kliknij aby powiększyć

   Wielka Pętla Wielkopolski... Kiedy się dowiedziałem, że istnieje coś takiego? Taki szlak? Do tego żeglowny?! Sam nie wiem. Coś mi chodzi po głowie, że kilka, a może więcej, lat temu była seria artykułów w "Żaglach" na ten temat. A może w "Rejsie". Tak, kiedyś ukazywało się takie sympatyczne pismo, prawa rynku zadecydowały, że tego drugiego nie ma, zostało to pierwsze. Poza nim ukazuje się jeszcze "Jachting". Nie czytam żadnego, od czasu do czasu numer któregoś wpadnie mi w łapy, przeglądam i... zdania nie zmieniam. Może to efekt mojego doświadczenia żeglarskiego? Morskiego niewielkiego, ale śródlądowego i owszem... Ale nie o tym.

   Wielka Pętla Wielkopolski - WPW - ... Gdzie to jest? Przypominało mi się o niej za każdym razem, jak czekając na coś w aucie wyciągałem samochodowy atlas Polski. I zamiast po drogach jeździłem po niebieskich kreskach... Nie tylko Wielkopolskich...

   W tzw. międzyczasie, czyli w latach 2003 - 2009 prowadziłem obozy żeglarskie dla Dzieci, mniejszych i większych, chyba najcudowniejsze zajęcie pod słońcem... Zajęcie super, ale natłok przygotowań do sezonu i zmęczenie po każdym zatrzymywały mnie w domu. Ale wizja rejsu gdzieś tam się w moim łbie telepała...

   W 2007 roku zrobiliśmy niewielką załogą fajowy rejs z Elbląga przez Zalew Wiślany, Gdańsk, znowu Elbląg, Kanał Elbląski, pochylnie, Iławę do Ostródy. Wtedy już załapałem - rzeki, kanały, jeziora to jest to! Dyskusyjne jest, czy lepiej żeglować po nich skrzyżowaniem motorówki z barką, zwanym z polska hausbootem :-) czy jachtem żaglowym, jak mój Żyszkoś, Mors RT. Fakt, na pewno lepiej się mieszka w tym pierwszym, ma też zazwyczaj stacjonarny silnik, dzięki któremu jest ciszej... Za to Mors, z podniesionym mieczem ma 15cm zanurzenia (no dobra, dla niedowiarków 25cm, niech Wam będzie), więc liczne mielizny na szlaku nie są straszne. Poza tym Żyszkoś ma jeszcze jedną, arcyważną zaletę - po prostu jest mój.

   Decyzja, że płyniemy zapadła zimą 2009/2010. Zaczęliśmy szukać po internecie informacji o WPW. Ha, za łatwo nie było... Wygrzebaliśmy w końcu szereg stron (linki do nich będą na końcu relacji), na których były większe i mniejsze ciekawostki. Ba, nawet udało się kupić, cudem niemalże (nigdzie już ich w zasadzie nie ma) przewodnik, dla wodniaków, i nie tylko, pt. "Wielka Pętla Wielkopolski Warta - Noteć - Gopło - Warta" autorstwa panów Mirosława Słowińskiego i Grzegorza Nadolnego, wydanie pierwsze, wydawnictwo Satchwell Warszawa. Z tego przewodnika korzystaliśmy cały czas, świetna, bardzo pomocna książka. Warto poszukać i zabrać ze sobą na taki rejs. Do tego - już standardowo - zabraliśmy samochodowy atlas Polski w skali 1:200 000 (na takim atlasie "nawigowaliśmy" 3 lata wcześniej żeglując na trasie Elbląg - Gdańsk) i, według mnie, rewelacyjne wydawnictwo "Polska Niezwykła - Wielkopolska" Demartu (w domu leżą wszystkie Polski Niezwykłe, ale Kresy raczej by się nie przydały...). Aha - ilekroć w tej relacji będę wspominał o przewodniku (porównywał coś z nim) to na myśli mam wspomniane na początku dzieło panów Słowińskiego i Nadolnego. Z niego czerpaliśmy najwięcej informacji.


Jeszcze przed wypłynięciem zwiedziliśmy Konin. Autor relacji przed słupem milowym z XII wieku, chyba najstarszym zabytkiem Konina. Krótki strajk Hondy, tuż przed oddaniem cum, jakby się spodziewała, że czeka ją duża praca. Kanał Warta - Gopło, przed pierwszym śluzowaniem. Śluza nr 2 Pątnów, pierwsza na naszym szlaku. Górne wrota, widać wysoki stan wody w jez. Pątnowskim. Piotr.

   Bardzo często przewijała się informacja, że dysponując silnikiem zaburtowym należy płynąć wiosną, kiedy rzęsa i inne wodne zielsko nie zarasta kanałów. Późnym latem czy jesienią roślinność ta może zatkać układ chłodzenia w małych zaburtowych silnikach i można zrobić sobie duży kłopot. Potwierdziło się to potem w trakcie rejsu - operatorzy śluz i pracownicy Nadzorów Wodnych wręcz ostrzegali o bujnej roślinności... Cóż, dopóki nie ruszy tamtędy żegluga turystyczna tamtędy (bo towarowa już nie ruszy...), dopóty Noteć skanalizowana, śluzy, kanały będą zarastać coraz bardziej. A chyba nie tego oczekujemy...

   Na początku relacji koniecznie należy wspomnieć o naszych niemych bohaterach rejsu. Pierwszy z nich, będący naszym domem to "Żyszkoś" (ex-W DAL), jacht typu Mors RT. "Żyszkoś" jest przede wszystkim żaglówką, i to bardzo szybką i dobrą, ale i na rzekach doskonale dawał sobie radę. Urodziwa, klasyczna i bardzo udana konstrukcja pana Jerzego Pieśniewskiego, świetnie pływająca pod żaglami i w miarę wygodna dla niewielkiej załogi. Drugi to warcząca bohaterka rejsu, bez której cała operacja ległaby w gruzach. Chodzi mi Hondę, tak, niewielki, zaburtowy silnik spalinowy. Ta pięciokonna pyrkawka dzielnie pokonała ponad 700km trasy, zużywając przy tym jakieś 70-80 litrów benzyny. Olej - w silniku i spodzinie wymieniłem raz przed rejsem, drugi raz w trakcie, korzystając z gościnności Warsztatów Technikum Żeglugi Śródlądowej w Nakle, trzeci raz w domu, po powrocie. Oleje nie nie miały oznak zużycia, ot, wymieniałem "dla zasady".

   Załoga: płynęliśmy cały czas w trzy osoby. Na Morsa - optimum, no, zmieściłaby się, na spokojnie, jeszcze jedna. W pięć byłoby ciasno. Zresztą, jak żegluję po Mazurach, to najbardziej lubię pływać w pojedynkę, albo w maksymalnie dwie czy trzy osoby. W więcej - i owszem, ale na żaglówce robi się już kocioł... Poza tym przez wiele lat żeglowałem w dużych załogach i trochę mam tego dosyć.

   Kto był w załodze? - ja, autor tegoż tekstu, żeglarz z największym doświadczeniem. Mój Tata - Jerzy Żyszkowski (doświadczenie delikatnie mówiąc niewielkie) i w początkowej części rejsu (z Konina do Gorzowa Wielkopolskiego) Piotrek Glegoła (patentowany, nawet armator małej żaglówki "Inna"), wcześniej obozowicz, doskonały kompan do takich wypraw. W Gorzowie Piotra zastąpiła moja Mama - Katarzyna (pierwszy raz na jachcie). Pierwszy raz w życiu byłem na tak rodzinnym urlopie :-)



Kanał Warta - Gopło, w okolicach Konina, między śluzami Prądy i Morzysław. Żyszkoś w śluzie Morzysław, za śluzą wiodk na kanał Warta - Gopło. Wychodzimy na Wartę. Tu jeszcze idziemy po kanale, ale za zieloną boją zaczyna się Warta, zresztą widać, jak układa się prąd. Warta w Koninie, spod mostu wystaje starówka. W głebi kładka dla pieszych nad rzaką, obok niej ma powstać przystań. Marina Sławsk, w bydowie. Będzie urocze miejsce, trzymamy kciuki!

   W lutym, może marcu 2010r. zapadła decyzja - wychodzimy z Konina 7 maja. 7, bo na początku maja, w długi weekend, mam zlot klubu FSO, którego po prostu nie mogę sobie odpuścić. Czyli 6 maja trzeba wyjechać z jachtem z domu, ze Strzybogi, dojechać do Konina, zwodować się, przygotować jacht do żeglugi.

   Gdyby ktoś się wybierał na taki rejs, to poniżej jest dla niego kilka rad, na co zwrócić uwagę i o czym koniecznie pamiętać.

   Wcześniej, jeszcze przed wyjazdem z domu, zrobiliśmy dość duże zakupy w Makro. Teraz już wiem, że nie warto. Owszem, dobrze jest mieć zapasy na 2-3 obiady, ale nie więcej. W każdym mijanym mieście i miasteczku można zrobić zakupy lub pójść do jakiejś knajpki na obiad... I te ostatnie nie są nawet tak bardzo drogie. Oczywiście śniadanie i kolacje wydawaliśmy we własnym zakresie ale składniki do tychże posiłków można kupić praktycznie wszędzie. I obowiązkowo słodycze. Pączki, dające potężnego kopa energetycznego i kartonik PrincePolo...

   Pamiętamy o butli z gazem - zabraliśmy dwie, 2kg. Wystarczyły, że ho ho! W Skierniewicach dowiedzieliśmy się, że butla musi mieć - uwaga - homolegalizację :-)

   Dalej - przed rejsem trzeba zaopatrzyć się w paliwo. Zabraliśmy ze sobą pojemniki na paliwo o łącznej pojemności 44 litry. Może się wydawać za dużo, ale stacji paliw blisko wody jest mało. Najbliżej było w Śremie i Czarnkowie - około 200m. Paliwo dobieraliśmy, po kolei w: Śremie, Gorzowie, Czarnkowie i Bydgoszczy. W Gorzowie i Bydgoszczy wzięliśmy tylko dlatego, że odwiedzili nas znajomi z samochodem. A skoro jest auto i nie trzeba dźwigać kilogramów...

   Gdyby ktoś chciał się wybrać w podobny rejs jachtem żaglowym i myśli o czystym żeglowaniu, tylko na żaglach... My, tylko na żaglach, a w zasadzie na żaglu, przepłynęliśmy może 10km. Gdyby już ktoś chciał iść w zaparte, to musi wiedzieć że taki rejs zajmie duuużo czasu. Bardzo dużo. Ale trzymam kciuki i zazdroszczę samozaparcia. Ale jeśli główną siłą napędową ma być silnik to nie zabierałbym bomu i grota. Bomu nie odwiązaliśmy od listwy odbojowej ani razu, a grot nie wyszedł z hundkoi. Fok na Żyszkosiu jest na tyle wielki, że bardzo ładnie ciągnie jacht, ba, nawet halsować się da! I jest na sztywnym sztagu, więc zrzucenie i postawienie tegoż to chwila. Maszt trzeba kłaść co chwile (mosty i linie energetyczne), a wyciąganie wszystkich pełzaczy z grota, odpinanie bomu, itd. byłoby... no, trochę upierdliwe.

   Zabraliśmy też rzeczną płetwę sterową - stalową, lekko obracającą się w jarzmie. Nie trzeba stosować kontrafału, nie ma obawy, że coś się urwie przy uderzeniu płetwą o jakąś podwodną przeszkodę. Jacht oczywiście stał się przez to trochę mniej zwrotny, ale cóż, wystarczyło tylko o tym pamiętać przy manewrach na małej prędkości. Długa, jeziorowa płetwa sterowa, zrobiona z laminatu, pokonała WPW pod materacem w hundkoi. Nie wyciągnęliśmy jej ani razu.



Tak płynęliśmy - jeden za sterem, drugi nad przewodnikiem, a trzeci mógł się obijać :-) Niemka, kajak i tempo porównywalne z naszym, spotkaliśmy się jeszcze wiele razy. Jerz. Ląd, Piotr i Żyszkoś. Gulasz na obiad, Ląd.

   Jak płynęliśmy: praktycznie cały czas silnik, 2/3 naprzód. Jak wiało tak, że dało się postawić do tego foka - stawialiśmy go, nie wyłączając silnika. Prędkości względem brzegu, które udało nam się osiągać (mierzone za pomocą słupków kilometrowych na brzegu i zegarka), mniej więcej:

   Później przestaliśmy mierzyć prędkość :-) Spowodowane to było naszym lenistwem jak i brakiem słupków kilometrowych :-(

   Oczywiście należy pamiętać, że osiągane przez nas prędkości i jakość, a raczej łatwość naszego żeglowania nie są normą. Trafiliśmy na bardzo dobrą pogodę - nie było takiego dnia, żebyśmy musieli iść zarówno pod prąd jak i pod silny wiatr. Mało tego, chyba ani razu nie mieliśmy pod wiatr. Ponadto przez cały czas na WPW był wysoki stan wody. Większość trasy pokonaliśmy z mieczem opuszczonym do końca (około 1,2m zanurzenia). Na Warcie zahaczyliśmy mieczem raz, albo dwa razy. Były to typowe stuknięcia o coś, bez żadnego stawania na mieliźnie, czy szkód na jachcie. Jedyna mielizna, z bardzo silnym bocznym prądem, którą musieliśmy pokonać ostatniego dnia rejsu była na Kanale Ślesińskim. O niej będzie później.

   Oznakowanie, czyli znaki żeglugowe...A raczej ich brak... Może inaczej - dramatyczny brak. W najlepszym stanie spotkamy tylko znaki zakazu. Pozostałych praktycznie nie ma. Jakieś smętne resztki... Słupki kilometrowe - raz są, raz ich nie ma, wszystko zależy od zarządcy danego odcinka drogi wodnej. A dlaczego znaki zakazu - i to tylko zakaz postoju i zakaz kotwiczenia (wleczenia kotwicy, łańcucha lub liny) - są wyraźne nowe? Powód jest banalny otóż właściciel "przeszkody" na farwaterze (kabla energetycznego, rurociągu, itp.) ma obowiązek postawić taki znak. I oni je stawiają, a RZGW nie... Jak znam życie, to tłumaczą się brakiem funduszy. Zresztą potwierdziło się to w jeszcze jeden sposób - gdy operatorów śluz zagadywaliśmy o remonty, to mówili, że generalnie każda śluza co kilka lat przechodzi remont. Ale, cytuję: "teraz, przez te powodzie to nic się nie będzie działo..." Szkoda, bo piękny szlak wodny ulega degradacji...



Marina Ląd w całej okazałości. Niewielkie, ale miłe i sympatyczne miejsce. Pocysterski klasztor w Lądzie... ... i wnętrze kościoła należącego do niego. Ciążeń, pałac, teraz Dom Pracy Twórczej Uniwersytetu Adama Mickiewicza oraz Biblioteka z ogromną kolekcją druków masońskich. Pyzdry, panorama.

