duza mapa z trasa wyprawy

"A my mamy jeszcze tyle        
Jakichś Mazur do odkrycia..."
Mirek "Kowal" Kowalewski



Dwudniowa wyprawa na Dejguny - lipiec 2013.

   Jezioro Dejguny - w wikipedii wyczytamy, że jest to: "jezioro w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, w dorzeczu Węgorapy w woj. warmińsko-mazurskim, w pow. giżyckim, w gminie Giżycko. Powierzchnia zwierciadła wody według różnych źródeł wynosi od 762,5 ha do 765,3 ha. Zwierciadło wody położone jest na wysokości 116,8 m lub 116,6 m n.p.m. Średnia głębokość jeziora wynosi 12,0 m, natomiast głębokość maksymalna 45,0 m. … ma długość 6,5 km, maksymalną szerokość 2,4 km, średnią szerokość 1,2 km. Woda z jeziora Dejguny odpływa pod nasypem kolejowym do Jeziora Dejgunek, a dalej strumieniem do jeziora Tajty."

duza mapa rzeczki

   Strumieniem do jeziora Tajty... Strumieniem do jeziora Tajty... Te trzy słowa gdzieś tam kołatały mi się w głowie, mniej więcej tak samo jak kilka lat temu Wielka Pętla Wielkopolski czy Pętla Żuławska... Wcześniej wpadła mi do ręki książka pana Wojciecha Kuczkowskiego pod tytułem "Szlak Wielkich Jezior Mazurskich" (Almapress, Warszawa, 2003). Tam właśnie przeczytałem, że Mulką - bo tak się nazywa strumień - można próbować przejść na Dejguny. W. Kuczkowski w swojej książce pisze tak: "Sasanka przejdzie, ale z innym jachtem się nie minie. Mors nie przejdzie. Przejdzie Foka, Mak 606, 707 już nie da rady". Nie ukrywam, że słowa "Mors nie przejdzie" odrobinę mnie zmartwiły. Myśl jednak została. W sierpniu 2007r. popłynęliśmy tam moim poprzednim Morsem, obejrzeć ów szlak. Załogantki pokładały się ze śmiechu jak latałem nad strumykiem wrzeszcząc przejdzie, przejdzie! Wątpliwości jednak pozostały, czas płynął i tak zrobił się rok 2013...

   Jaka jest poprawna nazwa strumienia, rzeczki czy rowu? Nie wiem. W. Kuczkowski pisze, że Mulka, geoportal.gov.pl - kanał Dejguny, maps.google.pl nie podają żadnej nazwy. Na potrzeby tej relacji zostańmy przy nazwie Mulka.

   W międzyczasie (chyba w sierpniu 2008) mój kolega, Adam Piotrowski, popłynął tam kajakiem. Wrócił i powiedział krótko - zapomnij. Ekstra...


Jezioro Tajty, widok na wejście w Mulkę i pierwszy, najniższy most kolejowy. Żeby zobaczyć wejście należy popłynąć do końca Tajt i zawrócić. Ten przesmyk między trzcinami to ujście Mulki do jeziora Tajty. Przejście pod pierwszym mostem kolejowym jest bardzo niskie. Demontujemy krzyżak, i opuszczamy maszt tak,aby oparł się na suwklapie. Ten mostek ma najniższy prześwit, zatem jeżeli - na wysokość - zmieścimy się tutaj, to dalej będzie bez problemu, ale... ... jak widać po wodzie ledwo przykrywającej kostki zanurzenie też ma znaczenie. Płyniemy po tej części jeziora Tajty, która została oddzielona od reszty nasypem kolejowym. Miejsce,  którym Mulka wypływa z tej części Tajt zaznaczyłem strzałką.

   W czerwcu 2013 roku na forum.mazury.info.pl pojawiła się informacja, że Dejguny zostały zdobyte przez dwie załogi z Klubu Turystyki Żeglarskiej "Szkwał"" za pomocą Tanga 730 i Sportiny 682. Krótka fotorelacja z tej wyprawy jest TUTAJ. Wiadomość ta była wystarczającym bodźcem, aby przestać się dalej zastanawiać...

