krótki slip. Na brzegu - linia kolejowa Olsztyn - Elbląg.

   O 1315 przechodzimy pod wspomnianym wyżej mostem. Zaraz za nim mijamy się z motorówką. Oczywiście wymijanie trafiło na jeden z węższych punktów na kanale, ale cóż, jakoś dajemy radę. ;-)

   1340 - Karczemka i trzy mosty, które ilustrują rozwój dróg w Polsce. Pierwszy to nowy z drogą S7 (jak płynęliśmy w 2011r. to był w budowie, drugi w stylu "Środkowy Gierek", którym jeździliśmy do niedawna, a trzeci to stary, poniemiecki most kamienny.


Kanał Elbląski, a raczej jego odcinek na jeziorze Piniewo. Poziom wody w jeziorze obniżono podczas budowy kanału o 5 metrów, w efekcie pozostała długa, zarośnięta kicha. To zielsko to nic w porównaniu z tym, które czekało na nas przed Buczyńcem... Jezioro Piniewo, miejscowość Karczemka. Kilometr w lewo jest S7. Tu jeszcze daje się plynać... Później była walka o każdy metr, nie myśleliśmy o robieniu zdjęć, a szkoda... Zbliżamy się do pochylni Buczyniec, przed nami wrota przeciwpowodziowe i most. Wyremontowana pochylnia Buczyniec. Troche brakuje starego klimatu, coz, trzeba dac czas, zeby przyroda troche spatynowala slady remontu.

   Jezioro Piniewo. W zasadzie jest jeziorem tylko z nazwy, podczas budowy kanału poziom wody został obniżony o 5 metrów. Została bardzo zarośnięta, wąska "kicha". Po lewej duże pastwisko dla koni ze stadniny w Awajkach. Tu jeszcze da się płynąć. Dalej zrobiło się wesoło...

   Kolejne pięć kilometrów kanału pokonaliśmy w dwie godziny. Zdjęć z tego odcinka nie ma żadnych. Nie było czasu, nie pomyśleliśmy o tym. A szkoda. Jeżeli mam powtórzyć to, co mówiłem o "rewitalizacji" kanału pomijając brzydkie słowa, to nie mówiłem niczego. Dramat. Rozumiem, że wiosna i początek lata były suche, ciężko miec pretensje o to do kogokolwiek. Ale kanał powinien być oczyszczony w taki sposób, aby umożliwić przejście. Nie wiem ile razy czyściłem śrubę silnika z wodorostów. Nie wiem ile razy siedzieliśmy w "szczypiorze". Nie wiem ile razy łapaliśmy się gałęzi drzew zwisających nad wodą aby przepłynąć odrobinę dalej. Masakra. Niestety - ale przy takim dbaniu o kanał przez Zarządcę (RZGW Gdańsk) za dwa, góra trzy lata żegluga tędy będzie tylko wspomnieniem. RZGW Gdańsk ograniczyło się do wydania Komunikatu nr 13/2015 o "poroście roślinności wodnej w miejscowości Awajki , wypłyceniach w okolicy miejscowości Buczyniec i ostrzeżeniu o głębokości miejscowo nie przekraczającej 1m". Z całym szacunkiem, ale gdyby tam był metr wody i odrobinę mniej zielska to nie byłoby problemu. Oprócz zrobienia remontu trzeba pamiętać o konieczności utrzymania wyremontowanego obiektu - inaczej to zabawa na dwa - trzy lata.

   Odcinek kanału od Karczemki przez jez. Piniewo do pochylni Buczyniec musi zostać oczyszczony z roślinności. Tak jak można zadbać o szlak prowadzący przez jez. Drużno (praktycznie całkowicie zarośnięte), tak samo można zadbać o te pięć kilometrów. Musi pójść tędy ruch statków, który ograniczy rozwój roślinności. Bez tego kanał będzie wspomnieniem... Po co remontować pochylnie do których nie da się dopłynąć?

   Wreszcie udało nam się dojść do pochylni Buczyniec. Ostatnie kilkaset metrów było już łatwe. Brzegi oczyszczone, z nowymi umocnieniami. Szkoda, że poradzono sobie z roślinnością na brzegach, a nie poradzono z tą w kanale.


Dowód na to, że moje teksty o rewitalizacji nie byly wymysłami... Pochylnia Oleśnica. Pochylnia Oleśnica, jeden jacht na wozie to komfort dla podróżnych Pochylnia Jelenie. Pochylnia Całuny. Normalnie chyba nikt by nie wymyślił, że tu są cztery polery czy pachoły, jak kto woli. Takie mądre znaki są przy wszystkich pochylniach.

   A co słychać na Buczyńcu? Pierwsze wrażenie pozytywne. Przede wszystkim rzuca się w oczy tablica z czasem otwarcia pochylni - czynne od 0930 do 1800. W porównaniu do poprzednich lat czas ten wydłużono o 2,5 godziny, doskonała decyzja :-). Przebudowano i wydłużono nabrzeże. Pojawiła się sygnalizacja świetlna, taka jak na śluzach. Mamy też mniej więcej milion nowych znaków żeglugowych, przy czym najbardziej fascynujący ten informujący o liczbie polerów do cumowania. Przebudowano muzeum, oczywiście wszędzie tablice z informacją czego-i-za-ile-to-nie-zrobiono. Pracownicy z muzeum o ekspozycji nie wiedzą w zasadzie nic i są raczej ciężko oburzeni, że ktoś pyta o cokolwiek. Toaleta 2 złote. Generalnie odnieśliśmy wrażenie, że całość jest przygotowana dla wycieczek autobusowych z ciężkimi euro w kieszeniach, a tacy jak my, czyli wodniacy, są niepotrzebnymi natrętami. Żeby zwiedzić maszynownię trzeba zasuwać kawał drogi do mostu, kiedyś była ścieżka przez tory. Teraz jest furtka i znak "zakaz ruchu pieszych". Wózek pewnie pędzi niczym Pendolino...

   Dom obok pochylni, w którym jeszcze 4 lata temu można było wziąć prysznic, skorzystać z toalety czy z usług kawiarni ma wielki napis "na sprzedaż". Remont kanału wykończył to mikroprzedsiębiorstwo... A szkoda...

   Przy każdej z pochylni postawiono od nowa budynek maszynowni. Ułożono nowe szyny, wymieniono liny. Bardzo dokładnie zbadano stan techniczny urządzeń, część kół, w zależności od potrzeb, została wymieniona na nowe. Podobno te nowe bardziej hałasują. Ciekawa jaka będzie ich trwałość. Wózki transportowe odnowiono.

   Nie wiem, prawdopodobnie moje rozczarowanie remontem Buczyńca wynika ze stanu kanału tuż przed. Miało być lepiej - może jest, dla takich jak my w zasadzie nic się nie zmieniło. Może po szeroko ogłaszanym końcu remontu ruch zwiększył się na tyle, że obsługa już miała dosyć? Mam wielką nadzieję, że to była choroba wieku dziecięcego, że całość się dotrze, rozrusza i ponownie zyska ten sam fajny klimat sprzed kilku lat.

   Technika przejścia przez pochylnie po remoncie nie uległa zmianie. Opisywałem ją w relacji z 2011 roku, myślę, że nie ma sensu jej tu powtarzać.


Pochylnia Całuny, pierwsza od Elblaga. Niewielkie przystanie są tu i na Buczyńcu. Przy wyjściu z  pochylni uważamy na silny, boczny prąd, tworzony przez strumien wody, która napędzala maszynownię. Zarośnięty Kanał Elbląski. Mosty odnowione, brzegi umocnione, tylko to zielsko... Ostatni odcinek kanału przed wejściem na jezioro Drużno. Zielona barykada... Wchodzimy do Elbląga.

   Na każdym odcinku między kolejnymi pochylniami pojawiało się to samo poważne utrudnienie - gruby, pływający kożuch roślinności wodnej, długi na 100 - 150m. Kożuch ten skutecznie zapychał układ chłodzenia silnika i owijał się dookoła śruby. Pomagało - niewiele - maksymalne zanurzenie silnika. Czy naprawdę tak trudno postawić jakąś koparkę z grabiami żeby to wszystko wybrała? A może bardziej ekologiczne rozwiązanie - amur biały? Wyje nadmiar roślinności, a że podobno nie rozmnaża się w Polsce w warunkach naturalnych to nie ma obaw, że wyprze jakieś lokalne rybki. Poza tym wędkarze będą zadowoleni.

   Kolejne pochylnie przechodzimy z marszu. Nie było żadnych kłopotów poza wspomnianą wyżej nadmierną roślinnością. Zbyt niski poziom wody też przestał być problemem. Ostatnią pochylnię - Całuny pokonujemy już po 1800, tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości obsługi. Niniejszym odszczekuję to, co stwierdziłem na Buczyńcu :-) Dziękujemy. :-)

   Około 1840 wychodzimy na Drużno. W zasadzie to ciężko stwierdzić kiedy kończy się kanał, a zaczyna jezioro. Stoi tablica informacyjna z nazwą jeziora i tyle. Przed Drużnem spotykamy jeszcze jedną, potężną, pływającą barykadę z roślinności. Przebijamy się przez nią na dwa razy, za każdym razem trzeba było oczyścić śrubę.

   Może się pojawić pytanie dlaczego nie korzystaliśmy w takich miejscach z pychu, który był (i jest) na jachcie. Powód jest prosty. Zarówno na odcinku kanału przed Buczyńcem jak i na Drużnie jest tyle mułu, że wchodził cały pych. A jacht jak stał tak stał.

   Wiatru brak, grzejemy na silniku. Robię małe doświadczenie. Uruchamiam prostą aplikację w jakimś zabytkowym smartfonie, który robi za GPS. Chcę sprawdzić jaką prędkość osiągamy na silniku w zależności od jego obrotów. Przy 1/3 naprzód idziemy 5 węzłów, przy 3/4 - 5,8 węzła. Nie spodziewałem się, że różnica będzie tak niewielka. Od tej pory praktycznie przestajemy pływać na wyższych obrotach niż 1/3, co ma znaczący wpływ na zmniejszenie zużycia paliwa.

   Około 2015 przechodzimy pod mostami tuż przed Elblągiem (pierwszy kolejowy, dugi drogowy, S7). Kilka minut później, już w samym Elblągu, zatrzymujemy się tuż za mostem drogowym. Dalej przed nami są dwa mosty zwodzone, które otwierane są o 2100. Pamiętam, że jakieś 300m w prawo od mostu (wpływając do Ebląga od Drużna) jest stacja benzynowa. Wykorzystuję zapas czasu i idę na stację uzupełnić paliwo. Mosty otwierają się o czasie.

   Kilka minut po 2100 cumujemy w porcie Jachtklubu Elbląg. Port został niedawno przebudowany, daje doskonałe warunki do postoju.

   Dosyć na dziś, prawie 12 godzin i około 55 kilometrów.


300m w prawo od tego mostu jest stacja benzynowa. Elbląg i nowe mosty zwodzone. Kilka lat temu ich nie było. Statki Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej. Pierwszy (2,8m prześwitu)... ... i (1,9m) drugi zwodzony most w Elblągu. Otwierane o określonych godzinach, szkoda, ze nie są trochę wyższe - 4m zalatwiłoby sprawę i ułatwiło życie wielu jachtom i motorówkom.