   Warto codziennie zaglądać na stronę internetową RZGW Poznań. Na niej codziennie umieszczane są aktualne komunikaty żeglugowe, począwszy od ograniczeń po stany wód. Mieliśmy łatwo, bo laptop z bezprzewodowym internetem był na pokładzie, ale gdyby ktoś takiego nie zabierał, to można "przeszkolić" kogoś ze znajomych w zakresie strony RZGW Poznań, pokazać mu co ma sprawdzać i kontaktować się z nim przez telefon.

   I najważniejsza rzecz - dla osób, które chcą się wybrać na WPW jachtem żaglowym. Wiele razy zdarzyło nam się przepływać pod nieoznakowanymi, napowietrznymi, liniami energetycznymi!!! Pewnie, że milej i wygodniej płynie się z postawionym masztem, ale musimy cały czas obserwować farwater nie tylko przed sobą, ale i nad sobą! A jak się kończą spotkania masztu z drutami - wszyscy wiemy, zazwyczaj tragicznie...

   Śluzy. Przeszliśmy ich 31. Najbardziej fascynująca jest opłata za śluzowanie - podstawową ceną w 2010r. było 6,24zł. Od tej kwoty naliczane były dla jednych zniżki, dla innych zwyżki (np. śluzowanie poza godzinami 07.00 - 15.00). Od któregoś z operatorów śluz dowiedzieliśmy się, że kiedyś była "normalna" stawka, ale jakiś ważny urzędnik w jeszcze ważniejszym urzędzie przypomniał sobie o inflacji... Dramat, jakby nie można było ustalić cen: 5, 10, 15, 20zł. Ułatwiło by to życie takim jak my, ale przede wszystkim śluzowym. No, ale wracając do samego śluzowania... Hehe, od razu przypomina się mazurska Guzianka. Tam - horror. Tu - spokój, uśmiech, luz... W każdej śluzie, poza jedną (Mikołajewo na Noteci) byliśmy sami. Poza tym operatorzy są tak uprzejmi, że dzwonią na następna śluzę mówiąc "ten co płynie do ciebie już ode mnie wyszedł". Efekt jest taki, że następna śluza jest przygotowana - odpowiedni poziom wody i otwarte wrota. Pełen luksus. Wewnątrz jednej śluzy nawet nocowaliśmy. Nie pochwalę się w której :-)

   Zawsze nasuwa się pytanie o sposób żeglugi rzeką. Od razu przypomina się podręcznik "Żeglarz i Sternik Jachtowy" panów Kolaszewskiego i Świdwińskiego. A w nim piękne rysunki zakola rzeki, tu ploso, tam przymulisko, bla bla bla. My waliliśmy po prostu środkiem, lekko schodząc w stronę plosa. Ale należy pamiętać, że cały czas mieliśmy bardzo wysoki poziom wody! Na pierwszej śluzie - dla nas - czyli śluzie nr 2 Pątnów na kanale Ślesińskim woda przelewała się nad górnymi wrotami. Minimalnie, ale zawsze... Pani operator śluzy mówiła, że nie pamięta tak wysokiego poziomu wody. Jednocześnie tuż powyżej tej śluzy, w niewielkim porcie, stały motorówki, które przyszły Wartą z Poznania rok wcześniej i już nie wróciły... Wody było zbyt mało...

   I to by było "na tyle" tytułem wstępu.



Nowa przystań w Pyzdrach. Piękny, wygodny port... ... czekamy tylko na infrastrukturę okołoportową. Idziemy zwiedzać miasteczko. Pyzdry, uśpione pogodną niedzielą uliczki. Pyzdry, lodziarnia w rynku. Poprosiliśmy o duże lody, zapłaciliśmy za duże i dostaliśmy, ku naszej uciesze, takie coś :-) Ujście lewobrzeżnego dopływu, Prosny, do Warty. Znak który widać jest raczej tylko dla tych, którzy ida pod prąd. Dla nas nie było żadnego znaku.

   Przejdźmy do rzeczy (rzeki?). Rejs podzieliliśmy na trzy etapy:

  1. Gosławice (10km na północ od Konina) na jeziorem Pątnowskim - Gorzów Wielkopolski. Czyli 8 km południową częścią kanału Ślesińskiego, dalej Wartą do Gorzowa.
  2. Gorzów Wielkopolski - Bydgoszcz. Warta, Noteć, kanał Bydgoski.
  3. Bydgoszcz - Gosławice. Kanał Bydgoski, kanał Górnonotecki, Noteć, jaz. Gopło, kanał Ślesiński.

   Aha - kilometry, na których jest port, śluza, przystań, miasto podaję tylko orientacyjnie, z dokładnością do 1km. Dokładniejsze dane (do 0,1km) można znaleźć w przewodniku, bądź na stronach internetowych. Ciekawe linki do tych będą podane na końcu tej relacji.



Dworek nad Wartą. Tylko pozazdrościć miejsca do mieszkania, co? Tylko strach przed powodzią... Nowe Miasto nad Wartą, przystań WOPR. Smutny widok na jakiś wyraźnie porzucony statek. Idziemy do Śremu, Piotr zmywa po obiedzie. Pozmywał, to i nagrodę dostał :-) Zbliżamy się do Śremu, na pierwszym planie nowy most drogowy z obwodnicą miasta.

ETAP I:

7 maja, piątek:

   Ze Strzybogi ruszyliśmy z Żyszkosiem na przyczepie około południa. Moja 3-litrowa Omega, automat, z jachtem na wózku daje sobie radę o niebo lepiej od Jeepa (którego miałem do marca). Do Gosławic przyjechaliśmy popołudniem. Rejs zaczęliśmy w Przystani Gosławice. Wybraliśmy ten port - i słusznie - bo jest dla nas najbliższym portem na WPW, poza tym we wspomnianym wcześniej przewodniku po WPW ma wysokie notowania. Kontakt telefoniczny to potwierdził, bosman, pan Jacek Czaplicki, bardzo sympatyczny fachowiec dużej klasy przyjechał nam pomóc, po godzinach pracy :-) Slipowanie - 20zł. Na Mazurach niejeden właściciel slipu stuknąłby się w głowę słysząc taką cenę. Tak, warto odwiedzić ten port. Noc upłynęła w spokoju. Wieczorem zwiedziliśmy Konin, zwłaszcza starówkę i obowiązkowo - chyba najstarszy zabytek - słup milowy z XII wieku. Starówka bardzo ładnie odnowiona, widać, że realizowane są inwestycje. Super! Szkoda tylko, że wieczorem wydaje się wymarła. Nie było widać żywej duszy...



Śrem, widok z mostu drogowego. Granatowy Żyszkoś przy przystani Nadzoru Wodnego. Dziewczynka z zapałkami i Jerz. Śrem, rynek. Śrem, zakamarki. Piotr.

8 maja, sobota:

   Rano, około 9 dojechał do nas Piotr. Śniadanie, kawa i w drogę! Żeby nie było zbyt łatwo nasza dzielna Honda zastrajkowała. Niezbyt delikatnie potraktowałem szarpankę, koło szarpanki wyskoczyło z wieńca na kole zamachowym i... zaczęliśmy od krótkiej naprawy. Na szczęście wystarczyło poluzowanie trzech śrubek, wszystko wróciło na swoje miejsce. Honda odpaliła i do końca rejsu nie robiła żadnych psikusów. No, prawie żadnych. Wyszliśmy w końcu z portu i wzdłuż prawego (zachodniego) brzegu jeziora popłynęliśmy w stronę kanału Ślesińskiego.

   Mniej więcej po kilometrze dochodzimy do śluzy Pątnów. Śluzowanie - jak pisałem wcześniej - błyskawicznie, bardzo miło i sympatycznie.

   Dalej - 7 km kanałem do następnej śluzy, ostatniej przed wyjściem na Wartę. Kanałem, prawie cały czas po prostej, łatwo, szybko i... momentami nudno.

   Przed 12.00 dochodzimy do śluzy nr 1 w Morzysławiu. W notatkach z rejsu: Przemiła pani operator, o niebieskich oczach nie pozwala zrobić sobie żadnego zdjęcia. Praktycznie zerowa różnica poziomów wody. Przed śluzowaniem obejrzeliśmy dokładnie wyciągniętą na brzeg motorówkę "Okoń". Wał, silnik - śruba pochodzi z Polskiego Fiata 125p :-)

   Punktualnie o 12.00 wyszliśmy na Wartę. Na 406,6km rzeki. Od razu zauważyliśmy silny nurt. Względem brzegu zasuwamy jak mały parowozik, zaraz zajęliśmy się mierzeniem prędkości - wyszło nam, na 4km odcinku ponad 11km/h. Nieźle.

   Przez Konin przeszliśmy bez zatrzymywania. W samym Koninie nie zauważyliśmy żadnego portu, przystani, czy najmniejszego pomostu... I tak zostało na prawie całej Warcie, poza nielicznymi wyjątkami.



Warta poniżej Śremu, zimno i mokro. Sztormiak, ciepła bluza, ciepłe spodnie... Maj... Komar? czy co? Pałac w Mosinie. I, oczywiście, cumowanie zabronione, teren prywatny. Warszawa 300... Tę tablicę oglądam zazwyczaj z innej perspektywy.

   Idziemy cały czas na silniku 2/3 naprzód, z prądem, pod wiatr. Praktycznie tak płynęliśmy na całej Warcie, poza kilometrem, może dwoma za Stobnicą, kiedy było z ledwo wyczuwalnym wiatrem, i z prądem.

   Na 392km, po lewej burcie - wieś Sławsk. Przystań, wg przewodnika w budowie. Według nas też. Poza wykopanym basenem portowym nie było żadnych śladów trwającej budowy, jednak - mam nadzieję - że to był efekt wiosny, w zasadzie początku sezonu budowlanego, kiedy prace po prostu jeszcze nie ruszyły. Weszliśmy do basenu, dobiliśmy do brzegu cumując do jakiegoś kamienia. Obejrzeliśmy pałac, przy którym budowana jest Marina Sławsk (nawet pod tarasem leżał jeden pomost pływający), potem poszliśmy obejrzeć kościół - blisko, poza tym z wody wyglądał interesująco. Kościół oczywiście był pozamykany, ale jak weszliśmy na teren kościoła, to z pobliskiego budynku wychynął jegomość w kapciach i ze srebrną górną dwójką :-) Okazało się, że to ksiądz proboszcz, miła postać, aczkolwiek kościoła nie chciał udostępnić do zwiedzania. Szkoda.

   W Sławsku - spotkaliśmy, po raz pierwszy zresztą, Niemkę na kajaku. Kobieta lat, na oko, 60-70, zasuwała całą Wartę, do Kostrzyna. Sama. Na dmuchanym kajaku, nocując w namiocie. Pełen szacun. A spotykaliśmy się jeszcze kilka razy, tempo miała porównywalne z nami...

   Popołudniem doszliśmy do Lądu. Widok na pocysterski zespół klasztorny z Warty jest tak niezwykły, że od razu postanowiliśmy zostać w Lądzie do następnego dnia, aby zwiedzić klasztor.

   Marina Ląd - na 370km Warty - super! Czyste, bardzo ładne sanitariaty, cisza, spokój, przemiła obsługa :-) Ze względu na barmanki aż się nie chciało wypływać :-) I bosman - myślę, że dwa cytaty wystarczą:

   Chyba jeden z najlepszych portów - z tych przez nas odwiedzonych - na szlaku WPW. Co prawda, jak na mazurskie warunki, a z tymi mam najlepsze porównanie, jest wręcz tragicznie mały, ale tutaj - jak najbardziej wystarczający. Wykopany basen portowy, w którym cumujemy do pomostów pływających. Łatwe wejście, ale pamiętajmy - uwaga dla osób żeglujących po rzece po raz pierwszy - zawracamy (o ile rozmiary naszego statku na to pozwalają ;-)) na rzece poniżej wejścia do portu i wchodzimy do takowego płynąc pod prąd. Manewrowość jachtu jest bez porównania lepsza, poza tym łatwo utrzymać małą (a nawet zerową!) prędkość względem dna. Mamy czas na dokładne przyjrzenie się jak układa się nurt, jakiego zachowania jachtu możemy się spodziewać.



Port w największym mieście Wielkopolski. Ostrów Tumski, w drodze na zwiedzanie i pod prysznic :-) Poznań, Starówka. Poznań, kościół, ale który? Nie pamiętam już, niestety. Ruiny portu należącego do elewatora zbożowego w Miękowie. Warta, poniżej Poznania.

9 maja, niedziela:

   Rano, wyczytawszy dzień wcześniej, że zwiedzanie klasztoru możliwe jest od godziny 9, wrzuciliśmy w siebie śniadanie i pognaliśmy zwiedzić klasztor. Po przejściu (trochę ze strachem ;-)) furty klasztornej napotkaliśmy brata - recepcjonistę. Ten po krótkiej rozmowie wydzwonił innego zakonnika, który miał nas oprowadzić po klasztorze. Przewodnik - brat Jarosław, salezjanin (jak wszyscy, klasztor w 1920 roku przejęli Salezjanie, przedtem Cystersi utrzymywali go do roku 1830) - początkowo spięty i wyraźnie stremowany. Jednak gdy zorientował, że ma interaktywnych zwiedzających - wyluzował i zaczął opowiadać tak od siebie. Zupełnie inaczej, niż, jak to w wielu miejscach bywa, przewodnik = magnetofon. Czas płynął błyskawicznie, do tego przytłaczająca ilość informacji... Cóż, daliśmy radę, pamiętamy teraz z tego wszystkiego pewnie z 10%. Zdecydowanie warto zajrzeć, ba, nawet zjechać z pobliskiej autostrady A2, na odpoczynek, na zwiedzanie. Koszt - co łaska, na tacę.

   Z Lądu wyszliśmy około południa. Na 368km Warty - Ciążeń, pałac i Dom Pracy Twórczej UAM i jednocześnie największy w Europie księgozbiór masoński. Nie zatrzymaliśmy się, brak jakiegokolwiek pomostu, oznakowania, nawet ścieżki zniechęcił nas wystarczająco.

   13 km dalej, na 353km - Dłusk. Według przewodnika - przystań. Rzeczywiście jest, koło promu, ale z wody nie wygląda zachęcająco. Poza tym nie mieliśmy żadnego powodu, aby się dodatkowo zatrzymywać.

   Kawałek dalej - Pyzdry, 351km. Piękny, nowiutki port, pływające pomosty, zacumowany statek "Czarny Bocian". Wchodzimy oczywiście pod prąd. Uwaga - port od Warty oddziela ostroga usypana z kamieni. Nie była w żaden sposób oznakowana, przy wysokiej wodzie stanęliśmy na mieczu (Mors z opuszczonym mieczem ma 130cm zanurzenia), w miejscu, gdzie wydawało nam się, że będzie wystarczająco głęboko. Zatem duża prośba do osób administrujących portem w Pyzdrach - oznaczcie proszę to niebezpieczne miejsce. Czy zanocowalibyśmy w Pyzdrach? Chyba nie, wzbudziliśmy trochę za duże zainteresowanie miejscowej młodzieży, urzędującej przy piwie w barze obok portu. Aha - jedyna dostępna toaleta była właśnie w tym barze.

   Same Pyzdry - w niedzielę uśpione miasteczko, kościół zamknięty na cztery spusty, pofranciszkański klasztor też. Zwiedzamy od zewnątrz. Tylko. Szkoda.