   Cel zrealizowaliśmy 8 i 9 lipca 2013 r, załogą w składzie: Jerzy Żyszkowski, Piotr Sadowy i ja, autor tej relacji. Jak na każdą naszą wyprawę popłynęliśmy moim Morsem RT "Żyszkoś".

   Jak powinniśmy przygotować jacht:

   Jak przygotować siebie:


Aby znaleźć ujście Mulki do tej częście Tajt nalezy opłynąć półwysep z trzcin. Rzeczkę znajdziemy (z trudem) tuż przy nasypie kolejowym. Ot, taki nowatorski sposób cumowania. Namawialiśmy Piotra, aby przerzucił cumę nad pierwszą szyną i zacumował (cumowym żeglarskim) do drugiej. Widok na Mulkę z nasypu kolejowego. Zaraz będziemy tędy płynąć. Hol, buty, kąpielówki, czapka, okulary, trochę samozaparcia i cała naprzód! Jedna osoba holuje...

   Budowle na trasie:

  1. Most kolejowy na Tajtach.
  2. Most drogowy z drogą Giżycko - Kętrzyn
  3. Śródpolny most drogowy
  4. Most kolejowy między jeziorami Dejgunek a Dejguny.

   Możliwość przejścia w zasadzie weryfikuje pierwszy most kolejowy nad jeziorem Tajty. Celowo tak piszę - na początku drugiej połowy XIX wieku, kiedy budowano linię kolejową łączącą Białystok przez Ełk, Giżycko, Korsze z Królewcem oddzielono część zachodniej zatoki jeziora Tajty za pomocą grobli od reszty jeziora. W tej grobli zbudowano most. Most ten jest najniższym na całej trasie. Na Morsie musieliśmy zdjąć krzyżak, a maszt prawie położyć na nadbudówce, żeby top masztu przeszedł pod mostem. Na szczęście krzyżak na Żyszkosiu nie jest zamontowany na stałe. Jednocześnie wydaje mi się, że pod tym mostkiem jest najpłytsze miejsce na trasie. Woda sięgała nam niewiele ponad kostki, dno jachtu lekko szorowało o dno Mulki, ale udało się przejść.

   Drugi most drogowy (szosa nr 592 Giżycko - Kętrzyn) jest łatwy do pokonania. Duży prześwit, w miarę szeroko (około 3 metry, mierzone „na oko"), problemem mogą być kamienie na dnie Mulki. Zawsze mnie fascynowało bezmyślne wrzucanie wszelkiego gruzu do rzeki podczas remontu mostu. :(

   Trzeci most drogowy, śródpolny... Prześwit pod nim oraz szerokość to żaden kłopot. Ale za to ilość i wielkość kamieni, a raczej głazów, pod nim... Załogi Tanga i Sportiny odrzuciły część z nich na skraj wody, bo na stromy brzeg się nie da (dziękujemy!). Dla nas zostało kilka, w tym regularny betonowy podkład kolejowy. Przeszliśmy w zasadzie na styk, po prawie dwóch godzinach mozolnej pracy.

   Czwarty most, kolejowy to prawie Kanał Panamski :) Co prawda pod nim jest bardzo płytko, ale to już był najmniejszy kłopot. Historia w tym miejscu jest identyczna jak na Tajtach - przez jezioro Dejguny usypano groblę z linią kolejową i w ten sposób powstało jezioro Dejgunek.


... druga pcha, a trzecia robi zdjęcia. Prosty i wąski odcinek rzeczki między nasypem po prawej a wzgórzem po lewej. Przerwa w burłaczeniu. Zdjęcie z nasypu kolejowego. Tu ładnie widać - po lewej Tajty, nasyp, zatoka Tajt oddzielona nasypem. Mostek znajduje się tuż przed budynkiem. Pchacz Jerz.