   Czwartek, 16 lipca.

   "Pętla Żuławska" to samorządowy pomysł na ożywienie wodnego ruchu turystycznego na Żuławach. Pływając po tych wodach w 2011 roku kilkukrotnie zdarzyło mi się słyszeć "tu będzie port". Takie zapewnienia kładłem raczej między bajki, z jednoczesną myślą "fajnie by było, gdyby..." Okazało się, że... DA SIĘ! W ramach tego programu i pomocy uzyskanej z funduszy unijnych przebudowano kilkanaście oraz powstało kilka zupełnie nowych przystani. Opinie o nich są bardzo różne - np. podobno chore rzeczy dzieją się w Malborku (niepotwierdzona, zaporowa cena blokująca ogólnodostępny pomost tak, aby mógł cumować tylko jeden statek). O tym co napotkałem w czasie naszego pływania będę pisał na bieżąco.

   Beznadziejny stan i trudności w żegludze po kanale Elbląskim oraz niezła cena postoju jachtu w Elblągu skłoniły mnie do podjęcia decyzji o pozostaniu na Żuławach do końca tego sezonu. Szelągi są cudowne, Jeziorak rządzi, Bartężek czeka, całe Drwęckie również, ale, kurcze, tam trzeba jakoś dopłynąć. Machnąłem ręką myśląc - zobaczymy teraz jak jest tu, a co potem to będzie potem. :-)

   Oddaliśmy cumy - przed nami Zalew Wiślany oraz idea opłynięcia jego polskiej części dookoła. Most pontonowy w Nowakowie otwierany jest w określonych godzinach i trzeba być bardzo punktualnie. Ze względu na dość duży ruch drogowy i niewielki wodny most jest dosłownie uchylany i jak tylko przejdzie ostatni jacht jest natychmiast zamykany. Na spóźnialskich nikt nie czeka. Godziny otwarcia znajdziecie na stronie zalewwislany.pl. W innych godzinach jest otwierany wyłącznie dla żeglugi profesjonalnej - np. dla barek. Kilka lat temu udało nam się załapać właśnie z taką barką.

   Przed i za mostem są pomosty dla oczekujących. Pomosty mają jedną wadę - nie da się z nich zejść na ląd. Stajemy przy nim, mamy około 25-minutowy zapas czasu, idealnie na przerwę kawową. Wschodni brzeg, ten przy którym stoją pomosty, nie zachęca do dobijania. Zachodni brzeg to Nowakowo, w którym nie ma żadnej przystani.


Port d. Zamechu. Port Jachtklubu Elbląg jest niemal na przeciwko. Kuter, chyba na granicy śmierci technicznej. Może niebawem objawi się jako wycieczkowy, piracki 'zaglowiec' w Gdańsku? W oczekiwaniu na otwarcie mostu w Nowakowie. Trzeba pamietać, że z tego pomostu nie ma zejścia na ląd. A mewy i inne ptaszyska są oburzone, że ktos zajmuje ich pomost. Wychodzimy na Zalew Wiślany. Zatoka Elblaska. Port we Fromborku widziany z wieży wodnej. Lepiej stanąć przy wschodnim nabrzezu. Taniej, a tak samo nic nie ma.

   Tuż przed magiczną godziną otwarcia mostu pojawiają się tubylcy. No tak - ci to dokładnie widzą o której wyjść z portu, żeby przypłynąć tutaj idealnie na otwarcie. :-) Pozazdrościć. Pogoda jest wspaniała - słońce, trochę wiatru, wschodniego. Od mostu w Nowakowie do końca "lądu" jest jeszcze kawał drogi - niemal osiem kilometrów. Prawy (wschodni) brzeg bardzo szybko przechodzi w groblę oddzielającą rzekę Elbląg od zatoki Elbląg, należącej już do Zalewu Wiślanego. W międzyczasie zatrzymujemy się na krótki, przymusowy postój. Ten nie należy do przyjemności, musimy podejść rufą do kawałka umocnionego brzegu. Za cumę robi bosak, wystarczy na te kilka minut. Wschodnia grobla, już miejscami przerywana, kończy się czerwoną stawą nawigacyjną. Zachodnia - skutecznie chroniąca przed falą ciągnie się jeszcze kawałek. Stawiamy żagle, wyłączamy silnik. Zapada cisza. Jest pięknie! Słońce, południowo zachodni wiatr, dobra widzialność. Czego chcieć więcej?

   Na Zalewie rozglądamy się za sieciami. Pamiętam, że jest ich tu dość dużo, pamiętam, że są dobrze oznakowane za pomocą chorągiewek. Na skrajnych tyczkach są dwie chorągiewki, na wewnętrznej (lub wewnętrznych jeżeli sieć jest dłuższa) - jedna. Kolor - teoretycznie czerwony, praktycznie może być każdy :-) Generalnie jeżeli się da to sieci omijamy szerokim łukiem. Lornetka zdecydowanie się przydaje. Koniec filozofii.

   Skręcamy w prawo - na północny wschód. Wzdłuż "osi" Zalewu biegnie tor wodny, który jest wyznaczony bojami oraz stawami Elbląg i Gdańsk. Oprócz głównej "ścieżki" mamy "odgałęzienia" prowadzące do ważniejszych portów i przystani. W portach uczestniczących w programie "Pętla Żuławska" rozdawane są bardzo wygodne mapy akwenu z naniesionymi znakami nawigacyjnymi, głębokościami i odległościami. Mapa jest prosta, ale bardzo wygodna i pomocna w żegludze. Oprócz mapy pierwszy raz na pokładzie mam smartfona z gps, a w nim prostą aplikację SailDroid. Aplikacja pokazuje aktualną pozycję, prędkość, kurs. Można wprowadzić do niej waypoint i... i tyle :-) Głupi telefon działa z nią trochę ponad 4 godziny, a potem kończy się prąd, więc włączamy urządzenie co jakiś czas. Nie ma potrzeby przyglądać mu się bez przerwy, chyba, że ćwiczymy zjeżdżanie z fali i sprawdzamy prędkość. Mniej więcej miesiąc później Żyszkoś gnał przez chwilę 7,8 węzła, w baksztagu :-) Poza tym w jachcie jest kilka map turystycznych regionu, dokładny atlas samochodowy (1:200 000) z naniesioną siatką ze stopniami i minutami szerokości oraz długości geograficznymi. Nic więcej nie trzeba. Później w Gdańsku kombinowałem, żeby kupić morskie mapy regionu, takie z prawdziwego zdarzenia. Cena (kilkaset złotych) mnie zabiła, a pojedyncze arkusze nie są sprzedawane. Zostałem przy rozwiązaniu trącącym amatorszczyzną. Cóż, prowizorki bywają bardzo skuteczne :-)


Żyszkoś we Fromborku. Trzy plastikowe budki pod drzwiami to zaplecze sanitarne tego portu... Nieczynny  już Szpital Św. Ducha (teraz jest w nim muzeum) i... ... kilkupiętrowe bocianie gniazdo na nim :-) Frombork, wzgórze katedralne. Frombork wieczorem.

   Nie wypuściliśmy się na środek Zalewu, do farwateru wyznaczonego wspomnianymi wcześniej bojami. Po odpłynięciu na mniej więcej 1/3 szerokości skręciliśmy w prawo, na NE. Spokojnie, z wiatrem, przemieszczaliśmy się do Fromborka, który został celem dnia. Gdzieś po prawej zostaje Suchacz, Kadyny, Tolkmicko. Między Tolkmickiem a Fromborkiem, na tle brzegu widać szary punkt - to Święty Kamień, który odwiedzę przy okazji następnego rejsu. Tolkmicko też będzie następnym razem.

   Wczesnym popołudniem zbliżamy się do Fromborka. Między drugą a trzecią parą boi torowych wchodzimy w farwater prowadzący do portu, zrzucamy żagle i na silniku wchodzimy do portu. W porcie jest dość ciasno. Rozglądałem się za miejscem do postoju i w tym czasie na nabrzeżu pojawił się pan zarządzający cumowaniem. Polecił stanąć w głębi po prawej (strony - wchodząc do portu, prawa to nabrzeże SW, lewa to nabrzeże NE), dziobem do kei, z rufą na kotwicy. Wywaliłem kotwicę za burtę, za chwilę się przekonałem, że trzyma na słowo honoru. Dobrze, że ciężka, robi zatem trochę za prosiaka :P.

   Pan okazuje się przedstawicielem tutejszego Klubu Żeglarskiego (oznakowany budynek klubu widać po prawej). Bierze chyba 20zł za cumowanie za dobę + 5 zł od osoby za prysznic. W cenie mamy toalety i podobno 10% zniżki na rybę w smażalni naprzeciwko (obraz z żaglowcem na ścianie tejże demoluje system, polecam popłynąć tylko po to by obejrzeć dzieło :-D). Toalety to dwa toitoie, które stoją na kei. Trzeci toitoi to prysznic. Pan z Klubu kieruje nas jednak do sanitariatów miejsko-gminnych które są 150m od portu (przed torami w prawo, biały kontener) i poleca korzystać z toitoiów wieczorem i w nocy, kiedy państwowe sanitariaty są zamknięte.


 Wejście do Nowej Pasłęki. Boje torowe prowadzą do wejścia oznaczonego czerwoną strzałką. Tamtędy zapłyniemy donikąd. Wchodzimy w wejście zaznaczone zieloną strzałką, przed wejściem są słabo widoczne tyczki z czubkami pomalowanymi na zielono i czerwono. Uwaga - płytko! Pierwsze, czerwone, wejście do Nowej Pasłęki, w której nie ma nic. Tam się nie pchamy! Drugie, zielone, wejście do Nowej / Starej Pasłęki. Za 1,5km jest przystań, a kolejne 5 - Braniewo.  Wchodząc czerwonym wejściem dopłyniemy do tego mostu, ale od tamtej strony. Ujście Pasłęki do Zalewu Wiślanego.

   W samym mieście koniecznie trzeba pójść na wzgórze katedralne, zwiedzić katedrę, zadumać się nad Kopernikiem... Warto zajrzeć do planetarium, tam można uciąć krótką drzemkę (byłem kilkukrotnie w różnych planetariach, nigdy nie zdarzyło mi się dotrwać do końca seansu :-D ) Ciekawe są malownicze uliczki ze starymi kamieniczkami, dawny kościół Św. Michała, który do niedawna pełnił funkcję kotłowni miejskiej. Warto rzucić okiem na poewangelicki kościół Św. Wojciecha. A na wszystko najlepiej popatrzeć z wieży wodociągowej. W wieży teraz jest bardzo sympatyczna kawiarnia (pyszna kawa i ciastka!), wystawa zdjęć dworków dawnych Prus Wschodnich. A kiedyś wieża była ewenementem na skalę Europy - w II poł. XVIw. zbudowano tu drugie w Europie (po Augsburgu) urządzenie wodociągowe. Więcej nie piszę - mała wystawa na ten temat jest w wieży. Trzeba płynąć i obejrzeć.