   Płyniemy dalej.



Warta, między Poznaniem a Obornikami. Stobnica, most kolejowy. Stobnica, przystań Stobnica, most. Stobnica, widok z mostu na przyystań.

   348km. Ujście Prosny. "Jak dobrze jest wiosną podumać nad Prosną..."

   Warta zaraz zrobiła się zdecydowanie szersza i jakby spokojniejsza. Czyżby? Może się nam tylko wydawało, wrażenie szerokości robi swoje. Zaraz też - wreszcie - wpłynęliśmy do lasu. Widokowy obłęd. Brzegi Warty, oba, to skarpy, wysokie na 2-3m.

   323km. Most drogowy nad Wartą (droga krajowa nr 11 Środa Wlkp.- Jarocin), zaraz za mostem, niecałe pół kilometra w dół rzeki, na lewym brzegu znajduje się przystań miejscowego WOPR. Odnoga Warty (starorzecze?), w niej chyba miał być kiedyś port, może przystań? W oddali widać tylko wrak jakiegoś statku, wyciągnięty chyba na brzeg, stojący w głębokim przechyle... Smutne... Przechodzimy bez zatrzymania. Kawałek dalej - pisząc tę relację zerkam na zdjęcia, na mapę, ciężko spamiętać wszystkie szczegóły - sielski widok. Wędkarz na rybach. Niby nic takiego, ale z nim, na te ryby przyszedł piesek i stadko kóz.

   318km - most kolejowy, linia Środa Wlkp - Jarocin. Piękna, długa kratownica, wiele przęseł. Piotrek, student budownictwa, ogląda wszystkie mosty po kolei, coś tam komentuje, a ja po prostu zachwycam się kratownicami. One coś w sobie mają... A te największe, najdłuższe? Tak, w Tczewie, nad Wisłą, w przyszłym roku, jak się da.

   Gnamy dalej, próbując osiągnąć Śrem. Na prawym brzegu grupa młodzieży, ognisko, coś się piecze, płyny z c2h5oh. Wzbudziliśmy radość, wielką, entuzjastyczną radość :-) Aż się chciało podłączyć do nich :-)

   296km - po prawej wylot (wlot?) kanału ulgi w Śremie. Aż się wierzyć nie chce, że bywają takie dni, kiedy koryto rzeki i owe kanały są pełne wody. Nawet nam do głowy nie przyszło, że za dwa tygodnie wszystkie będą pełne...

   Zbliżamy się do Śremu. 294Km - przechodzimy pod mostem świeżo oddanej obwodnicy miasta. Za mostem, prawie w centrum miasta - szok - ktoś płynie rzeką! Jakaś motorówka z tłumem pasażerów szła w górę rzeki.



Stobnica, nieczynna stacja kolejowa. Daleko, nad Wartą... ale cywilizacja sięga.
Jedyny moment tylko na żaglach na Warcie.
Jedyny moment tylko na żaglach na Warcie.
Obrzycko, wczesny Gierek... ... i późny renesans. No, ratusz to renesansowy był, ale go później trochę socjalizm sponiewierał, ale...

   Za drugim mostem (pierwszy z obwodnicą, drugi w centrum miasta) na lewym brzegu rzeki spotykamy zacumowany statek "Bajka". Zaraz za nim, też na lewym brzegu jest przystań Nadzoru Wodnego. Zatrzymaliśmy się tamże. Zaraz po zacumowaniu z budynku Nadzoru wyszedł pan kierownik. Pamiętając mazurskie doświadczenia z zarządem wodnym trochę się wypłoszyłem, a tu... WIELKA RADOŚĆ! Bardzo sympatyczny Pan: "oczywiście, że tu możecie zostać, jest cisza i spokój, a poza tym to strasznie fajnie, że płyniecie! Tak rzadko ktoś płynie Wartą, czymś większym od kajaka! Ciekawość mnie z domu wygnała, widzę - ktoś płynie, ale takiego tu jeszcze nie było! Macie tu do mnie numer telefonu..." Rewelacja. I taki kontakt z pracownikami Nadzorów Wodnych mieliśmy przez cały czas. Radość z tego, że ktoś wreszcie płynie!

   Śrem - bardzo dobre miejsce na postój. Około 300m od przystani - idziemy kawałek w stronę mostu - jest stacja benzynowa BP (czyste toalety!!!), obok Biedronka. W zasadzie wszystkie usługi pod jednym dachem :-)

   Wieczorem robimy spacer po śremskiej starówce, bardzo ładne miasto, warto zatrzymać się tam, choćby przejeżdżając przez Śrem samochodem. Uliczki, Rynek, uroczy pomnik Dziewczynki z Zapałkami, kościół farny, klatki schodowe... Tak, zdecydowanie warto zajrzeć. Ale - mniej więcej od godzinie 19:00 miasto zamiera, a na uliczkach nie widać żywego ducha. Zupełnie jak na starówce w Koninie.

   Z naszego przewodnika wynikało, że na prawym brzegu, naprzeciwko przystani Nadzoru Wodnego powinna być jakaś przystań, z pomostem i sanitariatami. Nie było nic, poza błotem. Szkoda. Aha, dowiedzieliśmy się, że 500m poniżej przystani Nadzoru buduje się jakiś nowy port.



... ostało się jeno okno, oryginalne, portugalskie, mające wiele, wiele lat. Obrzycko. Postój, w zasadzie na dziko, przy lewym brzegu Warty. Tu jest hotel, proszę stąd wyść!!! Zielonagóra koło Obrzycka. Warta poniżej Wronek. Międzychód, rynek.

10 maja, poniedziałek:

   Rano szybki skok do Biedronki po pieczywo i obowiązkowe pączki (pączki to podstawowy uzupełniacz kalorii, w sam raz do południowej kawy :-)) Pogoda niestety trochę siadła, zaczęło padać. Nic to dla nas, pożeramy śniadanie i zaraz po oddajemy cumy.

   285km - Jaszkowo, centrum hippiki. Z daleka widać stajnie, na lewym brzegu stoi barka, z masztem i bocianim gniazdem na nim. Nie zatrzymujemy się, ze względu na porę (i na moją alergię na konie), ale miejsce wygląda zachęcająco. Zapada decyzja, że cel na dzisiaj to Poznań.

   Przestaje padać, w międzyczasie Piotrek przebiera się za... komara, rozbawiając nas do łez.

   265km, prawa burta - Rogalinek, pływający pomost, nad nim tablica, o szumnej nazwie "Przystań Papieska Rogalinek". Miejsce wydaje się całkiem sympatyczne, na, w zasadzie dziki biwak. W "Polsce Niezwykłej" wyczytałem, że w pobliskim Rogalinie jest rezerwat 500-letnich dębów i ciekawy pałac. Od miejscowej pani dowiedzieliśmy się: "o, panie, to z 5km". Na tak długi spacer nie mieliśmy ochoty. :-)

   Dosyć często się powtarzała sytuacja, że w "Polsce Niezwykłej" była opisana jakaś atrakcja położona tuż nad Wartą (Notecią, kanałem) to na brzegu nie było nawet pół pomostu, czy innego dogodnego miejsca do zatrzymania się. O jakiejkolwiek tablicy informacyjnej można zapomnieć tym bardziej... A niebawem przepłynęliśmy przez Puszczykowo, w którym jest muzeum Arkadego Fiedlera... Dopiero w domu, korzystając z mapy internetowej zobaczyłem, że od brzegu Warty do muzeum jest może 300m... Szkoda.

   Na lewym brzegu, naprzeciwko przystani papieskiej, w oddali widać duży pałac. Tabliczka na brzegu "teren prywatny, wstęp wzbroniony, zakaz cumowania" tłumaczy wszystko.

   W przewodniku znajdziemy również informację o budowie przystani UKS "Kotwica" w Rogalinku. Nic takiego nie zauważyliśmy.



Międzychód, budynek dawnego hotelu miejskiego. Międzychód, kamieniczki. Międzychód, zafascynował nas przedwojenny napis na kamienicy, tak z prawej strony (nie widać na zdjęciu) jest napisane: Malargeschaft, Wagenlakierung, Glaserei. Międzychód. Przystań Nadzoru Wodnego. Ponownie ciepły maj.

   Powoli zbliżamy się do Poznania. Da się to zaobserwować - na brzegach coraz większy bałagan, śmietnik. Czy naprawdę pokolenia muszą minąć zanim nauczymy się sprzątać i nie śmiecić?

   249 km - przechodzimy pod mostem. Górą - autostrada A2. Tyle razy tędy przejeżdżając patrzyłem w prawo, w lewo, na rzekę, zastanawiając się, czy kiedyś się uda przejść dołem, wodą? Udało się!

   Poznań. Według przewodnika w Poznaniu powinno być osiem przystani i jeden port rzeczny. A rzeczywistość? Oto treść notatki (jednej z wielu, którymi, dla siebie, uzupełnialiśmy przewodnik): Poznań jest totalnie odwrócony od Warty. Brak jakiegokolwiek miejsca do postoju. Zatrzymaliśmy się na prawym brzegu rzeki około 250m za "czubkiem" Ostrowia Tumskiego (miejsca, gdzie od Warty odchodzi, w prawo, Cybinka, czyli kanał ulgi), blisko ulicy Wieżowej. Dobre miejsce, bo jest spokój i krzak jako poler. Blisko katedry, przy ul. Ostrów Tumski jest czyściutki szalet miejski, z prysznicem! Stanowiliśmy małą sensację. Podobno nikt tu nie pływa, nie cumuje. Przyszedł do nas bardzo miły, poznański żeglarz Andrzej: "bo jak zobaczyłem jacht żaglowy, tutaj, to najpierw przetarłem oczy ze zdumienia, a potem uznałem, że muszę przyjść"

   Przystani żadnej nie było, poza tą należącą do Policji Wodnej, tak ciasnej, że zrezygnowaliśmy z wejścia. Później spotkaliśmy wspomnianą wcześniej Niemkę, na kajaku. Wiosłowała w tę i z powrotem w poszukiwaniu miejsca na biwak. Kiedy spotkaliśmy ją ponownie, okazało się, że nocowała u Policjantów.

   Popołudniu mieliśmy iść zwiedzać miasto, ale przyszła burza, popadało i padliśmy spać. Nic to, zwiedzanie było rano. Wieczorem odwiedził nas jeszcze Mieszko, mój kolega z Mazur (i nie tylko), szkoliliśmy kiedyś razem. :-)

   I jeszcze jedno mi się przypomniało - zanim się zorientowaliśmy, że czysty szalet miejski jest na Ostrowiu Tumskim, pojechaliśmy, taksówką, na najbliższą pływalnię. Można się umyć za grosze :-) (patent wypróbowany dawno temu, w Ostrołęce, jak spływaliśmy z Mazur Pisą i Narwią do Warszawy). A jeszcze fajniej negocjuje z obsługą pływalni usługę typu prysznic. Miny mają nieziemskie :-)



Zbliżamy się do Skwierzyny. Tak, w takich miejscach też się żywiliśmy. :-) Skwierzyna, przystań przy Domu nad Rzeką. Idziemy Wartą, ale most widoczny po lewej jest nad Notecią. Zbliżamy się do Santoka. Warta w Santoku.

11 maja, wtorek:

   Rano spacer po Starym Mieście, koniecznie połączone z konsumpcją marcińskich rogali (czy były prawdziwe? Pani w cukierni przysięgała, że tak), drobne zwiedzanie.

   Wypływamy po 13.00. Zimno, poubierani w sztormiaki, ale zadowoleni i jakoś rozżaleni Poznaniem. Do Bydgoszczy niech władze miasta jadą, tam jest Marina!

   241 km - przechodzimy pod mostem kolejowym na Garbarach. Według przewodnika jest to najtrudniejsze miejsce na poznańskim odcinku Warty. Wąsko, silne zawirowania, kamienie. Korzystamy z wysokiej wody - przechodzimy pod mostem bez stresu, ale z dodatkowym "okiem" stojącym na dziobie i przyglądającym się wodzie.

   Teraz długo, długo nic. Z "ciekawszych" rzeczy - smród z oczyszczalni ścieków. Cóż, trzeba przetrwać, dobrze, że jest. Oczyszczalnia, nie smród.

   231 km - zrujnowane nabrzeże elewatora zbożowego. Widać, że kiedyś istniał ruch towarowy na drogach wodnych w Polsce... Same ruiny robią wrażenie, całkiem niezłe zachęcają do penetracji, jednak wystające zbrojenie z nabrzeża nie zachęca do postoju.

   219 km - Mściszewo, prawa burta, przystań wodna. Według przewodnika jest to przyjemne i zagospodarowane miejsce, jednak widać było wyraźnie, że da się do niej dojść tylko łodzią o małym zanurzeniu.

   Dalej przez Oborniki (tu miała być przystań harcerska, oczywiście nie ma nic) dochodzimy do Stobnicy. Na prawym brzegu, na 188 km - Przystań u Agi i Maćka. Świetne miejsce, miło, spokojnie i bezpiecznie. Prąd, woda. Zatrzymaliśmy się tu na noc. Po posiłku poszliśmy na spacer. Tuż przed przystanią, dosłownie 200 m, jest nieczynny, stuletni most kolejowy. Piękna kratownica, którą ostatni pociąg przejechał ponad 20 lat temu. Tory, do połowy mostu są rozebrane (a do połowy, bo środkiem Warty jest idzie granica między gminami). Konstrukcja oczywiście ażurowa, między szynami ułożona jest wąska ścieżka z pokruszonych płyt betonowych, miejscowi jeżdżą po niej rowerami. My na piechotę, niepewni, wszak jeden nieuważny krok i lot w dół... Potem jeszcze spacer wzdłuż rozebranej linii kolejowej, do stacji Stobnica.



Gorzów, port Stoczni Remotowej. Warta, w okolicach Santoka. Płynąc juz pod prąd, na Noteć, uczymy się płynąć prosto. Za sterem Kasia, zastąpiła Piotra. Statek Fok, Honda - razem dawały radę, że hoho! Warta. Wchodzimy na Noteć. Na środku zdjęcia jest cypelek, na prawo od niego Warta, a na lewo - Noteć.

12 maja, środa:

   Prawie w Stobnicy (dokładnie 1,5 km od niej) jest Wilczy Park, prowadzony przez poznańską Akademię Rolniczą. Poszliśmy zwiedzać (podobno wolno, po wcześniejszym umówieniu telefonicznym), ale w godzinach 11-15. Byliśmy o 10.00 telefonu (61 2913639) nikt nie odbierał. Na furtce wisiała tabliczka "praca w terenie". Machnęliśmy ręką...

   Wypłynęliśmy około 11.oo. Szybko się zorientowaliśmy, że płyniemy z wiatrem! Szybko wyłączyliśmy silnik, postawiliśmy foka i... bajka! Cisza, spokój, sterowność mamy ledwo - ledwo, bo prędkość względem wody prawie żadna, tego wiatru też prawie wcale. Cóż, pobujaliśmy się tak kilkanaście minut, odpoczywając, popijając kawę i słuchając śpiewu ptaków. Wiosna w pełni!