   Żegluga :)

   Na zachodnim końcu Tajt pojawiliśmy się około 1400. Wejście do Mulki i opisywany wcześniej mostek, wbrew pozorom, są odrobinę ukryte. Musimy popłynąć prawie do końca jeziora i dopiero stamtąd uda nam się je zobaczyć. Stanęliśmy na kotwicy, położyliśmy maszt, odkręciliśmy roler od bramy. Brama wróciła na miejsce, roler (razem z fokiem) ułożyliśmy wzdłuż wiążąc go, razem z masztem, krawatami. Przez moment pojawił się pomysł przeniesienia masztu w pozycję transportową (drogową, czyli z piętą na koszu dziobowym), ale lenistwo wzięło górę i stwierdziliśmy, że może się uda, poza tym wspominane wcześniej jachty szły z normalnie położonymi masztami.

   Od zachodu wchodzimy w Mulkę. Już między trzcinami, na Tajtach odczuwalny jest prąd. Po kilku metrach pierwszy zakręt i pierwsza pułapka :) Na zakręcie jest ponad 1,5 m głębokości, jeden krok i siedzi się po szyję w wodzie.


Po paruset metrach Mulka odchodzi od nasypu, znikają wszechobecne trzciny... ... robi się szerzej i głębiej... ...tak, że można nieśmiało i ostrożnie pójść na silniku, bardzo uważając na różne wielkie głazy. Od czasu do czasu nad Mulką pochyla sie drzewo. Żyszkoś na swoim dziobie ma pewną pułapkę, a której...

   Jak próbowaliśmy płynąć? W zestawie z jachtem szedł holownik oraz pchacz. Holownik trzyma jacht za dziób, ewentualnie ciągnie jacht na cumie. Obserwuje dno, wypatruje kamieni, pni (dużo ich na całej trasie) i wydaje komendy do pchacza w którą stronę należy pchnąć rufę. Często jest tak, że dla ominięcia kamieni, czy innych przeszkód, rufę trzeba niemalże wepchnąć na brzeg.

   Zaraz za pierwszym mostkiem mamy ostry zakręt, trzeba skręcić pod kątem prostym. Bardzo uważamy na top, który mocno zbliża się do betonowych umocnień mostka (dobrze widać, że linia ta kiedyś była dwutorowa). Jednocześnie jest bardzo płytko, staramy się prowadzić jacht po najgłębszej wodzie.

   Potem krótka prosta (kilkadziesiąt metrów) i wychodzimy na nieduże jeziorko, które kiedyś było zatoką Tajt. Uruchomiłem silnik (jeszcze wolno) i popłynęliśmy dalej. Zaczęliśmy pływać wzdłuż zachodniego brzegu jeziora szukając wejścia w Mulkę. Nie ma. No jak nie ma jak jest! Ale gdzie! Postanowiliśmy dojść do nasypu kolejowego aby z góry poszukać wejścia w rzeczkę. Na nasypie nie bardzo było do czego zacumować, na szczęście śruby mocujące szyny trochę wystają z podkładów :)

   Z góry ładnie widać - wejście w Mulkę znajduje się tuż przy nasypie i jest zarośnięte trzcinami, pomiędzy którymi trzeba się po prostu przecisnąć.


... nie ma powrotu, a jeżeli już to w ten lub podobny sposób :) Stara wierzba na zakręcie... ... tylko czycha na top masztu, ... ... na jakieś okucie, aby je schwytać i nie puścić. Jednak ostrożnie przechodzimy obok, aby... ... tuz przed pierwszym mostem drogowym (szosa Giżycko - Kętrzyn) natrafić na kolejną przeszkodę, utworzoną przez bobry.