   Frombork - jest prawie dokładnie tak samo jak 8 lat temu, kiedy tu byłem ostatnio. Z trzema różnicami - po pierwsze przez port nie jeżdżą już pociągi (szkoda, fajne wrażenie było), po drugie 150m od portu jest miejsko-gminny kontener z sanitariatami, a po trzecie 300m w drugą stronę "Biedronka", w której można uzupełnić zapasy. I KONIEC. KONIEC zmian wszelkich. Włodarze miasta chyba uznali, że skoro mają katedrę to mają wszystko... Podobno port miał być przebudowany w ramach Pętli Żuławskiej, lecz ktoś przespał termin składania wniosku o dofinansowanie... Generalnie uważam, że do Fromborka warto wejść w dzień, na trzy - cztery godziny. I stanąć po lewej, burtą do nabrzeża NE. Stoi się tam za darmo, a pakiet usług jest ten sam. I chyba nawet jest bezpieczniej - stoi się na cumach bez kotwicy, która trzyma tyle o ile. A na noc - uciekać do innego portu.

   I jeden śmieszny moment - chorągiewki na sieciach generalnie są czerwone. A koło Fromborka czarne. Zaintrygowały mnie, poszedłem więc do rybaków z pytaniem o co chodzi z tym kolorem. Odpowiedź pozwoliła zrozumieć wszystko: "to są Krzyśka, on takie stawia". Więcej pytań nie miałem.

   Dzisiejszy dystans - około 35km.


Przystań w Starej Pasłęce. Stara Pasleka, cumujemy burta do krótkich, pływających pomostów. Szlak do Braniewa przegradza nam nieczynny most zwodzony, po którym... ... nie ma zbyt dużego zapasu miejsca. Zmiany poziomu wody mogą tam być dość duże, trzeba być czujnym. Przystań rybacka w Nowej Pasłęce jest zaraz za niskim mostem.

   Piątek, 17 lipca.

   Z samego rana zostaję ukarany przez los za złe myśli o Fromborku. Schodząc z dziobu na keję nogi zaplątały mi się w koszu i gruchnąłem na beton. Ziemia jęknęła, na szczęście obeszło się bez większych kontuzji.

   Zdecydowanie się rozwiało z zachodu. Refuję grota, foka rozwiniemy tyle ile trzeba i pełnym wiatrem popłyniemy w stronę Nowej Pasłęki. Po drodze zbliżymy się mocno do granicy w Rosją. Ponoć jest bardzo dobrze oznakowana i w zasadzie nie da się jej przekroczyć. Poza tym Straż Graniczna czuwa.

   Pierwsza kępa drzew po prawej to Różaniec. Zza drzew wystaje komin stojący w Braniewie. Druga kępa to Nowa Pasłęka (nawet rym wyszedł). Wieje 4-5B z W. Z wiatrem idziemy jak burza. Widać tor podejściowy! Super, grot dół, na częściowo zrolowanym foku wchodzimy do Nowej Pasłęki. W główkach mielizna - uderzamy mieczem (na szczęście piasek), wypina się płetwa sterowa. Rewelacja. Prawy brzeg to piękne nowe nabrzeże. I... nic więcej. Co jest do jasnej cholery???!!! Cumujemy. Krótki spacer wzdłuż kanału. Na końcu kanału most zwodzony, widać, że zupełnie nowy. Przed mostem - linia energetyczna, dosyć nisko, na pewno musielibyśmy położyć maszt. Przy moście wielka tablica informacyjna o Pętli Żuławskiej i powiększenie portu w Nowej Pasłęce. Tylko gdzie jest ten port???!!! ;-)

   Rzeka Pasłęka, uchodząc do Zalewu rozdziela się na trzy ramiona (taka mini-delta). Południowo - zachodnie, do którego prowadzą boje podejściowe to pusty port w którym nie ma nic. Zachodnie - to wejście do portu jachtowego, który jest położony około 1500m w górę rzeki. Północne, obok Domu Rybaka w porcie jachtowym jest bardzo płytkie i całkiem zarośnięte. Trzeba wybierać to środkowe, zachodnie ramię.


Do Braniewa idziemy pod niezbyt silny prąd Pasłęki. Jest głęboko, ale... ... miejscami trzeba urządzać slalom miedzy zagonami kapusty, która... ... od czasu do czasu wygrywa z silnikiem. Ciekawe, czy w sezonie 2016 drzewo będzie stało, czy leżało... Wchodząc do Braniewa najpierw mijamy kościół (po naszej prawej), potem jakiś zakład, aż w swoistym wąwozie zobaczymy betonowe pale, do których przymocowane są pomosty przystani.

   Wracamy na Zalew, aby opłynąć wyspę. Opływamy ją na silniku, bardzo szeroko, każda próba zbliżenia kończy się wypięciem płetwy sterowej. Płynąc bardzo szeroko trafiamy w końcu na moment, kiedy pięknie widać wejście i pierwsze kilkaset metrów rzeki. Wchodzimy celując prosto w rzekę. Krótko przed wejściem napotykamy tyczki od sieci rybackich z czubkami pomalowanymi na zielono i czerwono, tworzącymi farwater. No tak - zdaje się, że właścicielowi Domu Rybaka i jednocześnie zarządcy portu jachtowego zależy na oznakowaniu wejścia. Urzędowi Morskiemu już nie.

   Wchodzimy. Płytko, płetwa znowu się wypięła. Kontrafał zaknagować można dopiero na rzece. Po prawej most zwodzony, ten nowy, który na razie w ogóle nie jest podnoszony. Ale za to jaki piękny i nowoczesny!!! Nie lepiej i taniej było postawić boje wyznaczające tor wodny do tej odnogi Pasłęki? I pogłębić wejście? Nie, wybudowano piękne nowe nabrzeże i jeszcze piękniejszy most, które są po nic. Znowu miś na miarę naszych możliwości... :-(

   Płyniemy już spokojnie rzeką, po lewej przystań jachtowa. Jest wcześnie, więc wymyślam, żeby spróbować dojść do Braniewa. W porcie zatrzymujemy się na 5 minut, korzystamy z toalety. Port wydaje się fajny - spokój i cisza, nawet w przypadku ciężkich warunków na Zalewie. W 2012r. powstała nowa przystań na prawym brzegu rzeki (lewym wchodząc do portu). Do dyspozycji mamy Y-bomy, slip. Można nabrać wody, podłączyć się do prądu. Sanitariaty - w Domu Rybaka, wołają o remont. Całość robi bardzo pozytywne wrażenie, co potwierdzę za niecały miesiąc.


Przystań w Braniewie. W budynku po lewej urzęduje obsługa, tam tez znajdziemy sanitariaty. Bazylika Św. Katarzyny w Braniewie. Odbudowana po zniszczeniach wojennych dopiero na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Powrót na Zalew, w planie Piaski. Dźwig w Piaskach. Ciekawe, czy zapali :-P Zalew 'od góry', wieczorem, z Piasków albo Nowej Karczmy, jak kto woli.

   Ruszamy do Braniewa, pod prąd. Na prawym brzegu - Stara Pasłęka, na lewym - Nowa. Przed nami most, który kiedyś był zwodzonym. Kładziemy maszt, kładziemy również bramę od masztu - inaczej się nie zmieścimy. Zaraz za mostem, na lewym brzegu baza rybacka. Prąd, pod który idziemy, jest wyraźny, ale nie stwarza trudności. Z głębokościami też nie ma problemu, pilnujemy nurtu i wszystko. Kłopot stanowi tylko bujna roślinność wodna, która co jakiś czas nawija się na śrubę. Włączenie na chwilę wstecznego pomaga. Przed samym Braniewem, na lewym brzegu mijamy bardzo ładny Kościół p.w. św. Krzyża. Kawałek dalej, na tym samym brzegu rośnie mocno przechylona wierzba, której konary sięgają połowy nurtu. Wierzba pewnie lada moment się przewróci, miejmy nadzieję, że nie w sezonie.

   Po około 7km dopływamy do przystani. Przystań to pływający pomost, zakotwiczony do potężnych słupów. Tuż przy schodach jest budynek przystani z czystymi sanitariatami i punktem informacji turystycznej, a całość znajduje się w zasadzie w centrum miasta. Przystań to fragment Pętli Żuławskiej, więc jak każda z nich jest trochę "wywalona w kosmos" i chyba trochę na wyrost, ale... wolę to, niż taki np. Frombork. Miasto zostało niemal rozniesione w 1945 roku (85% zniszczeń), więc nie bardzo ma się czym chwalić. Zostało kilka zabytkowych budynków (w tym najbardziej rzucająca się w oczy Bazylika św. Katarzyny). Mało kto wie, ale Braniewo to najmniejsze w Polsce miasto, które posiada ogród zoologiczny.

   Po spacerze i próbie zjedzenia obiadu (czas oczekiwania na posiłek nas odstraszył, podobno ponad godzinę) wróciliśmy na jacht i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zastanawiałem się co będzie na Zalewie. W Pasłękę wchodziliśmy przy silnym, zachodnim wietrze. Myśleliśmy, żeby iść do Piasków (Nowej Karczmy), obawiałem się o Mamę - nie lubi wysokiej fali, nadmiernego przechyłu i bujania. Wiatr okazał się być nadzwyczaj uprzejmym, w międzyczasie odkręcił na E (!!!) i po wyjściu okazało się, że w spokoju, jednym halsem i pełnym wiatrem mogliśmy pożeglować do Piasków. Do Piasków wchodziliśmy przy maks. 2B.

   W Piaskach zostaliśmy na nocleg. Znaleźliśmy miłe miejsce przy środkowym pirsie w porcie. Poszedłem na poszukiwanie bosmana albo kogokolwiek kto rządzi portem. Nie widząc nikogo podszedłem do rybaków, pytając: "Panowie, jak tu jest, komu się tu płaci?" Na co usłyszałem: "Tu? Nikomu, stójcie ?" Więc zostaliśmy. Bezpłatne, toaleta z prysznicem (w miarę czyste) były w kontenerze obok portu. Popołudniem poszliśmy na spacer na drugą stronę Mierzei Wiślanej aby wykąpać się w morzu, a wieczorem spotkaliśmy z koleżanką z pracy, która się tu urlopowała. "Co, gdzie jesteście? Obok wigwamów z patyków?" Te wigwamy to stosy żerdzi do rozpinania sieci na Zalewie ?

   Dystans na dziś: około 43 kilometry.


Frombork z Zalewu rozpoznamy bez trudu. Krynica Morska. Tent robi za daszek przeciwsłoneczny. Letników w Krynicy Morskiej jest w sezonie chyba z milion, jaskółek niewiele mniej :-) Katy Rybackie, przystań jachtowa i... ... rybacka. Pamiętajmy o ciekawym Muzeum Zalewu Wiślanego.

   Sobota, 18 lipca.

   Dzisiaj ulgowo. Rano zabawiliśmy się w tramwaj - półtora, może dwugodzinne kółko po Zalewie z Agnieszką i Mariuszem. Potem kawa, zaczęliśmy się zbierać do wyjścia i... nie, na razie zostajemy. Na zachodzie pojawiła się niesympatyczna czarna chmura, wyraźnie zmierzała w naszą stronę. Postawiliśmy nawet namiot, żeby nie zmoknąć za bardzo. Zgodnie z przysłowiem z dużej chmury spadł mały deszcz, a raczej nie spadł wcale. Jednak obawy dotyczyły nie tyle deszczu, co wiatru, który mógł spod chmury dmuchnąć. Nie dmuchnął.