   182 km - Obrzycko. Nie ma tu żadnej przystani, zatrzymaliśmy się w zasadzie na dziko, na lewym brzegu, chyba przy resztkach ostrogi, już za mostem. Fajne miasteczko, czas wyraźnie się zatrzymał :-) Jest taki międzynarodowy program, Cittaslow, akurat dla Obrzycka. Na rynku jest ładny ratusz, z niezwykłym renesansowym obramieniem okiennym. Według "Polski Niezwykłej" pochodzi ono z Portugalii!

   Niecały kilometr dalej, na prawym brzegu znajduje się dawny pałac Raczyńskich, obecnie Dom Pracy Twórczej UAM. Dramat! Chcieliśmy tylko zwiedzić, zajrzeć, z przewodnia wynikało, że warto. Niestety na miejscu latał jakiś agresywny facecik, tytułujący się kierownikiem tegoż obiektu, wrzeszczący: "Tu jest hotel, tu nie wolno wchodzić!". Zdecydowanie odradzam.

   171 km - Wronki, przechodzimy bez zatrzymania. Przed mostem drogowym, blisko lewego brzegu stoi, zacumowane do boi, dziwne pływadło, za to z ważną informacją: Pomoc Rzeczna, tel: 503 571 590.

   144 km - Sieraków. Według przewodnika miała być zacumowana barka, jakaś przystań. Nie było niczego, płyniemy dalej.

   137 km - Chorzępowo. Na prawym brzegu powstała chyba nowa przystań, nie ma o niej słowa w przewodniku. Ze względu na wczesną porę nie zatrzymujemy się, choć postój był możliwy przy pomostach pływających. Tel: 61 2954031.

   135 km - prom górnolinowy, tuż przed nim, na prawym brzegu Przystań Zatom Nowy, z duża tablicą informacyjną "noclegi, wyżywienie, konie, tel: 95 7481294 lub 609 805 103". O tej przystani w przewodniku również ani słowa. Kolejna nowa?

   127 km - Międzychód. Przed mostem, po lewej - przystań, wyposażona w stoliki i daszki nad nimi, jednak pozbawiona wszelkich urządzeń ułatwiających cumowanie. Poza tym przy jednym ze stolików odbywała się dość huczna impreza wielbicieli tanich trunków, zatem postanowiliśmy się zatrzymać (na noc) za mostem, po lewej, na przystani Nadzoru Wodnego. "Przystań" jest wyposażona tylko w slip, łodzie Nadzoru zacumowane na rzece na bojach, pomosty pływające są, i owszem, ale za płotem, na terenie Nadzoru :-) Wieczorem, po powrocie z miasta spotykamy się na chwilę z kierownikiem, oczywiście życzliwie i zgoda na cumowanie, na zasadzie "a stójcie". Brak jakichkolwiek sanitariatów.

   Spacer do miasta, na drobne zwiedzanie (idziemy do mostu, na moście w prawo, do świateł i w lewo). Miasto sympatyczne, bardzo ładny rynek, ze świetną rzeźbą rybaka na środku.



Bocian, wyszedł z założenia, że pod latarnią najciemniej i uwił sobie gniazdo na ambonie myśliwskiej. Drezdenko, most drogowy. Gospoda w Drezdenku, w dawnej strzelnicy. Port Nadzoru Wodnego w Drezdenku. Most kolejowy nad Notecią, na nieczynnej linii kolejowej Drezdenko (a dokładnie Stare Bielice) - Skwierzyna. Przed mostem widać betonowe konstrukcje, podobno elementy zapory wodnej z II Wojny Światowej.

13 maja, czwartek:

   Pogoda siadła, zrobiło się zimno i wilgotno. Wilgotno w zasadzie to było cały czas, materace od spodu były cały czas mokre, mimo wielu prób suszenia. Zimne noce i nasze chuchanie robiły swoje, Jacht wietrzyliśmy w zasadzie cały czas, poprawiło się dopiero, jak przywiozłem ze sobą, po przerwie w rejsie, farelek. Maj 2010 do ciepłych nie należał.

   Sztormiak na grzbiecie, komplet oczywiście, plus czapka zimowa, ciepła bluza i spodnie pod spodem. Wiosna jak malowanie.

   Warta wydaje się być jeszcze szersza i jeszcze bardziej spokojna. W bezwietrzną pogodę zasuwamy w stronę Skwierzyny i Gorzowa. Z zafascynowaniem obserwujemy stado łabędzi, wyraźnie uciekające przed nami. Wypływając zza zakrętu widać duże stado. Zbliżamy się, z hurgotem zrywają się do startu i lecą wzdłuż Warty. Za kilkoma zakolami sytuacja się powtarza.

   92 km - Skwierzyna. Na prawym brzegu, tuz za mostem drogowym betonowe nabrzeże "Domu nad Rzeką". Wygodne cumowanie, hotel, sanitariaty (prysznic - 20 zł, pod tak drogi jeszcze nie wchodziłem), restauracja. Jemy dobry obiad.

   Pora wczesna, płyniemy dalej. Przechodzimy pod mostem kolejowym, kolejną, ciekawą kratownicą. Linia kolejowa jest rozebrana, a most korci, żeby na niego wejść. Może kiedyś. :-)

   68 km - Santok, ujście Noteci do Warty. Warta teraz robi wrażenie! Potęguje je ciągle wysoki stan wody, na pewno jest szersza niż zazwyczaj.

   Do Gorzowa 10 km. Dzwonię na przystań Klubu Sportowego Admira. W słuchawce słyszę - "tak, można się u nas zatrzymać, zapraszamy, czekamy". Fajnie. Szkoda tylko, że jak już doszliśmy na miejsce to zostaliśmy przegonieni. Potem dowiedzieliśmy się, że w Admirze rozgrywane była akurat mistrzostwa Polski w wioślarstwie.

   Po prawej zostaje Santok, zaraz zza wzgórz wyłania się panorama Gorzowa Wielkopolskiego, z wielkimi blokami mieszkalnymi :-) Przechodzimy pod wieloma liniami energetycznymi, wysokiego napięcia. Niby wysoko, na znakach prześwit 25m (?), ale masztu nie stawiamy. Wysoka woda i Brak zaufania do znaków się kłania. Przechodzimy pod mostem drogowym (most Lubuski, DK 22) i przymierzamy się do podejścia do klubu Admira. Czym się to skończyło już wiadomo. Zawracamy i idziemy w stronę portu stoczni remontowej. Płynąc z centrum Gorzowa - jakieś 200m za mostem Lubuskim po prawej burcie (na lewym brzegu rzeki) widać wejście do portu. Wpływamy, za życzliwym przyzwoleniem cumujemy i... koniec pierwszego etapu.

   Wieczorem przyjechał odwiedzić nas mój kolega Adrian, fan starych fiatów, jadę z nim do niego do domu, do Lipian. Rano jedziemy razem do Szczecina, tam wsiadam w pociąg i jadę do domu. Mój Polski Fiat 125p "Radiowóz" ma robić tym razem za "ślubowóz".



Noteć powyżej Drezdenka. Zbliżamy się do Krzyża. Po lewej - ujście Drawy do Noteci, idziemy oczywiście zgodnie ze znakiem. Krzyż, port Żeglugi Bydgoskiej, nieczynny :-( Zbliżamy się do pierwszej śluzy na Noteci - śluza nr 22 Krzyż. Noteć, most z linią kolejową Poznań - Szczecin...

   Od czwartku, 13 maja do poniedziałku, 17 maja 2010 mamy przerwę w rejsie. Piotr wyjeżdża do domu, biedny student, musi się czasem na zajęciach pokazać, sesja się zbliża. Tata zostaje na jachcie, spotyka się ze znajomymi, jedzie do nich do Międzyrzecza. Ja przyjeżdżam z Mamą, w niedzielę wieczorem. Pociągiem, wzbudzając zainteresowanie naszym bagażem - 3 wielkie i ciężkie torby. W jednej - farelek, nasz zbawca. Miło, jak w jachcie jest ciepło :-) Notatka z przewodnika: Postój od czwartku 13.05.10 do poniedziałku 17.05.10 w porcie stoczni remontowej (Gorzów, ul. Wał Nabrzeżny 39). Na miejscu toaleta, prąd, koszt postoju: 50 zł. Brak sklepu, daleko do stacji benzynowej. Pan Kierownik stoczni bardzo miły, pozytywnie nastawiony do turystów, cieszy się, że może pomóc, nie robi żadnych problemów z postojem. Nocą teren jest strzeżony przez stróża i cztery duże i groźne psy, zatem trzeba pamiętać, żeby nocą raczej nie schodzić z jachtu. Bezpiecznie, spokojnie i sympatycznie.



... i widok na Żyszkosia z tego mostu. Kasia. Wieleń. Noteć, między Czarnkowem a Wieleniem. Leje. W śluzie.

ETAP II

17 maja, poniedziałek:

   Wyspani, wreszcie nie zmarznięci, ruszamy w dalszą drogę około godziny 10.oo. Wcześniej śniadanie, krótkie spotkanie z Kierownikiem, dziękuję, do zobaczenia. Wychodzimy z portu, ster prawo i pod prąd... Teraz już prawie cały czas pod prąd, silniejszy, słabszy, ale pod prąd.

   Wieje dość silny, zachodni wiatr, zatem mamy szansę na to, żeby postawić foka. Za liniami wysokiego napięcia stawiamy maszt, rozwijamy foka i idzie! Ba, nawet bardzo nieźle idzie! Idziemy głównie na silniku, fok robi za dodatkowy napęd, ale momentami bardzo efektywny!

   W Santoku zaskoczenie. Coś płynie! Zaraz nam się przypomniało, że już w Skwierzynie nam mówili, że ma iść grupa statków (Flis Notecki?), właśnie w poniedziałek, ze Skwierzyny. Na początku kolumny - słynna "Kuna", wielka radość Ją zobaczyć. "Kuna" to chyba najstarszy lodołamacz na świecie, zbudowana w 1884 roku, z ciekawą historią, podniesiona z dna pod koniec lat 90-tych, odbudowana przez kpt. Jerzego Hopfera. Za Kuną - kilka motorówek, szkoda, że wszystkie pod niemieckim i holenderskimi banderami...

   Teraz istotna uwaga - od Gorzowa do końca rejsu nasza burta "nie zgadza się" z brzegiem rzeki. Płyniemy pod prąd, zatem to, co jest po naszej lewej burcie jest na prawym brzegu. Uwaga ta dotyczy głównie tych, którzy wybierają się na WPW i chcą skorzystać z moich podpowiedzi. Mam nadzieję, że komuś się przydadzą.

   225 km Noteci. Santok - na prawym brzegu przystań, widać, że dobrze zagospodarowana. Nie zatrzymujemy się. Mija dopiero południe, a my chcemy na Noteć. Zaraz za przystanią - most drogowy na drodze Skwierzyna - Gorzów. Na moście, od spodu mnóstwo jaskółczych gniazd :-) Świetne miejsce dla nich, bo nad rzeką lata całe mnóstwo owadów, dla jaskółek łatwe do zdobycia jedzenie, a żaden kot, kuna, czy szczur do gniazda przyczepionego do spodu mostu nie sięgnie.

   Zimno, ale z wiatrem, więc zaraz za mostem stawiamy maszt i dzielna Honda ma wielkiego, białego pomocnika. Płyniemy, względem wody całkiem szybko, ale względem dna już mniej. Na samym silniku około 5 km/h, a na silniku i na foku - 6-7 km/h.

   Mamy pierwszą drobną awarię, jak się później okazało ostatnią. Odkręciła się nakrętka na jednej ze śrub pantografu i śruba zaczęła się wysuwać. Na szczęście mam zwyczaj częstego spoglądania na silnik (kontrolka ciśnienia oleju, wylot wody z układu chłodzenia, kontrola tego, co na wierzchu), jak również słuchania warkotu. Zatrzymaliśmy się, cumując do jakiegoś krzaka. Szybka naprawa i można płynąć dalej.



Ogrzewanie na jachcie to niesamowity komfort. Zwłaszcza, jak jest zimno i wilgotno. Noteć w okolicach Czarnkowa... ... zimno i... bezwietrznie. Czarnków. Po prawej wejście do portu nieczynnej stoczni, w porcie powstaje marina.

   Oglądamy gniazda bocianów, zbudowane na ambonach myśliwskich. Na lewym brzegu wita nas stado koni. W tym drugim przypadku zastanawiam się kto był kim bardziej zainteresowany :-) Wszystkie łby, uszy na tych łbach były skierowane na to wielkie, białe, furkoczące coś :-)

   Dobrze po 18.00 dochodzimy do Drezdenka (188 km Noteci). Na lewym brzegu, przed mostem drogowym, jest miejsce do cumowania. Nie wyglądało zachęcająco, aczkolwiek kilka polerów rzuciło nam się w oczy.

   187 km - około 500 m za mostem drogowym, na prawym brzegu jest port Nadzoru Wodnego. Wchodzimy, ledwo zdążyliśmy zacumować, a już z budynku wyszedł mały tłumek. Kierownik Nadzoru, p. Jarosław Dworecki oczywiście pozwolił się zatrzymać, ucieszył się bardzo, że płyniemy. Uczynność i gościnność tego pana jest niezwykła - natychmiast uruchomił dla nas łazienkę, pokazał gdzie jest, włączył w niej ciepłą wodę i ogrzewanie, mówiąc, że to dla nas i, że mamy się niczym nie przejmować. Sam pan Jarek - narwany na wodę, na żeglugę. Z rozrzewnieniem wspomina czasy, kiedy Notecią jeszcze chodziły barki... Ale - co najważniejsze - próbuje wykorzystać miejsce w którym mieszka i organizuje spływy kajakowe - zaprasza na swoją stronę www.podrawie.pl Sam port - uroczy, bezpieczny i baaaardzo zadbany. Super!

   A Drezdenko - nie zwiedzaliśmy. Trochę szkoda, ale wieczorem nam się nie chciało (późno przypłynęliśmy), a rano postanowiliśmy płynąć dalej.

   Wieczorem tylko poszliśmy na obiadokolację - do "Gospody" (przez most, w stronę centrum miasta, będzie po lewej stronie, przed Orlenem). Obiad pyszny, sympatyczny właściciel "Gospody" pokazał nam przewodnik po Drezdenku. Sam jest składnica wiadomości o mieście, mimo że mieszka tu zaledwie od półtora roku - przeprowadził się z Gliwic.

A całkiem wieczorem nieoficjalne spotkanie z panem Jarkiem u nas w mesie :-)



Czarnków. A w śluzie nr 14 Romanowo... ... obudziliśmy pieska, po słomie w paszczy widać, że właśnie wylazł z budy. Romanowo - domek operatora śluzy... ... i sławojka.

18 maja, wtorek:

   Z Drezdenka wyszliśmy kilka minut po 10.00. Za dwa kilometry przechodzimy między dziwnymi, betonowymi konstrukcjami - podobno są to poniemieckie fragmenty zapory wodnej z II Wojny Światowej. Zaraz za zaporą - most kolejowy na nieczynnej linii (tej samej, na której fajny, kratownicowy most jest w Skwierzynie). Most ażurowy, kratownica, a jakże. Nie wiem, czy da się po nim przejść.