   Przed nami pierwszy etap walki z prądem, trzcinami, mułem, owadami (tymi gryzącymi). Jedna osoba została na pokładzie, żeby robić zdjęcia, dwie pracowały jako, wspomniane wcześniej, holownik i pchacz. Ja byłem tym pierwszym. Mulka miejscami jest dość głęboka (nawet ponad metr). Mozolnie zdobywaliśmy kolejne metry. Najtrudniej jest ruszyć. Jak już jacht zacznie płynąć to nie powinniśmy pozwolić mu się zatrzymać. Wytrwale przedzierałem się nurtem, trzciny nade mną zamykały się zupełnie. Jakieś 2-3 metry za mną płynął jacht. Najtrudniej było dobrać tempo. Holując jacht sterowałem nim jednocześnie. Osoba pchająca ma zdecydowanie łatwiej, efekt był taki, że często nie mogłem nadążyć przed nadpływającym jachtem.

   Raz najadłem się strachu. Teraz to śmieszne, ale wypływający prawie spod nóg bóbr może przestraszyć :) Przecież już Jan Kaczmarek śpiewał, "Że w głębi panoszy się licho podstępne, krwiopijcze, złośliwe, nerwowe. Siedząc w topieli niemiłej i mętnej knuje swe plany niezdrowe!" (cała piosenka - polecam, to tylko dwie minuty przerwy w czytaniu - jest na youtube.pl, o TUTAJ).

   Płynąć można generalnie tylko dziobem do przodu. Gdybyśmy musieli wracać rufą do przodu to byłoby zdecydowanie trudniej, maszt z wantami plątałyby się w trzcinach. Na szczęście powrót, przynajmniej na razie nie przychodził nam do głowy.

   Po kilkuset metrach wyszliśmy na "czystą" wodę. Trzciny zamieniły się w trawę, woda była wystarczająco głęboka i czysta, żeby spróbować iść na silniku. Piotr stanął na dziobie z pagajem, ja poluzowałem silnik tak, że bardzo lekko obracał się w kolumnie i bez steru i miecza popłynęliśmy dalej. Bardzo wolno i ostrożnie, wyłączając silnik na płytszych kawałkach rzeczki przeszliśmy tak kilkaset metrów. Był to bardzo dobry odpoczynek.


Górą auta, dołem my. Płytko, uważamy na kamienie. Przepust pod nasypem kolejowym, pod przystankiem Sterławki Małe. Zaczyna się najszerszy odcinek Mulki. Dno zachęca do zejścia z jachtu, burłaczenia, szybko się okazuje, że ten piasek to muł, czasem do kostek, czasem do kolan, albo wyżej :) Przez chwilę próbowaliśmy iśc na silniku, ale szybko okazało się, że jest za płytko i... ... pchacz Jerz i pchacz Piotr dużo lepiej dają radę :)

   Mniej więcej w połowie Mulki trafiliśmy na starą, spróchniałą wierzbę. Wierzba ta prawdopodobnie niebawem się przewróci, gdyby ktoś się wybierał na Dejguny to warto pójść na spacer i sprawdzić, czy wierzba stoi, czy nie. A jak nie, to gdzie leży, czy da się przejść obok niej.

   Bardzo często jest tak, że dno zachęca do spaceru, wydaje się, że leży na nim drobny, miękki piasek. Zazwyczaj jest to 5-8cm mułu, w którym grzęzną stopy i zostają buty :) Od czasu do czasu wpada się w muł po kolana. Tak z zaskoczenia. Może dlatego Mulka?

   Zbliżamy się do pierwszego mostu drogowego. Tuż przed nim leży zwalone przez bobry drzewo. Przechodzimy pod nim, jednak maszt trzeba było wyjąć z krzyżaka i opuścić top masztu.

   Pod mostem jest w miarę łatwo. Szeroko na niewiele ponad 3 metry (Żyszkoś ma 2,7m szerokości). Płytko, trochę kamieni po bokach, jednak przechodzimy bez kłopotu. Zaraz za mostem zakręt, który przechodzimy również bez problemów, uważając oczywiście na top masztu.