   Z Piasków wyszliśmy wczesnym popołudniem. Wiatr szybko zgasł zupełnie, więc na silniku popłynęliśmy do Krynicy Morskiej. Brak wiatru skłonił nas nocowania tamże.

   Krynica Morska to kolejny port przebudowany w ramach "Pętli Żuławskiej". Osiem lat temu, w 2007 roku jedynym udogodnieniem postoju w tym porcie był pan "opłata portowa". Port nie oferował nic, nawet toalety. Teraz zmieniło się dużo na plus. Powstał nowy pawilon sanitarny. Wyremontowano pirsy, przy jednym z nich (wewnętrznym) ustawiono krótkie, prostopadłe pomosty pływające z Y-bomami, które ułatwiają cumowanie. Drugi pirs, przedłużony krótkim pomostem pływającym również jest wyposażony w Y-bomy. Na pomostach mamy krany w woda pitną, możliwość podłączenia się do prądu.

   Ale - w samym porcie było po prostu głośno. Na dużym placu przed portem była ustawione scena, na której (na szczęście tylko do 21 czy 22) odbywały się wątpliwej jakości występy kabaretowe. Postój w porcie kosztuje jakieś jeszcze w miarę rozsądne pieniądze (30 czy 40zł za jacht z trzema osobami na pokładzie). W cenie między innymi mamy sanitariaty. Szkoda tylko, że sanitariaty, za które my płacimy są tak naprawdę darmowym, ogólnodostępnym szaletem miejskim. Czystość wewnątrz - co najmniej dyskusyjna. Prysznice męskie - 4 kabiny, z których na dwóch wisi kartka "pomieszczenie służbowe". Pewnie po to, żeby nikt nie korzystał, się nie brudziło i był święty spokój. W damskim podobno tak samo. W godzinach popołudniowych - kolejki do toalet. Część z prysznicami wieczorem (około 22) jest zamykana na klucz. Rano - kocioł i generalne rozczarowanie. Dodatkowo port nie jest dobrze osłonięty przed wiatrami z kierunków SW do SE, przez co odczuwalne jest falowanie. Dodatkowo szalejące tuż przed portem RIB-y z pasażerami podnoszą falę. Wszystko to powoduje, że postój nie jest zbyt komfortowy.


Wejście w Wisłę Królewiecką z Zalewu. Leje! Most w Sztutowie. Spotkanie ze Strażą Graniczna. Gdańska Glowa. Wzmacnianie brzegów od strony Wisły przy śluzie Gdańska Glowa.

   Wybraliśmy się po paliwo. Stacja benzynowa w Krynicy znajduje się przy głównej drodze niecałe 2km od portu, w stronę nasady mierzei w Kątach Rybackich. Nie mieliśmy ochoty dźwigać kanistrów taki kawał, więc wypożyczyliśmy rower typu tandem. Jazda takim rozklekotanym wehikułem, przy braku wprawy, to wyzwanie. Przywieźliśmy 15 litrów paliwa, najdroższego w dawnym Układzie Warszawskim. Taki lokalny monopol :-)

   Wieczorem poszedłem na spacer po mieście. Oczy z wrażenia miałem kwadratowe - niesamowite tłumy ludzi, wszędzie stragany ze wszystkim i z niczym, hot-dogami wymieszanymi z lodami, obok maszyn do grania w cokolwiek. Wielkie wesołe miasteczko, knajpa na knajpie, kempingi, pokoje do wynajęcia. Taki turystyczny kombinat. Ostatni raz w takim miejscu byłem w połowie lat 80-tych. Jakoś nie wyobrażam sobie wypoczynku w takim miejscu. Poszedłem na plażę - parawan na parawanie ("parawaning" podobno był zupełnie modny tego roku), pierwsze ustawione już w wejściu na plażę. Masakra. Za to zachód słońca był pierwszorzędny, nawet jakiś nieduży statek postawili na kotwicy niedaleko brzegu aby robił klimat. :-)

   Dystans na dziś - około 23km.


Parokilometrowy skok Wisłą do śluzy Przegalina. Fok, bajdewind i poszarpany, bardzo nierówny wiatr. Ściany śluzy Przegalina są doskonałym miejscem na założenie gniazda :-) Most pontonowy w Sobieszewie. Czy dożyjemy chwili, kiedy przestanie on być problemem zarówno dla aut, pieszych jak i jachtów? Odnowione nabrzeża w Sobieszewie zachęcają do postoju. Most wantowy na Stogi i Westerplatte.

   Niedziela, 19 lipca.

   Prognozy nie były zbyt optymistyczne, zapowiadały silny deszcz i wzrost wiatru po południu. Rano zrobiliśmy krótki skok do Kątów Rybackich, początkowo na silniku (nie wiało), później na żaglach. Zapowiadany by silny wiatr z NE, więc nocny postój w Kątach mógł być niezbyt sympatyczny. Poza tym w poniedziałek wieczorem (czyli następnego dnia) musieliśmy być w Gdańsku, więc trzeba było uciekać z Zalewu.

   Port - tu też zadziałała "Pętla Żuławska", Wchodząc do portu po lewej stronie jest nowo powstały pomost jachtowy z Y-bomami. Cumujemy tamże, płacimy jakieś grosze z kilkugodzinny postój. Blisko portu jest nowy pawilon z czyściutkimi sanitariatami.

   Zwiedzamy ciekawe Muzeum Zalewu Wiślanego, potem idziemy nad morze, na kąpiel. Spacer, który na mapie wyglądał na krótki okazał się dość długim. Wróciliśmy melexem, których wiele kursuje między plażą nad Zatoką, a Kątami nad Zalewem. Przejazd kosztuje 3zł od osoby. W Krynicy taka wycieczka kosztuje "piątaka". Obiad zjedliśmy w dużej restauracji na rogu ulic Morskiej i Rybackiej. Początkowo przeraziła nas liczba ludzi wewnątrz i na zewnątrz, oraz kolejka do kasy. Okazało się, że kolejka przesuwa się bardzo szybko, a krótkie menu sprawia, że wybór posiłku i czas oczekiwania na podanie trwa niewiele. Za to ryby - bajka. Jedne z najlepszych, jakie jadłem nad Zalewem.

   W międzyczasie rozwiało się dość mocno. Wychodzimy pod wiatr na silniku, kołysząc się na dużej fali. Po mniej więcej kilometrze skręcamy na południe i rozwijamy kawałek foka. Pełnym bajdewindem zbliżamy się do ujścia Wisły Królewieckiej. Trzymając się w miarę daleko od brzegu czekam, aż się odkryje wejście w Wisłę Królewiecką. Jak się odkryje - skręcam mocno w prawo i kierując się na zachód, fordewindem, wchodzimy w rzekę. Chwilę później, już na równej wodzie zrzucamy foka, uruchamiamy silnik, kładziemy maszt i płyniemy w stronę Rybiny, do której mamy 11km.


Most kolejowy w budowie, docelowo ma prowadzić tam, dokąd wantowy ze zdjęcia wcześniej. Gdańsk, stocznia Wisła. Kolejny zakład, w którym budowane są elementy statków. Zadowolona Pani Mamusia w Gdańsku :) Marina Gdańsk. Najpierw przydzielono nam takie urocze miejsce, morze i wspinaczka wysokogórska jednocześnie :)

   Wisła Królewiecka, wiele lat temu była regularną droga wodną. Później straciła ten status, została zdegradowana do roli kanału melioracyjnego. W latach 2005 - 2006 została pogłębiona, podniesiono wszystkie linie energetyczne przebiegające nad rzeką, uruchomiono mosty zwodzone w Sztutowie i Rybinie. W 2011 roku przepłynęliśmy tędy, bez przeszkód, w drugą stronę. Od 2014 roku na obu końcach Wisły Królewieckiej stoją tablice "koniec szlaku żeglownego". Dodatkowo od strony Zalewu stoi drewniana tablica z informacją "Wisła Królewiecka km 11,5". Do 2014 roku na tej tablicy była informacja o klasie drogi wodnej. Informacja ta dziwnym trafem zniknęła, pojawiły się za to tablice informujące o końcu szlaku żeglownego. Jest to typowa urzędnicza bzdura i chęć ponownego "wypięcia się" na Wisłę Królewiecką. Zamieszanie powstało w wyniku nieszczęśliwego wypadku, który miał miejsce na kanale Cieplicówka wiosną 2014 roku, gdzie zginęli żeglarze na skutek dotknięcia masztem linii energetycznej. Wydaje mi się, że takie ustawienie znaków to "dupochron". Wszystkie napowietrzne linie energetyczne nad Wisłą Królewiecką są dobrze oznakowane. Kilka tygodni później przejdziemy całą Wisłę Królewiecką z postawionym masztem, na żaglach.

   Zaczyna padać, potem lać. W Sztutowie trafiamy na podniesiony most zwodzony - z przeciwka idą dwa houseboaty. Zaraz za mostem mają jakieś kłopoty z manewrowaniem, czekamy, a most się w tym czasie zamyka. Ekstra, na szczęście mamy położony maszt, zatem zmieścimy się pod spodem.

   Leje, wieje, ogólnie jest nieprzyjemnie. Idziemy do przodu. W deszczu pokonujemy kilometry. Mniej więcej o 1600 doszliśmy do Rybiny. Postanowiliśmy zostać tu na noc.

   Postój w Rybinie był darmowy. Na drzwiach od pawilonu sanitarnego (też nowego, ale prysznica brak) wisi kartka z numerem telefonu do operatora portu. Dzwonię, dowiaduję się, że pani pojawi się wieczorem. Rzeczywiście - pani się pojawiła tylko po to, żeby policzyć jachty i spisać ich nazwy. Potem pojawiła się jeszcze raz, około 2200, aby zamknąć sanitariaty na klucz. Do rana musimy sobie radzić "jakoś". Sama przystań jest zbudowana od zera. Wykończona jest jednak w beznadziejny sposób dla niewielkich jachtów czy motorówek. Betonowe nabrzeże jest zabezpieczone przed uderzeniami jednostek potężnym, gumowym odbijaczem, który (patrząc od góry) tworzy zygzak, mniej więcej taki WWWWW. Guma ta jest diabelnie twarda, a jednocześnie bardzo trudno jest zamocować odbijacze tak, żeby dobrze chroniły burty jachtu. Takie coś jest dobre dla wielkiego kontenerowca, a nie dla kogoś takiego jak my.

   Popołudniem spotkała nas jeszcze jedna atrakcja - zamknięto obrotowy most kolejowy i kilkanaście minut potem przejechała wąskotorówka. Trąbiła w niebogłosy, straszyła, przetoczyła się przez most mając z 5km/h. A potem na moście stanęło dwóch facetów i za pomocą korby otworzyli most dla tych z masztami. :-)

   Dystans na dziś: około 33km.


O ile na śródlądziu Żyszkosia jeszcze jako tako widać, o tyle tu znika już zupełnie. Masowce, które zazwyczaj zanurzają się więcej niz... ...niż my mamy wysokości razem z postawionym masztem :) A ten to zdaje się, ze średniak a nie olbrzym. Stocznia remontowa. To miejsce znamy chyba wszyscy. Westerplatte.

   Poniedziałek, 20 lipca.