   UWAGA - od 181,7 km do 180,5 km, zaraz za mostem drogowym w Starych Bielicach, płyniemy blisko lewego brzegu rzeki. Prawy brzeg jest kamienisty, podobno leżą przy nim ogromne otoczaki, niebezpieczne dla jednostek pływających. Miejsce bardzo dobrze oznakowane odpowiednimi znakami nakazu (robota pana Jarka :-)), innym charakterystycznym elementem jest stroma i wysoka skarpa na prawym brzegu.

   177 km - ujście Drawy do Noteci. Tuż przed (a może za? Nie pamiętam dokładnie) ujściem Drawy stał przy prawym brzegu statek. Wyraźnie prywatny, taki trochę hausboot, napisy, wystające spod farby wskazują, że jest ściągnięty z Niemiec. Nazywa się Meteor. Obok statku - pomost i zadziwiająca tabliczka: "WC 5 zł, camping od osoby dzień 5 zł". Ciekawe...

   176 km - Krzyż, port Żeglugi Bydgoskiej, nieczynny. Służy za zimowisko barek, statków...

   176 km - śluza nr 22 Krzyż. Śluzowanie o 12.20, bardzo miło. Pani nas przywitała, powiedziała, że jesteśmy drugim statkiem turystycznym w tym roku. Śluzowanie szybkie, sprawne i miłe. Tutaj dostaliśmy informację skąd się wzięła wspaniała cena 6zł 24 groszy za jedno śluzowanie. Pani też nam powiedziała, że po naszym wyjściu zadzwoni na następną śluzę, że płyniemy. Efekt był taki, że na następnej śluzie wrota czekały na nas otwarte, a operator śluzy krzątał się po obejściu, czekając na nas. Sytuacja ta powtarzała się na wszystkich kolejnych śluzach. Super, bardzo wygodna dla nas sprawa! Brawo dla śluzowych, nie sądzę, żeby mieli taki odgórny nakaz. Poza tym uważam, że opowieści krążące w świecie wodniackim o nieuprzejmych operatorach śluz to bajki. Ze wszystkimi dogadywaliśmy się bardzo dobrze, z uśmiechem i życzliwością. Nikt nie robił kłopotu, że chcemy się śluzować po godzinach pracy, czy w święto. Warunek jest jeden - my sami musimy zachowywać się w ten sam sposób. Zawsze też, płacąc te nieszczęsne 6,24, czy dwu krotność tej kwoty (uzależnione jest to urzędowo, od pory i dnia śluzowania) staraliśmy się, aby została niewielka "górka" dla operatora :-) Nie widzę w tym nic złego, naprawdę. Ale, w tym co piszę, jest ziarno niepewności. Na wielu forach internetowych można wyczytać, że ze śluzowaniami bywa różnie...



W śluzie nr 12 Nowe bierzemy udział w realizacji filmu studentów łódzkiej filmówki. Ujście, ratusz. Ujście, kościół poewangelicki. Ujście, pomnik hutnika szkła. Ujście, przystań na Noteci przy remizie OSP.

   W Krzyżu - według przewodnika - wchodzimy na Noteć Bystrą. Nie wiem dlaczego w Krzyżu, ale wydaje mi się, że Noteć była dużo bardziej bystra na odcinku do Santoka do ujścia Drawy. Nawet w notatkach mamy zanotowane wielkimi literami Noteć dużo mniej bystra. Za to od ujścia Gwdy w Ujściu :-) jest już Noteć wybitnie leniwa.

   171 km - śluza nr 21 Drawsko. Jakości obsługi śluz już nie będę komentował, bo i po co? Fajnie jak zawsze :-) A, dość często spotykaliśmy się z komentarzem: "o, taki niebieski to tu jeszcze nie płynął" :-)

   170 km - most kolejowy na linii Krzyż - Poznań, duży ruch pociągów, i - uwaga - dość niski prześwit. Zaraz za mostem, na lewym brzegu, pomościk, a raczej stanowisko wędkarskie. Fizjologia zmusiła nas do krótkiego postoju przy nim. Wygodne miejsce, głęboko, podeszliśmy chyba na pełnym mieczu. Oczywiście musiałem zrobić sobie mini wycieczkę na most, dla obejrzenia mostu i zrobienia kilku zdjęć jachtu z góry.

   W wielu miejscach widać spustoszenia porobione przez bobry. W zasadzie ślady działalności tych zwierząt widać było już na Warcie, mało tego, podgryzione były również twarde dęby i sosny, których - według przyrodników - bobry nie lubią. Na Warcie jeszcze nie, ale na Noteci spustoszenia są już poważne. Wszystkie stopnie piętrzące (w relacji celowo pisze o przejściu śluzy, a nie stopnia piętrzącego, to pierwsze określenie wydaje się być prostszym i bardziej zrozumiałym) mają mniej więcej taką samą konstrukcję - Noteć podzielono na dwa kanały, jeden ze śluzą, drugi z jazem, a w środku powstała w ten sposób sztuczna wyspa. Kiedyś wszystkie wyspy były obsadzone topolami. Teraz topoli nie ma, wszystkie zostały zwalone właśnie przez bobry... Cóż, wrzaski (może raczej argumenty?) "ekologów" wrzaskami, czasem mają ociupinę racji, ale pamiętajmy, że oprócz zwalania drzew to robią one jeszcze spustoszenia w umocnieniach brzegowych... Wydaje się, że zaczynają być plagą i po prostu szkodnikami...

   162 km - śluza nr 20 Wieleń. Samo miasto - przechodzimy bez zatrzymania - wydaje się być bardzo ciekawe. Po I Wojnie Światowej, poprzez Traktat Wersalski miasto zostało przecięte na pół przez granicę biegnącą właśnie Notecią. Północny Wieleń należał do Rzeszy, a południowa część została przyznana Polsce. Budynki, które stoją po obu stronach mostu nie przypominają typowych poniemieckich domów mieszkalnych - prawdopodobnie były to urzędy przejścia granicznego.

   Mniej więcej o 16.00 zaczęło padać, kilkanaście minut później już równo lało. Mamę schowaliśmy do mesy, a sami zostaliśmy na posterunku :-)

   155 km - śluza nr 19 Wrzeszczyna.

   148 km - śluza nr 18 Rosko

   143 km - śluza nr 17 Mikołajewo. Przesympatyczny operator śluzy, pozwala nam na nocleg przy śluzie. Spotykamy się tu ze Sławkiem, kajakarzem, który postanowił pokonać WPW kajakiem, też na trasie Konin - Konin. Słyszeliśmy o nim wcześniej, wiedzieliśmy, że powinniśmy go dogonić. Stało się to tuż przed Mikołajewem. Stanęliśmy na noc obok siebie, operator wpuścił go na nocleg do jakiegoś budynku gospodarczego (rozstawianie namiotu w deszcz przyjemne raczej nie jest), a my zaprosiliśmy przemarzniętego człowieka na gorącą herbatę. Sławek do Drezdenka wiosłował razem z kolegą, jednak w Drezdenku kolega zaczął mieć kłopoty zdrowotne i musiał wyjechać do domu. Gratulujemy zacięcia w taaaaaaaaaaaaaaaaaakim wiosłowaniu!



Noteć powyżej Ujścia. Noteć płynie pradoliną Toruńsko - Eberswaldzką, widoki przed nami... ... z boków są nieziemskie. Poza tym wyszło słońce, zrobiło się ciepło i fajnie. Most drogowy (droga nr 190)  nad Notecią. Śluza nr 11 Krostkowo. Zgodnie z znakami idziemy górą, nad jazem.

19 maja, środa:

   Ranek jest bardzo zimny i wilgotny. Wiatru brak. Ruszyliśmy około 9 rano, masztu nie stawiamy, przez lenistwo głównie (przy zdjętym bomie postawienie, czy położenie masztu to naprawdę chwila, a w kokpicie robi się dużo wygodniej i głowa nie boli :-)). Zimno - przeglądając zdjęcia widzę, że ubrałem się jak na Syberię - zimowa czapka z windstoperem, koszulka, bluza polarowa, bluza z windstoperem, ciepłe spodnie, kompletny sztormiak na wierzchu. Cóż, ruchu na jachcie za wiele nie ma.

   136 km - śluza nr 16 Pianówka.

   Trasę rejsu - teraz - śledzę na googlemapach, pięknie na nich widać jak Noteć kiedyś meandrowała, przed uregulowaniem przez Niemców.

   132 km - Czarnków. Najpierw na lewym brzegu widać fabrykę płyt wiórowych i pilśniowych, potem, po tej samej stronie jest basen portowy Stoczni Remontowej Żeglugi Bydgoskiej. Wchodzimy. Basen pusty, na miejscu dowiadujemy się, że stocznia upadła jakiś czas temu. Ale też jest i dobre wiadomość - na jej miejscu powstaje marina, z pełnym zakresem usług. Trzymamy kciuki! Brakuje takich obiektów na szlaku. Problemem jest jeszcze utrzymanie odpowiednich poziomów wody na rzekach i kanałach... Jak jest suche lato to podobno jest dramat... Zresztą - mała dygresja. Stojąc kiedyś w Kozinie, na Mazurach, poznałem ludzi, którzy kupili dość dużą motorówkę w Holandii i postanowili przypłynąć nią na Mazury. Rejs skończyli na Noteci - mimo tego, że motorówka miała około 110 cm zanurzenia nie byli w stanie pokonać rzeki... Rejs skończył się dźwigiem i wynajętą ciężarówką...

   Zaraz za bramą byłej stoczni jest stacja benzynowa - do przejścia jest w sumie około 150 m. Chyba jest to stacja położona najbliżej wody na całej WPW.

   I jeszcze jedna, ważna informacja - na ulicy Zamkowej (z bramy stoczni w prawo, potem jeszcze raz w prawo i w lewo) jest piekarnia, z fenomenalnymi pączkami!

   Kilkaset metrów w górę rzeki, za mostem drogowym, według przewodnika, jest nabrzeże przy dawnych łazienkach miejskich. W połowie maja było zupełnie pusto.

   128 km - śluza nr 15 Lipica.

   122 km - śluza nr 14 Romanowo. Bardzo klimatyczne miejsce, w oczy natychmiast rzuca się toaleta z 1941 roku :-) Śluzowania dogląda mały piesek, prawie jamnik, z zacięciem polujący na muchy. Od operatora dowiadujemy się, że opłatę należy uiścić na następnej śluzie nr 13, mało tego, tam płaci się za śluzy 14, 13, 12. Od razu narzuca się pytanie - dlaczego na pierwszej śluzie nie można zapłacić za wszystkie śluzy na szlaku? Tak jak na pochylniach na kanale Elbląskim - na pierwszej płacimy za wszystkie 5 pochylni i z głowy. Wystarczy potem mieć pokwitowanie, okazywać ja na każdej następnej śluzie i mieć z głowy odliczanie 6,24zł. A jak ktoś chce płynąć na krótszym odcinku to może zapłacić za odpowiednią liczbę śluzowań. I po krzyku.



Zielony domek operatora śluzy Krostkowo, wyraźnie widać, że jest przechylony na jedną stronę. Śluza nr 9 Nakło Zachód. Tak podobno wygląda Noteć Leniwa i każde podejście do śluzy w sierpniu... Nakło, gościnna Przystań Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej. Nakło, zachód słońca. Kanał Bydgoski, do najbliższego zakrętu jest 8 kilometrów prostej ...

   117 km - śluza nr 13 Walkowice.

   111 km - śluza nr 12 Nowe. Tu mała atrakcja - na śluzie czeka na nas dwóch studentów łódzkiej "Filmówki". Nie spodziewali się nas, ucieszyli się bardzo i postanowili wykorzystać do kręcenia filmu. Najpierw wejście, śluzowanie i wyjście ze śluzy, potem powrót do śluzy i wychodziliśmy jeszcze raz, z kamerzystą na dziobie. Liczę na to, że dostanę kiedyś jakiś link do tego filmu.

   Osobnym tematem, godnym co najmniej monografii, są stanowiska wędkarskie mijane podczas rejsu. Pomysłowość wędkarzy jest nieograniczona, począwszy od prostych stołków zbitych z desek, przez fotele samochodowe po wieloosobowe kanapy pod dachami :-)

   106 km - Ujście. Najpierw most kolejowy linii towarowej Piła - Mirosław, zaraz za mostem na lewym brzegu nabrzeże załadunkowe Huty Szkła w Ujściu, potem na prawym brzegu basen portowy (jak zwykle, niestety, zamulony i nieczynny). Znów patrzymy na prawy brzeg i widać ujście Gwdy. Przy ujściu Gwdy zaczyna się Noteć Bystra, a kończy Noteć Leniwa, (dla nas, jako że idziemy pod prąd, odwrotnie pierwsza się kończy, a zaczyna druga).

   Ciągle zerkam na maps.google.pl, na zdjęcia satelitarne. Oglądam Ujście i... chwilę trwało zanim się odnalazłem. Znaczy nie mogłem znaleźć Noteci, wydawało mi się, że znalazłem, ale nie zgadzało mi się to, co było widać dalej. Otóż zdjęcia satelitarne (bardzo dobre zresztą) musiały być zrobione latem. Noteć Leniwa przypomina zieloną zupę... Szczerze mówiąc do tej pory opowieści o całkowitym zarośnięciu rzeki przez "zielsko" uważałem za nieco przesadzone. Teraz widać, że zielona zupa mogłaby zatykać układ chłodzenia niewielkiego silnika zaburtowego... A wystarczyłoby tylko trochę ruchu wodnego na szlaku ...

   A samo Ujście - zaraz przypomina się potop szwedzki, to tędy wlał się na teren Rzeczypospolitej... Zatrzymaliśmy się przy niewielkim pomoście przed mostem drogowym, przy remizie OSP, na lewym brzegu rzeki. Strażacy - ochotnicy bardzo gościnni (dziękujemy!), w ferworze przygotowań do wyjazdu gdzieś na południe Polski, do walki z powodzią, pozwolili nam podłączyć się do prądu i wejść pod prysznic. I oczywiście nabrać wody.

   Z notatek: Miejsce średnio spokojne, teren za remizą jest usiany kapslami od piwa. Miejscowi przychodzą tu raczyć się trunkami i bardzo interesują się jachtem. Od strażaków dowiadujemy się, że w weekendy jest gorzej, dość często w to miejsce przyjeżdża Policja. Decyzja - jutro spróbujemy dojść do Nakła.

   Wieczorem krótki spacer po Ujściu, oglądamy szachulcowy dawny kościół ewangelicki, pomnik pracownika ujskiej Huty Szkła, szachulcową pastorówkę stojącą za kościołem. Warte obejrzenia są też eklektyczny ratusz i neobarokowy kościół.

   Obowiązkowe zdjęcia "Żyszkosia" z mostu drogowego. A pod mostem odkryłem stare polery.