Jedna trzecia załogi - Jerz :) Druga trzecia - Piotr. To co znaleźliśmy pod drugim mostem drogowym przyniosło nam najwięcej roboty... ...trzeba było odrzucić kilkanaście dużych kamieni, jeden betonowy podkład kolejowy. A Żyszkoś tymczasem czekał na finał prac zacumowany jak w jakimś porcie pływowym. Już prawie! Przechodzimy przez jezioro Dejgunek. Strzałką zaznaczyłem ujście Mulki płynącej z Dejgun do Dejgunka. Czyli do końca i w prawo :)

   Teraz robi się zdecydowanie łatwiej. Mulka jest szersza, prosta, jedynie stopy podczas holowania zapadają się w muł.

   Dochodzimy do drugiego, śródpolnego mostu drogowego. Pod nim dwie przeszkody - pierwsza to przewrócona dzika jabłonka, która odrobinę "tuningujemy" za pomocą piły , wspomniane wcześniej kamienie a raczej "kamory" i jakiś podkład kolejowy... Przejście pod mostem kosztowało nas bardzo dużo wysiłku, po dwóch godzinach kamienie udało się w końcu odwalić tak, że za chyba czwartą próbą Żyszkoś wreszcie przeszedł pomiędzy nimi. Ślady na kamieniach na pewno są ciągle widoczne. Na burtach jachtu też... Były chwile zwątpienia, sił dodawała świadomość, że od mostku do końca rzeczki jest może 400 metrów. W pewnym momencie uznałem, że warto pójść nasypem i sprawdzić co się dzieje pod drugim mostem kolejowym, tylko po to, żeby nie okazało się, że trud odrzucania kamieni był nadaremny.

   Powoli robiło się późno. Zdawaliśmy sobie sprawę, że trzeba już pracować bez przerw, aby osiągnąć cel wyprawy.

   Po przejściu mostka zrobiło się z górki. Skończyła się Mulka, chwila na pagajach (tu już obowiązuje zakaz używania silników!) na jeziorze Dejgunek i ostatni mostek. Tu bardzo łatwo, poza tym, że bardzo płytko. Wieczorem, około 2000 wyszliśmy na Dejguny. Udało się!

   Na samym początku zaskoczyliśmy wędkarza. Wywiązał się mniej więcej taki dialog:
- a wy tu skąd?
- z Wilkasów
- a którędy?
- tędy, przecież jedna droga jest
- panie, ja to się tam boję kajakiem płynąć!


W to miejsce powinniśmy trafić w drodze powrotnej. Po prawej od miejsca, w którym Mulka wypływa z Dejgunka jest ładna, zadbana działka z białym domkiem. Dejgunek, południowy brzeg i Sterławki Małe na nim. Ujście Mulki do Dejgunka. Jeszcze tylko most kolejowy, pod którym jest... ...płytko, ale za to wystarczająco szeroko i wysoko.

   Potem podpłynęło dwóch następnych wędkarzy, w nadziei, że będziemy mieli jakieś piwo. Niestety nie mieliśmy czym ich poratować w wielkiej potrzebie. Dowiedzieliśmy się też, że w miejscowościach nad jeziorem nie ma żadnego sklepu. Najbliższy sklep podobno jest w Sterławkach. Warto wziąć to pod uwagę planując wycieczkę.

   Postawiliśmy maszt i na żaglach ruszyliśmy dalej. Zaczynało zmierzchać, stanęliśmy na kotwicy w zatoczce na wschód od wyspy. Po obiadokolacji zjedzonej prawie po ciemku, wzmógł się wiatr a na północy pojawiła duża chmura. Nie wyglądało to ciekawie, zdecydowałem o złamaniu wszelkich przepisów i zasad dobrego żeglarstwa (takiego przez duże "Ż") na szybko, na silniku, przestawiliśmy się do wyspy. Tu zanocowaliśmy, będąc doskonale osłoniętymi od wiatru. Uznałem, że nasze bezpieczeństwo jest najważniejsze.

   Pobudka przed ósmą, śniadanie i zaraz potem oddaliśmy cumy, aby opłynąć Dejguny. Pogoda na szczęście się poprawiła, wiała piękna, równa trójka Beauforta. Ruszyliśmy do góry, pod wiatr, wzdłuż wschodniego brzegu.