   Rano pogoda straszyła. Chmury jednak powoli szły do góry, zaczęło przebijać się słońce. Z samego rana znowu zamknięto most i znowu przemknęła wąskotorówka. Fajnie, że żyje ten niewielki strzępek kiedyś rozbudowanej sieci Żuławskiej Kolei Dojazdowej. Teraz oferuje głównie przejazdy turystyczne, ale w sezonie ma regularny rozkład jazdy. Wiatr odkręcił na W, zatem na silniku, ubrani w sztormiaki ciągnęliśmy w stronę Gdańska.

   Szkarpawę pokonaliśmy sprawnie, bez przeszkód. Po drodze spotkaliśmy pędzący z naprzeciwka RIB Straży Granicznej. W bezpiecznej odległości od nas wyszli ze ślizgu i powoli, bez fali, przeszli obok nas. Da się? Da się, dziękujemy :-)

   Zwodzony most w Drewnicy przechodzimy pod spodem. Nisko tu, wrażenie parszywe, ale przechodzi się w miarę bezpiecznie. Prześwit to jedyne 3m. Po obu stronach mostu są nowe pomosty pływające, lecz poza możliwością zacumowania brak dodatkowych atrakcji. Toaleta to pojedynczy toitoi.

   Po 20 minutach dochodzimy do śluzy Gdańska Głowa. Śluzujemy się z dwoma jachtami motorowymi idącymi w holu. Od nich dowiadujemy się, że już dzwonili na śluzę Przegalina, śluza na nas czeka i w ten sposób powinniśmy bez przeszkód zdążyć na otwarcie mostu w Sobieszewie.

   Śluzowania to formalność, jedne wrota się zamknęły, drugie otworzyły. Pobrano od nas opłatę, która w zasadzie była tylko mytem. Cóż, to tylko od natury zależy, czy jest różnica poziomów, czy nie.


Gdańsk. Wychodzimy na Zatokę, tu Żyszkosia jeszcze nie było, ja bylem, ale jakieś straszne lata temu. Przyrządy nawigacyjne ;) Stary smartfon, atlas samochodowy z naniesioną siatką, nos w prognozie pogody, odrobina orientacji i jedziemy. Szliśmy cały czas w miarę blisko brzegu. Sopot, Grand Hotel. Klify między Sopotem a Gdynią. Gdynię łatwo znaleźć - miedzy wantami widzimy Sea Towers.

   Wyszliśmy na Wisłę. Ta jak zawsze robi wrażenie szerokością. Stawiamy maszt i ostrym bajdewindem, przy porywistym, poszarpanym wietrze pożeglowaliśmy z prądem do Przegaliny. Niewiele ponad 4,5km przeszliśmy dość szybko. Przegalinę też przeszliśmy z marszu. W samej śluzie dokonaliśmy miłego odkrycia - na ścianach śluzy, tuż pod betonowym kołnierzem wychodzącym nad ścianę śluzy gnieżdżą się jaskółki. Jednej, zupełnie niechcący, zablokowaliśmy dostęp do gniazda. Była bardzo zdenerwowana, więc minimalnie przestawiliśmy jacht i już było dobrze ;-). Różnica poziomów i tu była niemal zerowa, więc chwilę później zasuwaliśmy dalej w stronę Gdańska.

   Kolejne 8km pokonujemy - już po Martwej Wiśle - w niecałą godzinę. Przed mostem w Sobieszewie oczekujemy dosłownie kilkanaście minut. Most ten jest poważną przeszkodą dla takich jak my. Dla łodzi turystycznych jest otwierany o ściśle określonych godzinach, zaledwie 6 razy w ciągu doby w dni robocze i 7 razy w święta. Poza tym jest otwierany na żądanie, ale wyłącznie dla żeglugi profesjonalnej. Niepotwierdzona legenda głosi, że w innych godzinach żądanie wynosi od 50zł wzwyż...

   Za mostem, na północnym brzegu rzeki widać nowe nabrzeże, oddane do uzytku wiosną tego roku. Widać zwiększony ruch wodny. Pojawiają się mniejsze i większe motorówki, jachty. Około 2,5km od mostu, na północ od Martwej Wisły odchodzi Wisła Śmiała. Tamtędy można wyjść na Zatokę, czy wstąpić do jednego z portów w Górkach Zachodnich. My płyniemy jednak prosto, do Gdańska. Po prawej zostaje port Jacht Klubu Morskiego "Neptun". Oba brzegi w tej "cieśninie" na Martwej Wiśle zostały niedawno umocnione, betonowe nabrzeża wyglądają na zupełnie nowe. Kawałek dalej, po obu stronach wyłaniają się potężne zbiorniki z charakterystycznym logo "Lotos". Pojawiają się domy mieszkalne, które później zastępują tereny przemysłowe. Przechodzimy pod mostem wantowym z drogą na Westerplatte i do Portu Północnego. Zaraz za mostem budowa - powstaje potężny most kolejowy, który zastąpi stary, niedziałający już most obrotowy znajdujący się tuż obok.


Do Pucka wchodziliśmy na silniku - zdechło zupełnie. Puck. Namiot służył głównie do ochrony przed słońcem. W drodze do Helu. Korzystając z pogody port w Helu zostawiamy za rufa...

   Jeszcze jeden most i stawiamy maszt. Tu już wolno. Nasz maszt ledwo wystaje nad pokłady statków, które stoją w porcie. Wreszcie po lewej pojawia się Polski Hak. Za nim skręcamy w lewo, do mariny w Gdańsku. Zza zakrętu wyłania się panorama gdańskiego Starego Miasta. Jesteśmy prawie na miejscu. Wchodzimy do mariny, gdzie okazuje się, że nie ma wolnych miejsc i musimy stanąć przy Wyspie Spichrzów. Wyjście na ląd jest trudne, trzeba się wspinać po drabinie. Na szczęście w porcie stoją też dwa zaprzyjaźnione jachty - BoTak i Jakoś. Armator Jakosia dzieli się z nami, za zgodą bosmana, Y-bomem. Staje maksymalnie z przodu, a my przytulamy się tuz za nim. Wkrótce inny jacht wyszedł w rejs i zajęliśmy jego miejsce.

   Lubię stać w gdańskiej Marinie. Mimo, że gwarno, że to niemal środek miasta, to czujemy się bardzo bezpiecznie i spokojnie. Opłata portowa nie jest najniższa (ale i tak niższa, niż w niejednym porcie na Mazurach), a standard - bardzo dobry.

   Chwilę później naradzam się z Jakosiem i BoTakiem nad planem na jutro. Potem - spacer po Gdańsku, spotkania za znajomymi. Późnym wieczorem fartem załapujemy się na rewelacyjny koncert na akordeon i skrzypce w Zielonej Bramie. Dwóch muzyków gra fantastycznie, bardzo szybko zbiera się tłum ludzi, kasa zasłużenie sypie się do futerałów.

   Po północy padamy. Dzisiaj przepłynęliśmy około 41,5km.


... opływamy cypel... ... i wystawiamy dziób na duże Morze. Wracamy jednak do portu i... ... cumujemy na dwa dni - następnego dnia wiatr nawet nie pozwalał pomyśleć o wyjściu z portu. Opuszczony port Marynarki Wojennej, w oddali widać jednostkę SAR.

   Wtorek, 21 lipca.

   Rano spotkanie przy kawie ze znajomymi (Karolina, KajTan - dziękuję za pomoc!), po czym ruszamy na słone. Znowu ruszamy Żyszkosiem tam, gdzie nas jeszcze nie było, Cel - Puck. Nos w prognozę - wiać ma z W, czyli od brzegu. W sam raz dla nas.

   20 minut przed nami, w tym samym kierunku, wyszedł "Jakoś". Od Tomka, kapitana "Jakosia" dostawałem telefoniczne informacje o tym co się dzieje w porcie. Na szczęście nie działo się nic, poza jednym statkiem który akurat wchodził do portu. Tomek powiedział, że "taki większy", ale jak się wymijaliśmy to się okazało, że taki... taki mniejszy. 100m to on nie miał, te większe stały zacumowane. Zresztą fajnie się przepływa obok takiego większego, oglądając jego linię wodną i znaki zanurzenia na burcie. 12m, czyli tyle co my mamy z masztem, to on się zanurza. A to, co wystaje nad wodę???!!! Generalnie przez port idziemy trochę potajemnie, bez zgłoszenia wyjścia w kapitanacie. UKF-ki nie mam (nie ma obowiązku), a zadzwonić się cykałem - jeszcze by nie pozwolili? Generalnie idziemy tuż przy prawym nabrzeżu, wiedząc, że pod nami jest -naście metrów wody, jednocześnie zostawiając całą szerokość portu dla tych, którzy tu bywają służbowo. Mimo wszystko w takim porcie jesteśmy trochę intruzami, trzeba przechodzić tędy tak, aby nie stworzyć żadnego zagrożenia. Z drugiej strony porównując wielkość naszą i ewentualnego przeciwnika to chyba najbardziej zagrażamy sami sobie :-D

   Po lewej burcie - pływająca stacja benzynowa Lotos. Podchodzimy, proszę o kropelkę paliwa. Co znaczy te nasze kilkanaście litrów w porównaniu z tym, co biorą tutaj większe jachty? Paliwo staram się uzupełniać przy każdej okazji, wolę mieć więcej niż za mało. Kto nosi nie prosi :-)

   Po obu stronach podziwiamy to, co widać na brzegach. Wielkość statków zawsze mnie w pewien sposób fascynowała. Taki m/s Podhale, który stoi w porcie ma jedyne 190m długości i 38tys DWT. W sumie to on nie jest duży, są większe. Ale jak się płynie takim liliputem jak Mors RT to wydaje się gigantyczny. Albo stojący w doku tankowiec Santa Elena - też około 190m. Wrażenie potęguje fakt, że jest nad wodą. Dlatego napisałem, że ten, z którym mijaliśmy się przed chwilą (Carolin G.) był mały. Bo czym jest 89m?


Mierzeja od strony południowej. Helskie smutne drzewo. Latarnia morska w Helu. Prognoza sugerowała wyjście z Helu wczesnym rankiem, najlepiej około 5, później miało się znowu rozwiać. Na dzień dobry prom zmusił nas do chwilowej zmiany kursu. Niech mu będzie ;-)

   Po prawej burcie zostaje Twierdza Wisłoujście. Chwilę później - Zakręt Pięciu Gwizdków i Pomnik Westerplatte. Chwila zadumy... I w głowie przypominały się zdjęcia jak Westerplatte wyglądało przed i po...

   Wreszcie dochodzimy do główek portu. W bezpiecznej odległości za główkami skręcamy w lewo, uciekając z toru wodnego prowadzącego do portu. My poza torem damy sobie radę, jakiś gigant - niekoniecznie. Dajmy im święty spokój.

   Poza torem stawiamy żagle, wyłączamy silnik i zaczynają się nam cieszyć gęby. Jest pięknie! Równy wiatr, tak 2-3B, słońce, niezła widzialność... czego trzeba więcej? GPS pokazuje 4-5 węzłów, woda za burtą szumi, metry... Wróć, tu kable i mile zostają za rufą. Zasuwamy do przodu. Na brzegu - Brzeźno, dzielnica Gdańska i molo tamże. Potem Jelitkowo, w końcu Gdańsk płynnie przechodzi w Sopot. Po godzinie przechodzimy obok molo i Grand Hotelu. Dalej molo w Orłowie, Kępa Redłowska z klifami. Tu zapadła decyzja o odwiedzeniu Gdyni. Takim 15-20 minutowym.