... i również 8 kilometrów prostej jest za nami. Most z DK 10, obwodnicą Bydgoszczy, kolejny który po wielokroć pokonywałem samochodem. Jesteśmy tuż za śluzą nr 5 Prądy, w drodze do Bydgoszczy. Śluza nr 5 Prądy za nami, widziana z dolnej wody. Po drodze do Bydgoszczy spotkaliśmy roboty bagrownicze. Po kilku minutach panowie odcholowali Bygdoszcz, marina przy Ośrodku Sportowym

20 maja, czwartek:

   Cumy oddaliśmy wcześnie, bo już o 08.10. Za Ujściem wchodzimy w pradolinę Toruńsko - Eberswaldzką. Noteć leniwie wije się między podmokłymi łąkami, po kilku kilometrach pięknie widać, że pradolina ma ponad 10 km szerokości. Zastanawiamy się, czy później, gdy porosną już trzciny, widoki są równie fenomenalne. Po półtorej godziny wychodzi słońce i zaczyna się piękny, ciepły, wiosenny dzień. Po 11.oo zarządzamy kawę. Maszt oczywiście postawiony, jest odrobina wiatru. Stawiamy foka, wyłączamy silnik i przez kilkadziesiąt minut napawamy się ciszą, śpiewem ptaków, wiosenną sielanką :-) Wiatru mało, o ile udaje nam się płynąc względem wody, to względem brzegu przesuwamy się ledwo - ledwo, momentami zatrzymując się...

   84 km - budynek wędkarski, na nim napis POMOC i nr telefonów: 787 596 945, drugi: 512 387 499, trzeci 67 287 31 79

   Przygotowując się do pokonania tego odcinka Noteci musimy pamiętać, że najbliższe osady położone są daleko od rzeki, a od Ujścia do Nakła jest ponad 60 km, zatem należy mieć odpowiedni zapas paliwa.

   68 km - śluza nr 11 Krostkowo. Konstrukcja tej śluzy jest o tyle ciekawa, że jest to konstrukcja ziemna, tylko jej głowy są betonowe. Różnica poziomów - mała, około 40cm. Do tej śluzy doszliśmy kilkanaście minut po 13.oo. Stan wody był na tyle wysoki, że znaki nakazywały przejście nie przez śluzę, a przez jaz! A dokładnie nad jazem! Bardzo nieufnie podszedłem do takiego oznakowania, ale cóż, znaki każą, sternik musi. Na niewielkiej prędkości zbliżyliśmy się do jazu (praktycznie cały był pod wodą), podnieśliśmy pół miecza i przeszliśmy górą bez najmniejszego kłopotu.

   Oglądamy zielony dom operatora śluzy, zdecydowanie przechylony na jedną stronę - cóż podmokły teren, fundamenty przez lata na pewno siadły.

   Korzystamy ze słońca i ciepła, suszymy materace (ten prawy z mesy jest od spodu ciągle wilgotny. Dlaczego???!!!), wietrzymy śpiwory.



Zabytkowa śluza na starym, nieczynnym kanale. Przechodzący przez rzekę. Zwiedzanie Bydgoszczy, Piotr robił za przewodnika. Bydgoszcz leży... ... nad Brdą.

   53 km - śluza nr 10 Gromadno. Tutaj zawitaliśmy o godzinie 15.05. Śluzowanie jak zwykle miłe, ciekawostką są górne wrota śluzy - do tej pory wrota na wszystkich śluzach były typowe, dwuskrzydłowe, otwierające się w tradycyjny sposób. Tym razem górne wrota kładą się na dnie (identyczna sytuacja jest na kilku następnych śluzach).

   42 km - śluza nr 9 Nakło Zachód. Coraz częściej - nie pamiętam od której śluzy pojawia się zielsko w śluzie. Każde śluzowanie kończy się koniecznością oczyszczenia śruby, sprawdzenia drożności układu chłodzenia. A wystarczyłoby tylko otworzyć dolne wrota i na kilka minut puścić wodę... Wszystko by spłynęło. W tej śluzie oglądamy czarnego szczura wodnego - pływał na kawałku styropianu, nie zwracając na nas uwagi.

   Zbliżamy się do Nakła, szukając jakiejś przystani. Na prawym brzegu resztki portu, potem przechodzimy pod kolejną kratownicą mostu kolejowego (linia Chojnice - Nakło - Gniezno). Dalej most drogowy (Nakło - Wągrowiec).

   39 km - na lewym brzegu przystań wodna Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej. Flagowego statku - "Władysława Łokietka" nie ma, poszedł do Berlina. Stoją natomiast inne jednostki - koszarka "Barbara", wielki pchacz, którego nazwa wyleciała mi z głowy i kilka innych jednostek. Planując podejście do burty "Barbary" natychmiast wbiegli na nią uczniowie, wywiesili odbijacze, pomogli w cumowaniu. Miło! Dzięki! :-) Od szefa przystani dostajemy zgodę na postój i nocleg. Jednocześnie wymieniamy olej w silniku, zarówno w samym silniku, jak i w spodzinie. Dobre miejsce, bo mamy co zrobić z przepracowanym olejem - w warsztacie (a przystań ta to również warsztaty szkolne) taki zawsze się do czegoś przyda. Cisza, spokój. No, prawie spokój, bo do późnego popołudnia i od rana przerywany "młotkowaniem" - to dziewczęta, uczennice Szkoły usuwają stare warstwy farby z jakiejś motorówki.

   Wieczorem - spacer po Nakle.

   Od pracowników Szkoły dowiedzieliśmy się, że po drugiej stronie Noteci ma być budowana nowa, duża przystań. Super, jak zwykle trzymamy kciuki.



Szczupak, złowiony po wypłynięciu z Bydgoszczy, w śluzie Prądy. Własnie weszliśmy na Kanał Górnonotecki. W tle widać połączenie tego Kanału z Bydgoskim. Żyszkoś w śluzie nr 7 Łochowo na Kanale Górnonoteckim. Śluza nr 7 Łochowo. Kanał Górnonotecki w okolicach Łochowa w słońcu...

21 maja, piątek:

   Rano podziękowaliśmy kierownictwu za postój i po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.

   39 km - w prawo, czyli na południe odchodzi Stara Noteć Rynarzewska, nieżeglowna, ale nadająca się do spływów kajakowych.

   38 km - śluza nr 8 Nakło Wschód. Od tej śluzy oficjalnie zaczyna się Kanał Bydgoski.

   37 km - śluza nr 7 Józefinki. Ostatnia śluza przed Bydgoszczą, którą "jechaliśmy" do góry, do tej pory wszystkie śluzy na Noteci były "do góry".

   Teraz przed nami dłuuuuuuuga prosta. Prawie 15km. Miejscami kanał przebiega w nasypie, zatem poziom wody jest powyżej poziomu gruntu poza kanałem. Taka lokalna depresja.

   23 km - skrzyżowanie dróg wodnych, na lewym brzegu. Ujście Kanału Górnonoteckiego do Kanału Bydgoskiego. Gdybyśmy mieli iść dokładnie szlakiem WPW powinniśmy skręcić z prawo, jednak chcemy odwiedzić Bydgoszcz, spotkać się z Piotrem.

   21 km - śluza nr 6 Osowa Góra. Wcześniej ktoś nas nastraszył, że operatorzy śluz na kanałach Bydgoskim i Górnonoteckim pilnie przestrzegają dni świątecznych i nie chcą nikogo za żadne skarby prześluzować. Zaniepokoiło to nas, ponieważ na sobotę i niedzielę planowaliśmy kilka śluzowań. Po wejściu do śluzy Osowa Góra pani operator od razu zapytała nas czy i kiedy chcemy wracać. Na naszą odpowiedź "jutro" poprosiła tylko, żebyśmy byli przed południem, bo potem musi gdzieś wyjechać. Poza tym zadzwoniła od razu do operatorów śluz na Kanale Górnonoteckim i zapytała czy nas będą mogli prześluzować. Żaden z nich nie widział problemu. Pełna życzliwość, oczywiście - jeszcze raz przypominam - o konieczności identycznego zachowania z naszej strony (któryś z operatorów, nie pamiętam który i na pewno sobie nie przypomnę, opowiedział nam historię o tym, jak w piątek wieczorem jakiś "wodniak" - celowy cudzysłów - zażądał śluzowania natychmiast, robiąc karczemną awanturę... Został przetrzymany do poniedziałku... I słusznie). Czyli kolejny raz obalamy mit, że operatorzy urządzeń wodnych, spotykani na WPW, czy w innych miejscach bywają niemili.

   Zaraz za śluzą most drogowy - górą idzie DK 10, obwodnica Bydgoszczy, którą po wielokroć zdarzało mi się przejeżdżać, patrząc na Noteć i myśląc - wiadomo już co - "czy może kiedyś...". Znowu radość z tego, że się udało !

   Między śluzami - roboty bagrownicze, o których wcześniej ostrzegał mnie pracownik RZGW Poznań, pan Józef Gulczyński. Z założenia nie ufam zbytnio internetowi, więc przed wyjazdem z domu po prostu zadzwoniłem do RZGW w Poznaniu z krótkim pytaniem - czy cały szlak jest żeglowny, czy któraś ze śluz nie jest w remoncie, itd., tłumacząc się jednocześnie brakiem zaufania do wiadomości z sieci, nieaktualnymi stronami, itp. Pan Józef powiedział, że spokojnie możemy płynąć, nie ma się czego bać (poza, właśnie, robotami bagrowniczymi na Kanale Bydgoskim) i polecił codziennie śledzić stronę internetową RZGW Poznań.



... i kawałek za Łochowem w deszczu. Krótki postój przy brzegu kanału, widać, że poziom wody w kanale jest powyżej łąk połozonych tuż obok kanału. Śluza nr 6 Dębinek Północ. Kanał Górnonotecki, zbliżamy się do śluzy nr 4 Frydrychowo. Wchodzimy do śluzy nr 4 Frydrychowo.

   Wracając do pogłębiarek. Wychodząc ze śluzy zobaczyliśmy "barykadę" z czegoś w poprzek kanału. Okazało się, że jest to pływający rurociąg, będący częścią tego wszystkiego co jest związane z bagrowaniem. Pracownicy tych urządzeń natychmiast przerwali pracę, odciągnęli pływaki, zluzowali odpowiednie liny, tak, że mogliśmy spokojnie przejść dalej. Dziękujemy !

   20 km - śluza nr 5 Prądy. Równie sympatycznie, potwierdzamy zamiar powrotu następnego dnia, oczywiście nikt nie robi z tego powody problemów :-) Różnica poziomów - 4 metry. Dużo, robi to wrażenie zwłaszcza, jak jest się na niskiej wodzie. Woda poniżej śluzy przypomina błoto, ale to efekt prac, o których było wyżej. Powoli zaczyna się Bydgoszcz, na obu brzegach są osiedla domów jednorodzinnych.

   16 km - tuz przed śluzą nr 4 Czyżkówko jest nowa marina "Gwiazda". Bardzo łatwo rozpoznać to miejsce, po prostu 100 m przed śluzą, na lewym brzegu kanału widać rząd czerwonych boi. Zacumowaliśmy tamże. Po krótkim czasie pojawił się Kierownik tegoż portu, zaintrygowany masztem, który nagle pojawił się w jego porcie. Powiedział nam, że nie wytrzymał, musiał przyjść i toto zobaczyć; zazwyczaj ogląda motorówki. Oczywiście pełna kultura, życzliwość... A opłata portowa - za te wszystkie atrakcje śmiesznie niska.

   Marina, otwarta w maju 2009 roku jest rewelacyjna. Po pierwsze zaproponowano nam, abyśmy wpłynęli kawałek w Stary Kanał. Na nim są takie małe pomosty, dla 3-4 jachtów, ogrodzone, z furtką, do której od razu dostaliśmy klucz. Doskonały pomysł. Poza tym do dyspozycji mieliśmy pawilon, w którym jest pełne zaplecze sanitarne, regularna kuchnia w której można przygotować sobie posiłki. Na pomoście skrzynka z dostępem do elektryczności. Mało tego - Marina jest zarządzana przez Ośrodek Sportowy "Gwiazda" - gdyby nam się zachciało pograć w piłkę, to "proszę uprzejmie, boiska, wszystkie, są dla Was". I niby drobiazg - monitoring.

   A później przyjechał Piotr i zabrał nas na wycieczkę po Bydgoszczy. Odwaliliśmy wielki spacer po starym mieście, obejrzeliśmy dokładnie słynną bydgoską rzeźbę "Przechodzący przez rzekę" (super!). Piotr - rodowity i zawzięty torunianin - pokazał nam Bydgoszcz z dobrej strony. Koniecznie trzeba tu przyjechać jeszcze raz i obejrzeć wszystko na spokojnie. I cieszy to, że Bydgoszcz stara się wykorzystać swoje położenie nad Brdą. Rajców miejskich z Poznania gorąco tu zapraszam. Niech zobaczą, że można i da się! W Bydgoszczy poza wieloma ciekawymi zabytkami, widać mnóstwo takich drobnych perełek (które ja bardzo lubię i cenię). A to murale, a to rzeźba z głowami koło kościoła, a to rower (a może w jakimś sensie jego pomnik?). Rozbawiła mnie do łez mała flaszeczka po wódce, tak zwana "unijna ćwiartka" czyli 200 ml, stojąca na parapeciku budynku samorządu studenckiego :-) Potem obiad, rewelacyjne lody na parterze Galerii Drukarnia i powrót na jacht. Zmęczeni, szybko padliśmy spać.



Na brzegach śłuzy nr 3 Antoniewo... ... siedzą takie sympatyczne postacie. Zaraz za śluzą nr 3 Antoniewo kończy się (dla nas) Kanał Górnonotecki. Wchodzimy na Noteć Górną. Na zdjęciu - koniec kanału z lewej, Noteć z prawej. Noteckie widoki... ... są całkiem całkiem, prawda?

ETAP III

22 maja, sobota:

   Wypłynęliśmy tradycyjnie przed dziesiątą. Do Kanału Górnonoteckiego mamy 8,5 km i dwie śluzy.

   Śluzowanie na pierwszej dzisiaj, czyli nr 5 Prądy, sprawnie i miło, zgodnie z wczorajszą umową. Na śluzie 6 Osowa Góra atrakcja, duża, pływająca atrakcja! "Wjechaliśmy" do góry, operator otworzył wrota i narobił wrzasku - "patrz jaki szczupak chodzi!" O żesz ty! Szybko złapałem podbierak, i zaczęło się polowanie. Szczupak był jakiś podejrzany, bo zbyt szybko nie pływał. Chwila polowania, podprowadzenia jachtu i trach! Mam go! Wyciągnąłem rybę, podeszliśmy do brzegu, oglądamy... Szczupak był osłabiony, z dużą raną na łbie - albo atakowała go wydra, albo dostał się w śrubę jakiejś jednostki. Prawdopodobnie nie mógł polować, widać było, że łeb miał nieproporcjonalnie duży do całej reszty - chudy, chyba po prostu głodował i był mocno osłabiony. Ale metr długości miał. Robimy obowiązkowe zdjęcia i wprawiamy w osłupienie operatora śluzy. Dostał od nas tego szczupola - po pierwsze to on go wypatrzył, po drugie to jego śluza, po trzecie już widzę skrobanie, patroszenie i smażenie na jachcie. O nie! Zaraz zresztą pojawiła się żona operatora i zabrała rybkę w celu dalszej obróbki... A żeby było ciekawiej to na brzegu kanału, zaraz za śluzą rozgrywały się zawody wędkarskie. Panowie chyba nie byli zbytnio zadowoleni z naszej zdobyczy.