Dejguny zdobyte! Zatoka w okolicach Bogacka. Bogacko, pod żaglami widac jeden z trzech spotkanych tutaj jachtów. Umordowana trzecia trzecia część załogi, autor relacji - Adam. Poranek przy wyspie. Dlaczego tam stanęliśmy? napisałem w relacji. Poranek przy wschodnim cyplu wyspy. Dno przy wyspie jest twarde niczym beton.

   Spróbujmy opłynąć Dejguny przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, od prawego dolnego (czyli południowo wschodniego) rogu jeziora.

   Na południowo - wschodnim krańcu jeziora (po wejściu od razu w prawo) jest miejscowość Bogacko. Z wody widać, że miejscowość ta to głównie domki letniskowe, prywatne działki, takież pomosty. Zapewne nie byłoby trudności z zacumowaniem do któregoś z nich, zwłaszcza, że jacht tej wielkości co Mors jest raczej rzadkością na tym akwenie i stanowi bardziej sensację niż niepotrzebnego natręta :)

   Wschodni brzeg na północ od Bogacka to las, niestety nie widać tu miejsc odpowiednich na biwak. Dopiero później, gdy brzeg skręca o 90 stopni na zachód pojawiają się zachęcające miejsca. W samym "narożniku" jest plaża.


Na Dejgunach pod żaglami, jesteśmy między wyspą a wschodnim brzegiem. Daleko widać wejście do zatoki Kronowo. Piotr za sterem i Jerz za szotem, a za nimi zachodni brzeg jeziora - okolice Grzybowa. Północny brzeg wyspy. Nocowaliśmy przy drzewach po lewej. Wejście do zatoki Kronowo. Północny brzeg jeziora, na którym jest wiele miejsc zachęcających do biwakowania. Gdybyśmy o tym wiedzieli wczoraj to zapewne gdzieś przy tym brzegu spędzilibyśmy noc.

   Północny brzeg to pola, ale wśród trzcin znajdziemy liczne "dziurki" na postój. Woda jest bardzo przejrzysta, zielonkawa. Kolorem przypomina jednak bardziej południowe jeziora (Tałty, Śniardwy, Bełdany) niż północne (Mamry, Kisjano), w których woda jest stalowoniebieska. Woda wydaje się być bardzo czystą (w 1989r była zaliczona do II klasy). Wskaźnikiem czystości wody podobno są pijawki :) Piotr, po kilkuminutowym brodzeniu w wodzie złapał taką solidną, kilkunastocentymetrową :)

   Płynąc wzdłuż północnego brzegu wchodzimy do zatoki Kronowo. Na końcu, po lewej mamy miejscowość o tej samej nazwie. W Kronowie jest kilka pomostów, w tym jeden dość duży, należący do pensjonatu. Pensjonat jest duży i zadbany, zdecydowanie zachęca do wizyty. Właścicielka - miła, od razu zapytała: "Tym rowem przeszliście?" Wniosek - od czasu do czasu ktoś się tędy przeciska :)


Zachodni brzeg, okolice Grzybowa. Ciągle zachodni brzeg, okolice Grzybowa. Obozowa Omega. Wyjście z zatoki Kronowo. Zatoka Kronowo, widok na północny zachód, na jej koniec.

   Zaczynamy powrót w stronę Mulki. Zatoka zostaje za rufą, na południowym brzegu zatoki, tuż przed cyplem, na którym brzeg skręca na południe (cypel, wg geoportal.gov.pl nazywa się Lisi Ogon) jest obóz, zapewne harcerski, wodniacki - po zatoce kręcą się dwie Omegi, co jakiś czas podchodzące do pomostu i wymieniające załogi.

   Płynąc na południe wzdłuż zachodniego brzegu Dejgun mijamy miejscowość Grzybowo. Widać niewielkie (nawet bardzo niewielkie) pomosty, a całe Grzybowo to po prostu działki letniskowe.