   Wchodzimy do Gdyni - wejście do portu jest dośc trudne. Głęboko jest w zasadzie tuż przy falochronie, kilka metrów obok robi się płytko. Duże jachty łatwo nie mają. Port w Gdyni nie robi na nas dobrego wrażenia - taka ogromna fabryka bez klimatu. Toaleta jest w bliżej nieokreślonym miejscu - wyprawa do i z zajęła Mamie ze 25 minut. Bez sensu.

   Porzuciliśmy Gdynię, szeroko opłynęliśmy falochron zewnętrzny i skręciliśmy na północ. Ostrożnie przecinamy tor wodny prowadzący do gdyńskiego portu, z daleko omijamy Formozę - to jest jakaś baza Marynarki Wojennej, ostrzeżenia przed podejściem doń grożą mniej więcej rozstrzelaniem. Lepiej nie ryzykować. ;-)

   W międzyczasie zdechł wiatr. Bujanie się z prędkością 1 - 1,5 węzła doprowadza mnie do dygotu, więc odpalamy silnik i grzejemy dalej. Bez żagli, na silniku, jest przekichane - niewielki, lekki jacht buja się jak szalony. Nic to, kambuz wydał drugie śniadanie.


Prognozy prognozami, połowę dystansu między Helem a Przekopem Wisły przeszliśmy na silniku. Jedna z dwunastu tytułowych fok :-) Wejście w Przekop Wisły, jeszcze... ... na silniku, ale... ... po kilkunastu minutach zaczęło co nieco powiewać, więc fordewindem, niezbyt szybko względem dna, przebijaliśmy się pod prąd do Gdańskiej Głowy.

   Znowu zawiało. Gdynia i Oksywie zostały gdzieś za rufą. Na trawersie Mechelinki. Szukamy znaków nawigacyjnych wskazujących przejście przez Głębinkę, aby dostać się za cypel Rewski i Ryf Mew. Ryf Mew to długa i wąska mielizna, usypana przez prądy i wiatr, ciągnąca się mniej więcej od Kuźnicy na Półwyspie Helskim w stronę Rewy. Praktycznie jedyne przejście dla jachtów o większym zanurzeniu to właśnie Głębinka, położona około 2km na N od cypla Rewskiego. Jest dobrze oznakowana bojami. Brak wprawy w poszukiwaniu tychże trochę mnie deprymuje, wydaje się, że powinno być je już widać, a tym czasem do nich jest jeszcze kawał drogi. Tego trzeba się nauczyć. Pomaga trochę GPS i ustawiony w nim waypoint. Wreszcie wypatrzyliśmy boje, zrobiło się spokojniej.

   W kilka halsów przeszliśmy Głębinkę, kierując się na zachód. Potem znowu na północ i... zrzucamy żagle i przechodzimy na silnik. W naszą stronę idzie duża, ciemna chmura. Wychodzę z założenia, że lepiej chuchać na zimne. Poza tym jesteśmy już trochę zmęczeni i nie mamy za bardzo ochoty na walkę z wiatrem. Chmura tylko postraszyła. Zawiać nie zawiało, trochę popadało.

   Za Rzucewem skręciliśmy na NW i wreszcie zobaczyliśmy wieżę kościoła w Pucku. Widać koniec dzisiejszego rejsu. Wchodzimy do portu jachtowego, zatrzymując się przy wschodnim falochronie. Port jest praktycznie z żaden sposób nie osłonięty przed północnymi wiatrami. Prognozy takich nie zapowiadały, więc spokojnie zostaliśmy na noc.

   Dzisiaj pokonaliśmy około 56km. Po południu razem z zaprzyjaźnionymi załogami jachtów "Jakoś" i "Zbytki" poszliśmy na rybę do smażalni ryb "U Budzisza". Kilka lat temu zjadłem tu fenomenalne ryby. Teraz - sprawiały wrażenie usmażonych rano i odgrzanych teraz. Były co najwyżej podłe. Za to cena - odpowiednia do "rangi" miejsca. Generalne rozczarowanie.

   A sam wieczór - miła nasiadówa na falochronie, z grillem, herbatą i pogaduchami.


Śluza Gdańska Głowa. 15-minutowy postój w Rybinie. Piękne nabrzeże, szkoda, ze zamiast równej ściany jest takie coś. Może to i dobre dla promu, ale dla takich jak my? Odbijacze powieszone są w ten sposób celowo, dla zdjęcia. Zamknięty most na Szkarpawie nam nie straszny... ... rozpinamy roler z bramą i przechodzimy pod spodem. Wchodzimy na Nogat, który...

   Środa, 22 lipca (d. E.Wedel ;-))

   Mniej więcej do południa zostajemy w Pucku. Przez chwilę zanosiło się na dłuższy postój, ale kwestie samopoczucia udało się ogarnąć i mogliśmy ruszyć dalej.

   Przy przedpołudniowej kawie Tomek z Jakosia (dziękuję!) wgrał mi w piekielne urządzenie (czyli smartfon) aplikację ułatwiającą nawigację na Zatoce Puckiej. Aplikacja nazywa się CHARTPLOTTER ZATOKA, do pobrania na stronie seaventi.com. Mapa jest bardzo dokładna, ma naniesione wszystkie istotne informacje. Super sprawa, jednak przeglądanie mapy na niewielkim ekraniku jest niewygodne. Na następny raz trzeba będzie pomyśleć o jakimś tablecie.

   Z Pucka wyszliśmy około południa, celem został Hel. Mniej więcej południowo achodni wiatr był bardzo korzystny, półwiatrem prawego halsu mknęliśmy w stronę Głębinki. W przejście pod Kuźnicą jakoś nie miałem ochoty się pchać.

   Pół godziny po przejściu Głębinki wiatr zaczął zdychać. W końcu zdechł zupełnie. Za to zaczęła się inwazja. Inwazja muszek. Takich czarnych mikromuszek. Były wszędzie. W nosie, w uszach, na żaglach, w kieszeniach, na samym silniku siedziało ich z tysiąc albo więcej. Masakra. Trochę pomogło uruchomienie silnika i jazda całą naprzód, ale taką całą, że już nie dało się przekręcić dalej manetki.

   Po około godzinie ciszy obudził się wiatr. Zawiał najpierw trochę, a potem tak, że dało się płynąć 4-5 węzłów. Ale w zamian odkręciło. Na NE :-). Bajdewindem płynęliśmy w stronę Helu. Warunki były korzystne, więc postanowiłem wystawić dziób na otwarte morze. Przeszliśmy całkiem blisko portu w Helu, opłynęliśmy cypel i... no tak - fala zrobiła się inna, dłuższa i trochę wyższa. Żyszkoś dzielnie dawał radę, jednak niewielki zapas czasu i dość późna pora kazały zawrócić. Znowu byliśmy tam, gdzie nas jeszcze nie było. Dokąd dopłynęliśmy - można zobaczyć na zdjęciach ?

   Zacumowaliśmy w Helu. Nie "na Helu" tylko "w Helu". Nie jeździmy "na Hel", tylko "do Helu", ewentualnie "na półwysep". Ktoś miejscowy zwrócił mi na to uwagę, bardzo się staram teraz tego pilnować. Helska marina jest bardzo dobrze osłonięta falochronami i pirsami wewnętrznymi. Mniejsze jachty - takie jak my - cumują do pomostu pływającego wyposażonego w Y-bomy, większe stają bezpośrednio przy pirsie. Pomost pływający ma jeszcze jedną zaletę - jest odgrodzony od falochronu furtkami, co sprawia, że nie stoi się przy głównej alei spacerowej. Opłata za cumowanie wynosi 30zł, prysznic 8zł. Sanitariaty są w kontenerach, czysto utrzymanych, ale uprzejmość obsługi jest... no... taka sobie.

   Dzisiaj przepłynęliśmy około 47km.


... do wejścia w kanał Jagielloński przeszliśmy pod żaglami. To co lubimy najbardziej - kompatybilność znaków z tym co jest naprawdę - ostrzeżenie przed linia, która jest już pod dnem i niczym nie zagraża... Linia, której nie ma, okolice miejscowości Nowotki. W Kępinach Wielkich mamy zakaz wytwarzania fal, ponieważ... ... kiedyś był tu prom. Promu nie ma, zakaz pozostał, ech, znowu pełna konsekwencja...

   Czwartek, 23 lipca.

   W Helu staliśmy dwie noce. Już wczorajsze prognozy przewidywały silny, zachodni wiatr. Wiać zaczęło wieczorem, o ile rano było jeszcze jako tako, o tyle w południe wiatr po prostu urywał łeb. Oczywiście dla morskiego jachtu to były warunki w sam raz, dla nas jednak najbezpieczniejszym miejscem była helska marina. :-)

   Czas spędziliśmy na zwiedzaniu. Zrobiliśmy wycieczkę melexem po najpopularniejszych miejscach. Odwiedziłem opuszczony port wojenny, w którym teraz bazuje statek SAR. Wojsko urzęduje tylko w jego zachodnim krańcu, ogrodzili się drutem kolczastym i najlepiej w ogóle tam nie zaglądać. Wojsko do niedawna było tu wszędzie, do 1989 roku trzeba było mieć przepustki, żeby się tu dostać. Teraz - po tej instytucji prawie nie ma tutaj śladu, oczywiście poza opustoszałymi budynkami, umocnieniami, czy może raczej ich resztkami. Byłem w Muzeum Obrony Wybrzeża, wystawy robią wrażenie i owszem... Poszedłem obejrzeć nieczynną latarnię morską Góra Szwedów. Położona niecałe 3km (1,83NM) na zachód od Latarni Morskiej Hel, działała od 1936 do 1990 roku. Legenda żeglarska głosi, że jednym z powodów jej wyłączenia było ich mylenie przez nawigatorów. Po prostu ktoś płynąć nocą od zachodu skręcał za wcześnie na południe aby opłynąć półwysep w drodze do np. Gdyni i walił dziobem w plażę między jedną a drugą latarnią.

   W "wolnych chwilach" zerkałem w prognozę pogody. Wiatr miał osłabnąć nad ranem następnego dnia, ale stężeć po południu. Zapadła decyzja - wychodzimy o 5 rano i idziemy w Przekop Wisły. Może będą foki.


Ostatnie chwile na żaglach, przed nami wejście w Kanał Jagielloński. Godzina na silniku i... koniec drugiego rejsu. Trzeci rejs. Tolkmicko. Rynek w Tolkmicku. Tolkmicko, nieczynna stacja kolejowa. Port w Tolkmicku. Polubiliśmy to miejsce.

   Piątek, 24 lipca.

   Miłe wakacje ;-P Budzik zadzwonił o czwartej, łazienka, prysznic, śniadanie i płyniemy. Jest pięknie, wieje z zachodu, około 2B. Trochę chłodno, słońce o takiej porze grzeje jeszcze nie najmocniej, do tego dokłada się wiatr. Polary i długie spodnie stają się konieczne.