   Wyszliśmy ze śluzy, zadowoleni, a tu Honda brrrrrrrrrrrrrrrr i zgasła... Chyba zemsta szczupaka, albo spełniły się życzenia wędkarzy, czy co? Nie chciała zapalić, padło kilka magicznych słów i w końcu zagadała. Popłynęliśmy dalej.

   23 km Kanału Bydgoskiego - skrzyżowanie dróg wodnych, w lewo odchodzi Kanał Górnonotecki. Skręcamy. Godzina 11.15

   Szlak żeglowny jest oznakowany z południa na północ, czyli od Warty do Kanału Bydgoskiego. My idziemy w przeciwnym kierunku, zatem znowu to, co jest po naszej prawej burcie jest na lewym brzegu kanału. I tej zasady będę się trzymał, jak do tej pory.

   146,6 km - wchodzimy w Kanał Górnonotecki, który jest zdecydowanie węższy niż Bydgoski, szerokość szlaku według przewodnika wynosi 15-20 m (miejscami jest zdecydowanie mniej), głębokość 0,8-1,2 m. Na Kanale znajduje się 6 śluz.

   145,3 km - śluza nr 8 Lisiogon. Śluza zdecydowanie mniejsza od dotychczasowych (wymiary znajdziemy na stronach RZGW Poznań). Wystarczy, jak napiszę, że mają zaledwie 5m szerokości. Różnica poziomów na tej śluzie - spora, ponad 3m. Oczywiście miło i życzliwie.

   144,9 km - niecałe 400 m od poprzedniej - śluza nr 7 Łochowo. Spad też ponad 3m. Na obu "jedziemy" do góry. Pomiędzy śluzami Nadzór Wodny. Sympatyczny Pan Kierownik, jest również operatorem śluzy Łochowo.

   Istotne jest to, że operatorzy śluz na tym kanale mają wolne w weekendy (dopiero od 01 czerwca śluzy te pracują 7 dni w tygodniu). Pamiętajmy, że śluzujemy się tylko dzięki ich dobrej woli i chęci do pomocy.



Ale, żeby nie było nam za łatwo to na naszej drodze pojawił się szlaban,... ...który udało się pokonać korzystając z kształtu dna Morsa RT, oraz pagaja... ... i bosaka. A, i dwóch fizycznych. Wejście do śluzy nr 2 Łabiszyn. W Łabiszynie śluzowania doglądał kot (teraz zdąża sprawdzić, czy dolne wrota zamykają się prawidłowo)

   Za śluzą przyszła burza. Jedna z wielu, które było widać na niebie, zgodnie z powiedzeniem "z dużej chmury mały deszcz" trochę popadało. Na lewym brzegu - miejscowość Łochowo. Wpływamy w las.

   140 km - na lewym brzegu fajowa polana na biwak. I zaskakujący widok - porozbijane indiańskie tipi :-)

   Teraz długo, długo nic. Trzy mosty (pierwszy kolejowy), lokalne niby-plaże, małe pomosty, jedne w lepszym, drugie w gorszym stanie. Przed kolejowym - przyczółki nieistniejącego mostu.

   Poziom wody w kanale jest wyżej niż łąki poza - kanał jest poprowadzony w nasypie. Wrażenie fajne, a jeszcze fajniej było, jak się zatrzymaliśmy na chwilę i zeszliśmy na łąkę - jacht był zdecydowanie ponad nami. Nieczęsty widok.

   130,7 km - śluza nr 6 Dębinek Północny. Operator tej śluzy ma pod opieką dwie śluzy - oprócz tej jeszcze zajmuje się śluzą nr 4 Dębinek Południowy. Odległość między śluzami to zaledwie 600 m, zatem ma w miarę łatwo :-) Obsługa superowa, dzieci zabrały się za kręcenie korbami, pies doglądał, czy aby na pewno wszystko dobrze robimy. Jak wychodziliśmy z pierwszej, to chłopaki wskoczyli na skuter i pogonili na następną śluzę.

   Między śluzami, na 130,5 km Kanał krzyżuje się z Notecią. Z lewego brzegu (prawej strony dla nas) odchodzi od kanału Stara Noteć Rynarzewska (ta, która odeszła w Nakle, tuż przed śluzą Nakło Wschód) w prawo zaś odchodzi Noteć. Trzeba bardzo uważać na dość silny prąd znoszący do koryta Noteci, które jest zablokowane starymi palami.

   130,1 km - śluza nr 5 Dębinek Południowy.

   125 km - śluza nr 4 Frydrychowo. Podnosimy się ponad 3 metry. Operator - bardzo towarzyski, pogadaliśmy sobie o tym i o tamtym, żałuje, że już praktycznie skończył się ruch towarowy...

   121 km - śluza nr 3 Antoniewo. Do góry po półtora metra. Piękna pogoda. Na nabrzeżu ciekawa figurka wędkarza, w skali 1:1, zrobiona z wikliny. Za nim miniaturka latarni morskiej, dalej, wygrzewający się plastikowy, czerwony facet... Osiołek z wikliny :-) Fajny ktoś ma pomysły i dryg w rękach.



Jezioro Wolickie (Pturek) pokonaliśmy korzystając tylko z foka. Jezioro Wolickie. Z jeziora Wolickiego wchodzimy ponownie na Noteć,ostatnie chwile pod żaglem. Kasia. A na zakolu, które widac przed nami, zatrzymamy się na nocleg. Poranek na Noteci, tuż powyżej Barcina.

   121,6 km - wchodzimy na Noteć, kończy się Kanał Górnonotecki. Znowu płyniemy pod prąd rzeki, ale ten jest na tyle słaby, że zbytnio to nie przeszkadza.

   Zaraz za - około 1 km - mostem drogowym na drodze nr 254 czeka nas największa niespodzianka na WPW. Wypływamy zza zakrętu a tam... szlaban. W poprzek rzeki leży drzewo. Sięga od brzegu do brzegu. Podcięte przez bobry i złamane przez wiatr. Krótko się namyśliliśmy co robić. Drzewo upadło z lewego brzegu, korona drzewa zatem była przy prawym. Widać było miejsce, w którym było mniej gałęzi, postanowiliśmy przecisnąć się tamtędy. Podeszliśmy do drzewa. Silnik wyłączony, podniesiony do góry. Miecz góra, płetwa sterowa góra. Wykorzystując niewielkie zanurzenie i kształt dna "Żyszkosia", przeciągnęliśmy się, za pomocą pagaja, bosaka i gałęzi nad drzewem. Bosakiem złapałem jakiś krzak dalej, pociągnąłem i udało się! Ale gdybyśmy szli jakimś jachtem, motorówką, barką o większym zanurzeniu to zdecydowanie byłby kłopot, i to duży.

   Wpływamy do Łabiszyna. Przechodzimy pod dwoma mostami - uwaga - mały prześwit!

   117 km - rzeka skręca w prawo, na wprost jest ujście kanału jazowego. Płyniemy zgodnie ze wskazaniem znaków.

   116 km - śluza nr 2 Łabiszyn. Przy śluzie siedziba Nadzoru Wodnego. Operatorowi, i zapewne kierownikowi Nadzoru, meldujemy o zwalonym drzewie, że udało nam się przejść, ale jednostka o większym zanurzeniu nie przejdzie. Pan krótko powiedział - "e, to w poniedziałek popłynę" Zostawiam to bez komentarza. Samo śluzowanie OK, ale jakiś niesmak pozostał...

   Za śluzą Noteć łączy się z powrotem z kanałem jazowym.

   105 km - około 400 m za mostem drogowym (droga 251 Barcin - Żnin) wchodzimy na jezioro Wolickie (Pturek). Wiatr mamy korzystny (choć słaby), zatem wyłączamy silnik, stawiamy maszt, zaraz foka i rozkoszujemy się ciszą. Płyniemy wzdłuż wschodniego brzegu (jakieś 150-200 m od niego), szukając wejścia na Noteć.

   Na południowym brzegu (mniej więcej na wprost wejścia na jezioro, z lekkim odchyleniem z prawo) widać most kolejowy. Za nim zaczyna się - nie odwiedzona przez nas - droga wodna Folusza (trzy jeziora - Kierzkowskie, Ostrowieckie i Foluskie, połączone rzeczką albo kanałem). Później, dowiedzieliśmy się, że jest tam po pierwsze bardzo ładnie, a po drugie działają tam trzy ośrodki wypoczynkowe, wszystkie z infrastrukturą. Aha - łodzią o małym zanurzeniu spokojnie da się tam dopłynąć. Mam nadzieję to kiedyś sprawdzić.



W drodze do Kruszwicy, w tle widać Barcin. Resztki nabrzeża w miejscowości Wojdal. Port YKP Inowrocław w Łącku koło Pakości, nad jeziorem Mielno. YKP Inowrocław, jezioro Mielno. Noteć między jeziorem Mielno a Pakością.

   Wróćmy jednak na jezioro Wolickie. Płyniemy wzdłuż wschodniego brzegu, szukamy wejścia na Noteć. Znaku żadnego nie ma, ale po prostu po pewnym czasie wejście się otworzyło. Wiatru marne resztki, próbujemy na żaglu, ale nie da się - stoimy względem brzegu, prąd za silny. Uwielbiam za to Morsy, odrobina wiatru wystarczy aby żeglowały.

   99 km - Barcin. W międzyczasie kładziemy maszt, z przewodnika wynika, że w Barcinie jest Stanica Klubu Żeglarskiego Neptun. Stanica jest, i owszem, ale zamknięta. Może dlatego, że to był zupełny początek sezonu? Zatrzymujemy się przy stalowej kładce dla pieszych. Z notatek: W Barcinie strach przed noclegiem. Na rynku jakaś impreza, dobiegają nas odgłosy dyskoteki. Pojawił się miejscowy żeglarz. Fajna, miła rozmowa, ale zdecydowanie odradził Barcin jako miejsce na nocleg "ja tu nawet swojego jachtu nie trzymam". Cóż, po takiej deklaracji popłynęliśmy dalej, szukając miejsca na postój, pora była już późna - około 19.00.

   Zatrzymaliśmy się kawałek za Barcinem, w trzcinach, cumując do resztek spróchniałego stanowiska wędkarskiego, licząc, że nikt nie będzie chciał na nie nocą wejść.



Awanport śluzy Pakość. Duże ilości Śluza nr 1 Pakość. Zaraz za śluzą nr 1 Pakość napotkamy na szlaku na resztki mostu. Wąsko i niesympatycznie. Inowrocław - Mątwy, fabryka chemiczna. Inowrocław. W tle most drogowy i zaraz za nim jest bardzo niski most kolejowy. Niebiezpieczne miejsce!

23 maja, niedziela:

   Ruszamy z rana. Cel - Kruszwica. Tam jest co zwiedzać, więc dalej nie pójdziemy na pewno. Zaczyna rysować się szansa, że jutro uda nam się wrócić do domu. Po kilkunastu minutach - zaskoczenie - coś płynie! A, rybacy, pomachaliśmy sobie, a jakże :-)

   96 km - wchodzimy na jezioro Sadłogoszcz. Jezioro długie na 3 km, wąskie. Wiatru prawie nie ma, masztu nie stawiamy. Noteć wije się między łąkami, lasami. Ładnie tu!

   90 km - wieś Wojdal, most drogowy. Za mostem resztki umocnionego nabrzeża.

   89 km - wchodzimy na jezioro Mielno. Piękny akwen, jest wiatr! Stawiamy masz, rozwijamy foka, wyłączamy silnik i zapada cisza :-) Wspaniałe momenty prawdziwej żeglugi. Wiatr nie jest zbyt korzystny, płyniemy bajdewindami, na szczęście "Żyszkoś" dobrze współpracuje z dużym fokiem, więc zasuwamy do przodu. Za drugim, wąskim przesmykiem skręcamy na NE i płyniemy do przystani Yacht Klubu Polski Inowrocław w Łącku koło Pakości. Dobry pomost w kształcie litery L, z wygodnym podejściem. Podchodzimy na żaglu. W porcie - miło, chwila pogawędki z komandorem, bosmanem. Od nich dostajemy telefon do operatora śluzy Pakość. Mamy świadomość, że to niedziela, ale operator obiecuje prześluzować nas bez żadnego kłopotu, prosił tylko, żeby jak najszybciej przypłynąć. Odpalamy zatem silnik, standardowe 2/3 naprzód (najlepsze obroty dla Hondy) i około 13.oo meldujemy się przed śluzą.

   81 km - śluza nr 1 Pakość. Tuż przed śluzą jest ujście Noteci Zachodniej, którą można popłynąć na jezioro Pakoskie. Z tej rzeki płynie całe mnóstwo zielska, efektem jest potężny, gruby kożuch z zieleniny przed śluzą. Wydaje się nie do przejścia. Operator zaczął przepuszczać wodę przez śluzę, aby ten kożuch ruszyć. Zielsko drgnęło, zaczęła się przemieszczać, a my powoli, pod lewym brzegiem (prawym dla nas), na pagajach, z podniesionym mieczem, sterem, silnikiem celujemy w śluzę. Śluzowanie, poza zielskiem, miłe i sprawne.

   80 km - niebezpieczeństwo - na środku drogi wodnej sterczą pionowe bale, pozostałości dawnego mostu. Pod dość silny prąd przechodzimy trzymając się lewego brzegu Noteci.

   Sama Noteć robi się coraz węższa, wydaje się, że niedługo tylko kaczki będą mogły po niej pływać. Musi ruszyć ruch turystyczny! Inaczej wszystko zarośnie :-( Jest już druga połowa maja, widać, że trzciny pozostawią niewiele miejsca...

   Przechodzimy pod mostami. Trzema drogowymi (ostatni drewniany) i kolejowym. Kolejowy - 74km - jest wąski, ze ściany wystają sztorcem poziome szyny! Uważajmy, można nieźle rozorać sobie burtę. Zapewne na nich wisiało kiedyś jakieś umocnienie.

   Za mostem oglądamy pływającą sarnę, dokładnie kozła. Było to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, a obaj liznęliśmy co nieco łowiectwa. Zaskoczeni, na szybko robimy zdjęcia, nieostre, ale trochę widać.



Most kolejowy wojskowy, widok z rufy. Pani Kasia :-) Kruszwica, most z - kiedyś - kolejką wąskotorową. Gopło, nadwodne garaże dla łódek wszelakich w Kruszwicy. Żyszkoś w przystani LOK

   Poza tym Noteć idzie w wykopie, z widokami słabo. Jednocześnie mamy świetny wiatr, silny, w plecy... Masztu nawet nie próbujemy stawiać, całe mnóstwo napowietrznych linii energetycznych.

   67 km - Mątwy, dzielnica Inowrocławia. Po lewej (na prawym brzegu) potężna fabryka.