Zatoka Kronowo, widok na południowy wschód, zarazem jej początek. Przyjazny pensjonat i pomosty nad zatoką Kronowo. Postój przy południowym brzegu zatoki Kronowo, uwaga na pijawki! Żyszkoś. Na Dejgunach pod żaglami.

   Południowy brzeg Dejgun jest dość rozwinięty - stanowią go trzy głębokie zatoki, zachęcające do wejścia, rzucenia kotwicy, złapania kilku ryb (my nie wędkujemy, zupełnie), kąpieli. I pustki - totalne, poza wspomnianymi Omegami i Makiem nie widzimy żadnego innego jachtu. Pełen relaks, cisza, spokój i myśl - czy tak wyglądały Mazury kilkadziesiąt lat temu?

   Opuszczamy Dejguny. Zastanawiamy się jak zachowa się jacht na bardzo płytkiej wodzie pod mostami kolejowymi, jak przejdziemy kamieniste przejście pod mostem drogowym, to, które przysporzyło nam tyle trudności w drodze na Dejguny. Okazało się, że płycizny nie stanowią problemu. Zatrzymanie jachtu względem dna powoduje lekkie spiętrzenie wody i rozwiązanie problemu.


Most kolejowy, który trzeba znaleźć szukając drogi powrotnej. Wyjście na Dejgunek. Już wracamy. Stąd wypłynęliśmy na Dejgunek... ... który pokonaliśmy pod żaglem. Kierujemy się w stronę działki z białym domem. Droga z prądem była wręcz banalna.

   Mostek z kamieniami zdobywamy od pierwszego podejścia. Wolno, ostrożnie, i pokonane. :)

   Powrót, z prądem jest zadecydowanie łatwiejszy. W krzakach wyciąłem długi drąg, którym kierowałem dziób jachtu. Od czasu do czasu pagaje pracowały jako pychy.

   Najtrudniejszy okazał się prosty odcinek, ten najbardziej zarośnięty, przed wejściem na Tajty. Mulka płynie szeroko, pagaje okazały się zbyt krótkie, szliśmy tylko na pychu pracującym z rufy. Pychy powinny być dwa, byłoby zdecydowanie łatwiej. Cóż, mieliśmy jeden. Z radością i z satysfakcją ze zwycięstwa, wyszliśmy na małe Tajty, te za torami. Koniec wyprawy był bliski, zostało jeszcze kilkadziesiąt metrów Mulki, zakręt, mostek i... Tajty. Drąg - pych wbijamy w dno Tajt, dla następnych zapaleńców.


Na spokojnie, czasami trzeba było zbliżyć się do jednego lub drugiego brzegu, żeby ominąć kamienie. Przechodzimy pod zwalonym, przez bobry, drzewem. Krzyżak przeszedł, top masztu już nie. Zadowolone gęby w powrotnej drodze, niemalże bez wysiłku. Nasyp kolejowy, mosty kolejowe - oto dowód, że nie ściemniam ;) Idąc po nasypie, szukając Mulki, pamiętajmy, że nadjeżdżającego pociągu nie słychać!!! Sterowanie jachtem za pomocą pychu - samoróbki.

   Czy warto było przebijać się przez te niecałe 3km rzeczki? TAK! Zdobyliśmy nowy, nieznany dla nas kawałek Mazur, kawałek nowej wody. I udało się!

   Dziękuję - naszej Załodze, za kawał ciężkiej roboty, załodze Tanga i Sportiny, którzy przedarli się tędy miesiąc wcześniej i pokazali, że DA SIĘ przejść w miarę dużym jachtem. A jak ktoś myśli nad podobną wycieczką - nie ma co się dalej zastanawiać, trzeba zebrać załogę i cała naprzód!


Strzyboga, lipiec 2013r.


Najtrudniejsze kilkaset metrów w drodze powrotnej  - na pych przez trzciny. Tajty, ale jeszcze nie te właściwe. A tu już właściwe. Koniec! Piotr i Adam.

powrót do strony głównej