   Sielanka skończyła się szybko. Najpierw napatoczył się prom Stena Spirit, w łaskawości swej zmieniliśmy kurs, żeby pozwolić mu dojść do Gdyni. Gdyby on musiał skręcić, to jeszcze zgubiłby Gdynię i co wtedy? Trochę słabo by było, niech sobie płynie, w końcu to taki tramwaj z rozkładem jazdy.

   Zaraz potem, przed siódmą, zdechło. Zupełnie. Silnik poszedł w ruch i tak się telepaliśmy na martwej fali (niewielkiej, ale dla Żyszkosia wystarczająco męczącej) prostym kursem w stronę Przekopu Wisły. Postawiony i mocno wybrany grot trochę zmniejszał bujanie.

   Znaleźliśmy wejście w Przekop Wisły, znaleźliśmy też słynne wiślane łachy przed ujściem rzeki, między którymi trzeba przejść. Chwilę później znalazły się i one - foki szare. Foka szara to jeden z trzech gatunków fok występujących w Bałtyku. Kiedyś bardzo popularna, później niemal wytępiona teraz powoli się odradza. Kilka wygrzewało się na łasze, to tu to tam z wody zaczęły się wynurzać głowy, pilnie nas obserwujące. Łby, bardzo podobne do psich, wydają się bardzo miłe i sympatyczne. Takie do przytulenia. Naliczyliśmy ich dwanaście. Ucieszyły nas bardzo, po wizytach w helskim fokarium bardzo chcieliśmy je zobaczyć na wolności. Nie ukrywam, że odrobinę na to liczyliśmy, wiedząc, że one lubią wygrzewać się na wiślanych łachach.


Zalew Wiślany na NE od Tolkmicka... ... i na SW stamtąd.  Sesja  ‘Żyszkoś pod żaglami’ :-)

   Weszliśmy w Wisłę. Na końcu Przekopu są prowadzone prace mające wzmocnić jego brzegi. Zaczęło wiać. Z północy! No to żagle góra i fordewindem, z żaglami na motyla, przemieszczamy się pod prąd w stronę Gdańskiej Głowy. GPS pokazuje 3,8 węzła. Nieźle, względem wody jest pewnie z 5-5,5. W Świbnie, poniżej promu, rybacy stawiają sieci. Są w trakcie pracy, więc bez stresu przechodzimy między prawym brzegiem rzeki a sieciami. Tu trzeba uważać, sieci czasem są postawione od brzegu do brzegu. Prom linowy w Świbnie, zapracowany, nie sprawia kłopotu o ile się tylko pamięta, żeby przepływać za nim.

   Gdańską Głowę pokonujemy niemal z marszu, musieliśmy jedynie poczekać aż operator uchyli obrotowy mostek nad wejściem - ze śluzy wychodził jacht, który nie miał możliwości położenia masztu.

   Szkarpawę przechodzimy na silniku. Na chwilę zatrzymujemy się w Rybinie. Przejście pod mostem wymaga złożenia bramy, przy okazji korzystamy z sanitariatów. Most drogowy jest bardzo niski - prześwit, wg znaków, wynosi zaledwie 1,6m. Z prawej (dla nas) strony konstrukcja mostu trochę się podnosi, a czego skrupulatnie korzystamy. Masztu z krzyżaka zdejmować nie trzeba, przechodzimy z kilkucentymetrowym zapasem.

   Po 1,3km, po naszej prawej widać wejście w rzekę Tugę, którą można dopłynąć do Nowego Dwory Gdańskiego. Jeszcze nie wiem, że niebawem będę i tam. W międzyczasie pojawił się pomysł, żeby spróbować dzisiaj dojść do Elbląga, a jutro wrócić do domu.

   Po nieco ponad 25km i trzech godziny żeglugi Szkarpawą wchodzimy na Nogat. Korzystny, północny wiatr pozwala nam iść na żaglach. Zabawa jest przednia, bo wiatr kręci, rzeka kręci, trzeba bardzo pracować żaglami. Nie dość, że szybko zmienia się kierunek wiatru to przez mniejsze i większe drzewa rosnące na brzegu jest bardzo nierówny. Nie ma mowy o zaknagowaniu szotów na minutę czy dwie.


 W drodze do Fromborka na kawę.

   Dziesięciokilometrowy odcinek Nogatu pokonujemy na żaglach. Po drodze spotykamy kilka jachtów, zarówno żaglowych jak i motorowych. Fajnie, że coś się zaczyna tu dziać. :-)

   Po trzech kilometrach żeglugi Nogatem (59,6km rzeki) napotykamy linię energetyczną wysokiego napięcia. Według znaków ustawionych na brzegu - linia jest dość niska, zaledwie 12,6m prześwitu. Cóż, uruchamiamy silnik, zrzucamy żagle, kładziemy maszt. Dochodzimy do linii, tylko... DRUTÓW NIE MA! Jak ustaliłem później wiosną 2015r. linię energetyczną przebudowano i poprowadzono pod dnem rzeki. Szkoda tylko, że przy okazji zapomniano o mylących znakach nawigacyjnych. Chyba, że jest to przejaw urzędniczej troski o bezpieczeństwo, co z tego, że drutów nie ma, niech kładą maszty, a najlepiej niech nie pływają... :-(

   Około 1800 opuściliśmy Nogat i weszliśmy w kanał Jagielloński (wejście na prawym brzegu Nogatu, na 51,6km rzeki). Ostatnie kilometry rejsu. W oddali widać jakieś blokowisko w Elblągu, a na brzegach kanału toczące się prace odnawiające wały przeciwpowodziowe. Kanał ma niecałe 6km długości, a żegluga po nim nie różni się niczym od żeglugi po kanałach mazurskich. Tylko ruch jest mniejszy.

   Około 1900 zacumowaliśmy w Elblągu, w naszym ulubionym porcie Yacht Klubu Elbląg. Koniec dzisiejszego etapu, koniec rejsu. Pozostaje tylko pojechać jutro do Ostródy po auto i wrócić do domu.

   Dzisiaj przepłynęliśmy 84km, co zajęło nam, z drobnymi przerwami, 14 godzin. Wydaje mi się, że to był jeden z moich najdłuższych jednodniowych przelotów na Żyszkosiu.

   Cały rejs to około 440 kilometrów. Dystans mierzyłem za pomocą maps.google.pl. Dane te uwzględniają wszystkie kanały, rzeki, ale z oczywistych względów nie uwzględniają kilometrów nadłożonych podczas halsowania. Ile ich było? - nie wiem. Na przyszłość trzeba będzie pomyśleć o jakimś mądrzejszym urządzeniu zzapisującym pokonaną trasę. Tyle, że oprócz urządzenia potrzebny będzie akumulator z ciężarówki...


Przed nami Frombork. Wieczór w Starej Pasłęce. Znowu Frombork. Fordewindem do Kątów Rybackich. Potem rozdmuchało sie na tyle...

   

TRZECI RAZ, 15 - 22 sierpnia.

   O tym etapie napiszę trochę inaczej - nie będzie którego dnia, skąd, dokąd, ile itd. Będą tylko wrażenia z portów, ewentualnie z fragmentów Pętli, na których byłem pierwszy raz. Nie ma sensu już pisać, że np. z Piasków do Elbląga było z wiatrem, a z Fromborka do Kątów Rybackich z takim wiatrem, że Żyszkoś zrobił 7,8 węzła... ?

   Oto trasa: Elbląg - Tolkmicko - Nowa Pasłęka - Frombork - Kąty Rybackie - Gdańska Głowa - Rybina - rzeka Tuga i Nowy Dwór Gdański - Osłonka - Tolkmicko - Święty Kamień - Tolkmicko - Piaski - Elbląg.

   Tolkmicko. Tolkmicko dawno temu miało opinię miasta, w którym co najwyżej można dostać po gębie. Środek dnia zachęcił nas jednak do zajrzenia i tutaj. Bardzo szybko okazało się, że taka opinia to przeszłość i jest zupełnie inaczej. Generalnie miasteczko wydaje się być bardzo sennym, w którym jeszcze 10 lat temu największą atrakcją był przejeżdżający tędy pociąg (teraz już niestety jeździ). Ale spacerując po Tolkmicku wydaje się, że tu przestaje płynąć czas. Przestajemy się spieszyć, myśleć o tym co będzie dalej. Warto obejrzeć stare domy, kościół polskokatolicki czy kościół św. Jakuba Apostoła w rynku. Przedłużeniem głównej ulicy prowadzącej do portu wydaje się być Krynica Morska położona na przeciwnym brzegu Zalewu. W pierwszej chwili wydawało nam się, że spokój i słynny "brak akcji" jest związany ze świętem Wniebowzięcia N.M.P., lecz taka atmosfera panowała tu również podczas dwóch następnych noclegów.

   Jedzenie - zdecydowanie polecamy restaurację Fregata przy plaży (na NE od portu). Ryby - paluszki lizać. Chyba najlepsze, jakie jedliśmy w tym sezonie (chyba nawet lepsze od tych w Kątach Rybackich).


... ze momentami szliśmy ponad 7 węzłów (rekordowo pokazał 7,8), ... ... założyliśmy kamizelki, a grota zdarłem w baksztagu... Tuż przed Kątami Rybackimi. Kolejny dzień - rozfalowane wejście w Wisłę Królewiecką... ... którą przeszliśmy na żaglach...

   Port - niedrogi (38zł z prysznicami za dwie osoby). W głębi portu jest pomost pływający z Y-bomami, do których cumujemy. Postój wydaje się bezpieczny i spokojny. Mniej sympatycznie będzie przy wiatrach z NW, dmuchających prosto w port.

   Atmosfera sprzed lat - zniknęła, na chwilę przypomniał ją tylko jakiś gość odgrażający się na cały port kolegom, że im coś tam zrobi za pomocą siekiery :-)

   To tutaj Żyszkoś dostał jedne z niewielu zdjęć pod żaglami. Na nabrzeżu poznaliśmy człowieka, który prowadzi na facebooku stronę "tolkmicko w fotografii". Zaczęło się od naszej prośby o zrobienie nam zdjęcia. Skończyło się na tym, że pływaliśmy w różne strony tuz przed portem, a on robił zdjęcia.

   Nową Pasłękę, Frombork i Kąty Rybackie zostawiamy w spokoju.

   Chciałem płynąć do Gdańska, aby pokazać Mariannie Gdańsk z wody. I znowu ciągnęło na Zatokę :-) Poza tym byliśmy umówieni na spotkanie ze znajomymi, więc chęć była tym bardziej większa. Dobre chęci skończyły się na śluzie Gdańska Głowa. Śluza jest przystosowana do pracy, gdy poziom wody na Wiśle jest równy lub wyższy niż na Szkarpawie. Tym razem było odwrotnie. Ekstremalnie niskie stany wody na Wiśle i niekorzystne dla nas (tym razem) kierunki wiatru spowodowały odwrotną sytuację. W Wiśle poziom wody był niższy niż na Szkarpawie, woda uchyliła wrota i uniemożliwiła pracę śluzy. Ten wydawałoby się niewielki napór wody ze Szkarpawy zaklinował mechanizmy i tym samym zablokował śluzę. Całą sytuacje opisał mi w bardzo miłej rozmowie telefonicznej operator śluzy. Cóż, trzeba było zawracać. A spotkania towarzyskie odbyły się w Rybinie.