   67,4 km - most drogowy (DK 15 i DK 25, Bydgoszcz - Konin). 100 m dalej most kolejowy. UWAGA - bardzo mały prześwit!!! Jest to most z najniższym prześwitem na całym szlaku WPW, zaledwie 2,8m nad wysoką woda żeglowną. Przeszliśmy prawie na styk, mając dosłownie kilka centymetrów zapasu. Wynikło to też po części z naszego gapiostwa, nauczyliśmy się, że mieścimy się pod każdym mostem. Zatem rada dla tych, którzy będą płynęli tędy większym jachtem - demontujemy bramę, bądź wytyk do kładzenia masztu.

   64 km - most kolejowy, wojskowy, prowadzi do pobliskiej jednostki wojskowej, o ile ta jeszcze działa. Kratownica, ciekawa o tyle, że nie jest nitowana czy spawana, a po prostu skręcona śrubami i nakrętkami.

   62 km - przepływamy przez jezioro Szarlej.

   59,5 km - wchodzimy na Gopło!!! - godzina 16.07. Jezioro położone południkowo. Wchodzimy na nie oczywiście od północy.

   57,8 km - przechodzimy pod betonowym mostem, po nim kiedyś jeździła wąskotorówka zwożąca buraki do pobliskiej cukrowni. Przed mostem, po naszej prawej - rząd bardzo kolorowych garaży, o tyle nietypowych, że z każdego wychodzi slip prowadzący do jeziora.

   Zaraz za mostem stał znak zakaz przejścia. Wcześniej, jeszcze na przystani YKP Inowrocław w Łącku ostrzegano nas, że zdarza się, że na Gople rozgrywane są regaty i jezioro jest zamknięte dla żeglugi. Cóż, nie mieliśmy za bardzo wyjścia, przemykamy pod brzegiem. Zaraz za mostem, na zachodnim brzegu jeziora jest przystań WOPR. Zapytaliśmy ratowników o co to chodzi z tym znakiem - powiedzieli, że już o nic, jeszcze nie zdjęty, że możemy płynąć, trzymając się w miarę blisko brzegu.

   Opłynęliśmy półwysep Rzępowski, na którym stoi słynna Mysia Wieża i zza półwyspu wyłoniła się przystań Klubu Żeglarskiego "Popiel". Podeszliśmy tam, stanęliśmy przy jakimś wolnym pomoście. Port bardzo ładnie zagospodarowany, z dalbami dla każdego jachtu. Na każdej dalbie światełko z baterią słoneczną. Poszedłem szukać komandora, znalazłem go w którymś z domków :-) Komandor, Andrzej Kornaszewski, najpierw zapytał skąd przypłynęliśmy. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem: z Konina. Cóż, nie zrobiło to na nikim wrażenia. Po krótkiej chwili dodałem - ale naokoło :-) I nagle słyszę: "co??? Naokoło? O, a jak było? Dało się przejść? A ile płynęliście? Nie, nie ma mowy o płaceniu, skoro przyszliście tu naokoło, to nie płacicie, jesteście moimi gośćmi!" Andrzej podszedł tylko, pokazał nam miejsce, w którym mieliśmy stanąć. Poza tym umówiliśmy się na wieczorne piwo na pokładzie "Żyszkosia", po zwiedzaniu Kruszwicy. Dziękujemy, Andrzej! :-)

   Popołudniowy spacer - wyprawa, obowiązkowa, na Mysią Wieżę, dotarliśmy tam w zasadzie w ostatniej chwili, na kilkanaście minut przez zamknięciem. Bardzo dobra widzialność - z góry piękne widoki, zdjęcia. Potem obejrzeliśmy (z zewnątrz tylko, zamknięta była) romańską kolegiatę św. Piotra i Pawła. Stamtąd spacerem przez rynek znowu pod Mysią Wieżę - cały czas szukaliśmy jakiejś knajpki, w której można by zjeść obiadokolację. Trafiliśmy do pizzerii "Al Capone". Tłok, był nieziemski, wydawało się, że nie znajdziemy miejsca. Udało się i... było warto - pizza była wyśmienita.

   Zawsze przychodzi taki czas, że zaczyna się mieć dosyć. Zwłaszcza jak czuć, że koniec rejsu i dom są w miarę blisko. Zapadła zatem decyzja - wstajemy rano, wychodzimy z portu jak najwcześniej, a śniadanie zjemy na wodzie. Może uda się dopłynąć do Gosławic, wyslipować jacht i wrócić do domu.



Widok na Gopło z Mysiej Wieży. Stąd przypłynęliśmy... ... a tam popłyniemy :-) Załoga Żyszkosia na Mysiej Wieży. Pani Kasia, Pan Jerz i Adam :-) Pełnym bajdewindem przez Gopło! Ostatni dzień rejsu. Kanał Ślesiński. Po lewej ujście Noteci Wschodniej do kanału, które trochę utrudniło nam życie (szukamy w relacji), a w głebi widać dolne wrota śluzy nr 4 Koszewo.

24 maja, poniedziałek:

   Pierwszy raz wstaliśmy tak wcześnie. O 07.30 oddaliśmy cumy. Gopło - z przystani "Popiel" do Kanału Ślesińskiego - to kawał wody, mieliśmy 24 km do przepłynięcia. Stoję za sterem, a z mesy wychodzą - a to ciepła kawa, a to kanapki, a to coś słodkiego :-) Grzejemy. Najpierw na silniku, potem obudził się wiatr, a że wiał z dobrego kierunku przeszliśmy na ekologiczny napęd.

   43 km - prom dolnolinowy, stanowi część drogi Złotowo - Ostrówek. Prom o takiej samej konstrukcji chodzi na Bełdanach, na Mazurach, w Wierzbie. Pamiętamy, że zawsze należy przechodzić za takim promem - za nim lina dość szybko opada na dno.

   32 km - kończy się jezioro Gopło. Pierwsze 24 km pokonaliśmy w 2h 25min. Niezłe tempo, co?

   Zaraz za wejściem do kanału - betonowy most drogowy, przy nim krótka, kilkuminutowa przerwa.

   26 km - ujście Noteci Wschodniej. Z daleka było widać, że na wodzie dzieje się coś dziwnego. Boje szlakowe przesunięte daleko pod lewy brzeg (prawy dla nas), bujają się na wszystkie strony. Widać, na powierzchni bardzo silny prąd. Wcześniej już słyszeliśmy o zagrożeniu powodziowym, o wysokich stanach wód tu i ówdzie, o alarmach... Cóż, dopóki nie siądzie się przed telewizorem, dopóki uczciwie nie posłucha się radia nic nie wiadomo. Powoli zbliżyliśmy się do tego czegoś. Okazało się, że Notecią idzie bardzo dużo wody, duuuużo więcej niż zazwyczaj i stąd ten silny, boczny prąd. Ponadto zaraz obok ujścia zrobiła się wielka mielizna. Cóż, pół miecza do góry, najście jak najbliżej czerwonych boi, tuż przed wejściem w prąd ster lewo, idziemy bokiem do przodu, jak dziób zaczął wychodzić z prądu to ster prawo, żeby rufy nie odrzuciło. Przez chwilę zaczęliśmy orać mieczem mieliznę, silnik cała naprzód i poszło! Uff.

   600 m dalej - 25,8 km - śluza nr 4 Koszewo. Oooo , cywilizacja, luksus dla operatora śluzy! Wrota na prąd! Operator sympatyczny, zapytał, czy ciężko było tam (chodziło mu o ujście Noteci) przejść. Odpowiedziałem, że ciężko nie, ale lekko też nie :-) "Cóż, jak się stany wody uspokoją to pogłębiarka wszystko zrobi" - usłyszałem. Jedziemy do góry o około 3,8 m.

   24,2 km - śluza nr 3 Koszewo. Ostatnia śluza na trasie naszego rejsu. Jak zwykle miło, śluzowania dogląda cała menażeria - kot, któremu ktoś bezczelnie przerwał zajęcie pt. ignorowanie otoczenia przyszedł do nas i bardzo chciał się zaprzyjaźnić, a dwa małe pieski pilnowały, abyśmy dobrze pracowali cumami :-) Do góry, 3,5 m.

   22 km - przechodzimy pod rurociągiem "Przyjaźń". Tyle zawsze szumu w mediach o tę rurę, wydawało nam się, że średnica rury będzie większa. A to ot, taka rurka.

   21,7 km - wchodzimy na jezioro Ślesińskie. Pięknie wieje, jednak przed oczami mamy dom. Idziemy na silniku, nawet nie stawiamy masztu.

   Widać to, czego brakowało nam na przepłyniętej części WPW - zagospodarowanie turystyczne. Wreszcie są porty, przystanie. Chociaż z drugiej strony - jakby było ich tak wiele na całym szlaku to zdecydowanie mielibyśmy ich dosyć.



Ujście Noteci Wschodniej, widać, że rzeka prowadzi dość dużo wody. Wejście do śluzy nr 3 Gawrony. Żyszkoś w śluzie Gawrony. Ja tu jestem kierownikiem i mnie nalezy słuchać! I głaskać!. Śluza Gawrony. Śluza Gawrony juz napełniona. Była to ostatnia śluza na naszym szlaku.

   17,1 km - Ślesin, most drogowy. Tuż przed mostem, na wschodnim brzegu jeziora widać piękne, nowe pomosty pływające. Za mostem wchodzimy na jezioro Mikorzyńskie.

   Długie, rynnowe jezioro, dobrze zagospodarowane. Widać wiele portów i przystani. Spotykamy statek "Dziwożona", który zazwyczaj stacjonuje na Warcie w Poznaniu. Nad wschodnim brzegiem chwilami widać wieżę kościoła w Licheniu.

   13,3 km - dwie linie energetyczne, przecinające jezioro. Żeglarze - obowiązkowo kładziemy maszty, wg znaków prześwit to tylko 11m!

   11 km - przechodzimy z jeziora Mikorzyńskiego na Pątnowskie, pod mostami, kolejowym i drogowym. Na tym pierwszym - pociąg, prowadzony przez lokomotywę, która kształtem przypomina krokodyla.

   Na wschodnim brzegu widać wejście do kanału, którym dałoby się przejść na jezioro Licheńskie. Niestety tylko dałoby się, gdyby nie jaz... Śluzy nie ma.

   Na wprost widzimy wejście do kanału Warta - Gopło, w który weszliśmy ponad dwa tygodnie temu.

   Specjalnie steruję tak, aby wcześniej zamknąć Pętlę. O godzinie 13.00 - WPW zawiązana!!!

   Wchodzimy do przystani ASPAK, wcześniej zadzwoniłem do bosmana, umówiliśmy się na slipowanie. Zanim przyjechał - przygotowaliśmy jacht. Potem jeszcze mała przygoda z autem - padł akumulator, ale tak zupełnie, centralny zamek na pilota nie działa... Zamek w drzwiach zacięty, zamka w drzwiach pasażera nie ma. Dostaję się do bagażnika, ale co z tego? Butla od gazu, nie da się przedostać do kabiny... Na szczęście udało nam się, po długich bojach i wielu "magicznych" słowach podłączyć do lampki oświetlenia bagażnika. Auto dostało tamtędy prąd, wystarczyło go, aby otworzyć drzwi. Uff. A potem - slipowanie, ostateczne przygotowanie jachtu do drogi i wieczorem zawitaliśmy w Strzybodze.



Przechodzimy pod rurociągiem Ślesin, jeden z portów. Ślesin, most kolejowy i lokomotywa - krokodyl ;-) Warcząca bohaterka rejsu. Honda, 5 koni mechanicznych. Na prawie 730km potrzebowała jakieś 70-80 litrów paliwa. I Żyszkoś - mój dzielny jacht, a na rejsie - nasz dom i środek transportu :-) Zaraz ruszamy do Strzybogi.

Drodzy czytelnicy!

Cieszę się niezmiernie, że dobrnęliście do końca tej relacji. Liczę, że udało mi się Was zachęcić do spełnienia jednego z pomysłów na wakacje, urlop, czy rejs. Nie trzeba pokonywać całej WPW za jednym zamachem, za wszelką cenę. Pętlę można rozłożyć na kilka wyjazdów. Warto zobaczyć ten trochę inny świat, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu. Poznać kolejne zakątki naszego pięknego Kraju. Świat, w którym turystyka raczkuje, w którym spotkamy się z życzliwością napotkanych ludzi, cieszących się z tego, że wreszcie ktoś płynie. Rozruszajmy ten szlak!

Pamiętajcie proszę, że wszelkie uwagi, podpowiedzi z tej relacji to moje (nasze) subiektywne odczucia. Nie traktujcie ich jak wyroczni, na zasadzie "skoro Żyszkowskiemu się udało to i nam się uda". Pobuszujcie po internecie, poszukajcie opinii, zdań innych, potem znajdźcie ten złoty środek... A potem tylko jacht, motorówka czy kajak i cała naprzód!

A co dalej? Nie, nie poprzestanę na WPW. Na przyszły rok planujemy wodowanie "Żyszkosia" w Iławie, stamtąd Kanałem Elbląskim do Elbląga, potem Kanałem Jagiellońskim na Nogat, dalej przez Malbork do Wisły. I teraz już łatwo - Tczew, Gdańsk, Szarpawa, Zalew Wiślany, Elbląg. I potem na przyczepie na Mazury. A w następnych latach? Wodowanie jachtu na Wiśle, możliwie wysoko, i spływ do Gdańska. Potem Odra z kanałem Gliwickim czekają. O Bugu marzę, (tylko jak pomyślę o użeraniu się z pogranicznikami, najpierw ukraińskimi a potem białoruskimi to mi się odechciewa). A potem... Czas pokaże, na wożenie się daleko za granicę przyjdzie pora. Polska najpierw!

I na koniec - mała tabelka z dziennymi przebiegami, a pod nią kilka linków, bardziej i mniej przydatnych, ale na pewno ciekawych.

A jeśli macie jakieś pytania - mailujcie, dzwońcie, postaram się na nie sensownie odpowiedzieć (tylko o ludzkich porach, proszę :-)).

Adam Żyszkowski, adam(maupaantyspamowa)wdal.pl, tel: +48 606 247 270



Strzyboga, październik - listopad 2010.




dzień data skąd dokąd dystans
1 8.05.2010 Gosławice Ląd 45,3
2 9.05.2010 Ląd Śrem 78,5
3 10.05.2010 Śrem Poznań 48,8
4 11.05.2010 Poznań Stobnica 54,8
5 12.05.2010 Stobnica Międzychód 60,7
6 13.05.2010 Międzychód Gorzów Wlkp. 70,0
7 14.05.2010 postój w Gorzowie
8 15.05.2010 postój w Gorzowie
9 16.05.2010 postój w Gorzowie
10 17.05.2010 Gorzów Wlkp. Drezdenko 48,6
11 18.05.2010 Drezdenko Mikołajewo 45,2
12 19.05.2010 Mikołajewo Ujście 37,2
13 20.05.2010 Ujście Nakło 65,9
14 21.05.2010 Nakło Bydgoszcz 23,9
15 22.05.2010 Bydgoszcz Barcin 54,4
16 23.05.2010 Barcin Kruszwica 42,5
17 24.05.2010 Kruszwica Gosławice 47,9
razem km: 723,7


powrót do głównej

Ciekawe, przydatne linki:

A jeśli masz propozycję dodania jakiegoś linka - pisz, doda się!