   Dzięki zamknięciu Gdańskiej Głowy postanowiliśmy odwiedzić Nowy Dwór Gdański i sprawdzić czy rzeka Tuga jest żeglowna.


... z silnika korzystając jedynie pod mostami. 	Żuławska Kolej Dojazdowa w pracy, na moście zwodzonym w Rybinie. Po tym, jak nie udało się nam przejść do Gdańska postanowiliśmy zdobyć Nowy Dwór Gdański - na zdjęciu wejście w rzekę Tugę w Rybinie. Zaraz z mostem ciekawy znak - raczej ostrzeżenie, ze fajerwerków nie będzie.

   Wikipedia mówi, że Tuga (nazywana również Tują) to prawy dopływ Szkarpawy, o długości 49,2 km, a jej źródła znajdują się w okolicach Cypla Mątowskiego w widłach Wisły i Nogatu. Dowiadujemy się również, że do lat 70-tych była żeglowna. Piotr Salecki na swojej stronie zalewwislany.pl pisze, że kiedyś tędy pływały statki pasażerskie w regularnych rejsach z Gdańska... Zobaczymy co zostało :-)

   Ujście Tugi do Szkarpawy znajduje się w Rybinie, niecałe 1,5km od zwodzonego mostu drogowego na Szkarpawą, w stronę Zalewu Wiślanego. Skręcamy w prawo, praktycznie od razu wchodzą pod most drogowy. Zaraz za nim stoi ciekawy znak żeglugowy. Jeszcze nie widziałem takiego - kwadratowy, z czerwoną obwódką. Na białym tle napis - "droga wodna sport i rekreacja". Machnąłem ręką, sport to my nie bardzo, ale rekreacja to i owszem. :-) Po około 2km dopływamy do nieczynnego, zwodzonego mostu w Tujsku. Chwilę wcześniej, po naszej prawej stronie (na lewym brzegu rzeki) widać odgałęzienie, które zapewne prowadziło kiedyś do portu.

   Most ten może stanowić problem dla wyższych jachtów. Przymierzamy się do przejścia, jednak koniecznym okazało się zdjęcie masztu z krzyżaka i opuszczenie topu niżej. Do Tujska w zasadzie jest tak samo jak na Szkarpawie. Za Tujskiem robi się ciaśniej. Środkiem rzeki wije się wstążka czystej wody, o szerokości równej mniej więcej szerokości jachtu. Na silniku i płetwie sterowej coraz częściej pojawia się "makaron", czyli wodorosty. Maszt mamy cały czas położony. Spodziewamy się nieoznakowanych linii energetycznych. Po tym jak się najadłem strachu w Barcinie kilka lat temu wolę nie ryzykować.


Początek jest bardzo zachęcający. Nieczynny most zwodzony w Tujsku. Jeżeli zmieśćmy się pod nim to dojdziemy do Nowego Dworu. Potem się robi coraz węziej... ... i węziej... ... napotykamy most w Żelichowie, wyższy niż ten Tujsku. Znaków z informacja o prześwicie brak, ale...

   Po godzinie przechodzimy pod kratownicowym mostem drogowym łączącym wsie Żelichowo i Cyganek. Po naszej prawej (na lewym brzegu rzeki) widać drogę 502, łączącą Stegnę z Nowym Dworem Gdańskim. Do Nowego Dworu jeszcze tylko 3km. Jedyną przeszkodą jest wodna roślinność, która owija się wokół kolumny i śruby napędowej silnika. Kontrafał płetwy sterowej też musi być wypięty, co kilka minut płetwę należy na chwilę unieść, żeby pozbyć się zielska. Najgorsze jest to, które w konsystencji przypomina watę. Chwyta się wszystkiego i uniemożliwia dalszą żeglugę. Najtrudniej robi się w samym Nowym Dworze. Przechodzimy pod mostem kolejki wąskotorowej. Ta kursuje rano i późnym popołudniem - szkoda, bo na tym mostku wyglądałaby świetnie.

   Po naszej prawej mijamy zrujnowane nabrzeże, do którego kiedyś na pewno cumowały barki czy statki. Dodatkowo świadczy o tym nazwa ulicy - Portowa.

   Dochodzimy do mostu zwodzonego. W zasadzie to koniec wyprawy, bo most jest nieczynny, a pod nim zmieści się tylko mniejszy jacht, Mors nie da rady. Zawracamy. Na zawracanie z położonym masztem miejsca w zasadzie nie ma. Nam się udało, ale drugi raz nie podjąłbym się tej sztuki w tym miejscu. Szczerze odradzam. Lepiej postawić (też trzeba znaleźć dziurę w drzewach) i położyć ponownie.

   Cumujemy 100m przed mostem, tuż przy stacji benzynowej. idziemy na spacer. Po kilku minutach odkrywamy fenomenalne miejsce o nazwie "Fabryka Lodów Naturalnych". Lody dają tam rewelacyjne - naprawdę warto wejść w Tugę, popłynąć te półtorej godziny przez zielsko w jedną stronę dla tego nieba w gębie. Adres - ul. Wiejska 3. Od stacji benzynowej to jedyne 250m - do mostu, przez most i pierwsza w prawo za skwerkiem. Robimy krótki spacer po Nowym Dworze. Miasto wydaje się sympatyczne, jednak temperatura skłoniła nas do powrotu na wodę.


... zachował się jeden słupek kilometrowy, w zadziwiająco dobrym stanie. Tuga, tuż przed Nowym Dworem, to bardzo zarośnięta rzeka... A po wojnie chodziły tedy regularne statki z Gdanska... Nowy Dwór Gdański. Koniec żeglugi - nieczynny most zwodzony w Nowym Dworze. Dalej tylko kajakiem, albo czymś niskim... Tuz przed mostem jest stacja benzynowa. Nowy Dwór Gdański.

   Na stacji benzynowej uzupełniamy paliwo. Jest to doskonałe miejsce do tego celu - wąż z dystrybutora sięga prawie do jachtu. Jest to chyba najbliżej położona wody stacja nie-dla-statków na szlaku. Po tankowaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Wydawała się łatwiejsza.

   Na Szkarpawie w prawo i... i chcieliśmy iść gdzieś na Zalew. Wyjście na Zalew pokrzyżowało nasze plany - wiało tak, że odechciało nam się żeglugi bajdewindem przy 5-6B i wróciliśmy na Szkarpawę, do Osłonki.

   Osłonka to nasza druga ulubiona przystań na szlaku. Postój dla dwóch osób, z prysznicem, to 28zł. Sanitariaty takie, że na podłodze można się rozkładać z obiadem. Tak czysto. I przemili dzierżawcy. Bosman przychodzi do każdego cumującego jachtu, pomaga obłożyć cumy, ustawia jachty tak, żeby zmieściło się ich jak najwięcej przy krótkim pomoście.

   Ktoś wpadł na fajny pomysł - w portach Pętli Żuławskiej działa sailbookarnia. Po prostu można wypożyczyć książkę o tematyce morskiej. Warto pamiętać, żeby dbać i oddawać tam książki, będą długo służyć.

   Krynica Morska, 19 sierpnia - chyba wybuchła tu jakaś bomba neutronowa, czy coś, bo zniknęli ludzie. Nie wiem co się z nimi stało. Czyżby koniec sezonu? Zanocowaliśmy jednak w naszym ulubionym Tolkmicku.


Nowy Dwór Gdański. Zyszkos w Nowym Dworze. Z położonym masztem zawraca się paskudnie. Powrót na Szkarpawę. Resztki nabrzeża w Nowym Dworze. Osłonka - przystań nad przystanie :-) Osłonka.

   Święty Kamień - intrygował mnie od dawna. Widzieliśmy go z daleka, mniej więcej 1/3 drogi brzegiem z Tolkmicka do Fromborka. Płynąc środkiem Zalewu dobre oczy wypatrzą szarą kropkę na brzegu, przy wspomaganiu lornetką głazik znajdziemy bez problemu.

   Postanowiliśmy go odwiedzić. Pogoda zachęcała, wiało 2B z kierunku "prawie od lądu", czyli z ćwiartki SE. Podejście zaczęliśmy z daleka, mapa ostrzegała o mieliźnie przed Kamieniem. W ogóle na Zalewie jest ciekawie, bo w zasadzie wszędzie jest 2 do 3m głębokości. Więcej może w kilku miejscach. Więc kiedy tu się zaczyna mielizna? Konstrukcja Żyszkosia umożliwia wpływanie w różne dziwne miejsca, więc postanowiliśmy podejść możliwie blisko. Ze środka Zalewu przyjęliśmy kurs na widoczny Kamień. w pewnym momencie strzelił bezpiecznik knagi kontrafału płetwy sterowej, oznacza to, że mamy mniej niż 120 - 130cm. Kotwica została naszykowana wcześniej, idziemy dalej. Płetwa sterowa szoruje po dnie, pół miecza góra. Potem cały miecz góra, ster w poziomie, a do Kamienia ho ho. Trudno - żagle szybko dół, kotwica do wody, ster i miecz góra, stoimy. Wody jest po kolana.

   Spacer do Świętego Kamienia mysimy robić pojedynczo, ktoś musi zostać na jachcie. Idę na pierwszy ogień.

   Święty Kamień to po prostu wielki głaz narzutowy przytargany tutaj przez lodowiec jakieś 10 czy 15 tys. lat temu. Lokalne ludy niemal natychmiast uznały, że jest to święte miejsce i zrobiły z niego ołtarz ofiarny. Ludom tym później, zdaje się że nie raz, próbowano za pomocą miecza i szubiennicy wytłumaczyć, że już tak nie jest, ale magia miejsca jednak pozostała. Kamień ma 13,8m obwodu, a wystaje z ziemi ponad 2m. Jakby ktoś chciał trafić do Kamienia za pomocą GPS to współrzędne są takie: 54°20'30.3"N 19°34'40.2"E.

   Wróciliśmy do Tolkmicka. Noc spędziliśmy tamże, a rano polecieliśmy do Piasków, na kawę. A potem do Elbląga, dochodząc na żaglach aż do mostu w Nowakowie. Po drodze spotkaliśmy dwie (!) barki - jedną na środku Zalewu, drugą już o zmierzchu, na rzece Elbląg między Nowakowem a Elblągiem.

   I w ten sposób skońzzyliśmy sezon. Rano Żyszkoś trafił na przyczepę i po kilku godzinach jazdy wylądowaliśmy w domu.


Bajdewind na Zalewie. Jeszcze raz Tolkmicko. Tolkmicko. Jeleń też tam stoi, pod lasem. Na pewno ;-) Święty Kamień.

Jak było? Jak tam jest?


Strzyboga - Warszawa, jesień 2015 - jesień 2016.


Żyszkoś na kotwicy, niedaleko Świętego Kamienia. Płytko, wody niewiele ponad kolana. Święty Kamień. Ostatni dzien. Skok z Tolkmicka do Piasków na kawę... ... i powrót do Elbląga, żagle już wylądowały w workach :-( My do domu, a barka w drogę...

Kilka uwag, które dostałem internetem, od osób, które pływały po tych terenach w sezonie 2016. Dziękuję bardzo, zamieszczam je poniżej. W nawiasach forumowe nicki informujących: