Szóste lato 2008 :-)

I obóz, 21 czerwca – 6 lipca 2008r.

   Czas nie... czas nie stoi ;-) Zasuwa i to całkiem szybko. Szósta edycja obozów już za nami. Kto by się spodziewał, jeszcze niedawno na dwóch pożyczonych jachtach, w maksymalnie 12 osób. Z małym jeszcze wtedy Piotrkiem, który dziś jest całkiem pewnym siebie sternikiem jachtowym, studiującym gdzieś tam daleko w Anglii, małymi Chochlem, Krzyśkami... a teraz? Dużo większą, dużo bardziej widoczną i chyba lubianą na szlaku bandą. :-)

   No dobra, przyszło to nieszczęsne, a może raczej szczęsne szóste lato, zaczęliśmy tradycyjnie, pierwszego dnia wakacji. Tak – koniec roku szkolnego wypada w piątek, my zaczynamy od razu, w sobotę. Dlaczego? A po prostu wszyscy jesteśmy narwani, napaleni na żeglowanie, szkolenie, dzień jest wtedy najdłuższy i... zapewne część obozowiczów woli uciec z domu przed gniewnymi spojrzeniami rodziców po okazaniu świadectwa...

   Na pierwszy turnus popłynęliśmy w pięć jachtów. Strzyboga została w Starych Sadach, na przyczepie. Było nas na tyle mało, że nie było sensu jej wodować, stałaby pusta w porcie a i późniejszy transport do Giżycka byłby dużo bardziej czasochłonny.

   Kadra: ja tradycyjnie poprowadziłem odmienioną W Dal. Odmienioną, bo teraźniejsza W Dal to ex-Prawy Ostry (jeden z dwóch jachtów, które udało nam się kupić jesienią 2007). Stara W Dal nazywa się teraz Pan Jerz, którego we władanie dostał Tomek Kolipiński, znany Wam z zeszłego roku. Tomek, teraz już chyba Jachtowy Sternik Morski oprócz szkolenia prowadzi również rejsy morskie. Żyszkolą dowodziła Kasia Serafin, Młodszy Instruktor Żeglarstwa PZŻ, debiutująca w Kadrze Szkoły (tak trzymaj Kasiu!). Żyszkosia objął Marek Bielawski, sternik jachtowy, a Kasiażem popłynął Paweł Barczak, nasz wychowanek (od 2004 roku). Oprócz wymienionej stałej kadry mieliśmy dwie osoby na gościnnych występach – na trzy dni popłynął z nami Grzesiek Pytko, a na tydzień Ania Politańska (tylko na tydzień, bo jak zwykle, nie wiadomo po co, wolała jechać do Stanów czy gdzieś tam).


2008_adam_001 2008_adam_002 2008_adam_003 2008_adam_004 2008_adam_005

   I chyba najważniejsze. Grzesiek namówił mnie, aby do Kadry zaprosić Krowę, znaczy Darię Bolewicką. A było mniej więcej tak. Na początku czerwca pożaliłem się Grześkowi, że na drugim obozie brakuje kadry. I usłyszałem: „Ty głupi jesteś, Krowę bierz!” I tak się stało. Krowa przyjechała na I obóz, trafiła do mnie do załogi, oczywiście na prawach Kadry. I została na II obóz, na którym poprowadziła własny jacht. I to jak! Brawo!

   W końcu czas zaczynać. Na kei w moich ulubionych Starych Sadach stawili się wszyscy uczestnicy, całe 16 osób. Z jednej strony fajnie, bo małą grupę można szybko i łatwo zintegrować, łatwiej również nad nią zapanować. Ale o kwestiach ekonomicznych wolałbym nie wspominać... Ale wracamy na obóz.

   Wypłynęliśmy około 1400, z zamiarem dojścia na jakiś biwak w zatoce Skanał. Na początku płynęliśmy spokojnie, ale potem pojawiły się chmury, niektóre trochę większe i ciemniejsze. W związku z tym zarządziłem podejście do biwaku. Byliśmy o metry od brzegu, my już z rzucona kotwicą, reszta tuż tuż. Dmuchnęło dość mocno, sternicy natychmiast wykazali się dużym rozsądkiem i po prostu odłożyli się na najbezpieczniejszy w takiej sytuacji kurs z wiatrem, już z zrzuconymi żaglami. Kilka minut później zła pogoda przewaliła się, pozbieraliśmy się i na spokojnie podeszliśmy do biwaku. Co prawda innego niż planowaliśmy, ale to było już bez znaczenia.

   Na biwaku udało się rozpalić ognisko, mieliśmy okazję się poznać i zjeść coś smacznego. Tylko kiełbaska musiała poczekać do jutra, towarzystwo było trochę zmarznięte i trzeba było dać szybkie jedzenie. A najszybciej robi się bretonka.

   Następnego dnia popłynęliśmy do Rynu. Trzeba było znaleźć port z kąpieliskiem, aby przeprowadzić sprawdzian pływacki. Z wody wypatrzyłem nieznany nam wcześniej port „Wichrowe Wzgórza”. Korzystając z tego, że miałem na pokładzie Anię i Grześka wysiadłem z jachtu i poszedłem zbadać teren (a reszta w tym czasie robiła manewrówkę). Okazało się, że spokojnie możemy się zatrzymać, Bosman wskazał nam miejsca do postoju. Teraz już tylko trzeba było wszystkich poustawiać w porcie.

   „Wichrowe Wzgórza” to nowy port, w którym się zatrzymaliśmy. I wiem, że nie po raz ostatni. Cisza, spokój, porządek. Przyzwoite sanitariaty, prysznice w rozsądnej cenie. :-) Sklepik na miejscu. Daleko do miasta i związanych z nim rozrywek. Dla obozu rewelacja.


2008_adam_006 2008_adam_007 2008_adam_008 2008_adam_009 2008_adam_010

   Popołudniu, tego samego dnia, zrobiliśmy sprawdzian pływacki. Każdy, jak zawsze, skakał w kamizelce ratunkowej do wody, żeby się przekonać jak działa ona naprawdę; potem trzeba było kawałek przepłynąć. Niezbyt długi, ale wystarczający, żeby sprawdzić, czy wszyscy pływają. W zasadzie po minucie, dwóch, widać czy ktoś jest obyty z wodą, nie boi się i czy utrzymuje się na powierzchni. I dobrze, że sprawdziliśmy, bowiem okazało się, że nasi najmniejsi obozowicze (albo obozowiczki, nie ma znaczenia kto to był) po prostu nie mają siły. Zatem zapadła decyzja, że przy odrobinę trudniejszych warunkach będą żeglować w kamizelkach.

   Z Rynu zaczęliśmy płynąć w stronę Mikołajek, z zamiarem dojścia tamże. Po drodze musieliśmy zatrzymać się na chwilę w Starych Sadach, aby wysadzić Grześka i... oddać garnek, który stamtąd niechcący zakosiłem.

   Podchodząc do Sadów zwróciliśmy uwagę na chmury i wydały nam się nieciekawe i zarazem trochę groźne. Zatem szybka decyzja i zostajemy w Sadach. Trudno, nie zawsze wszystko się udaje.

   Pogoda rzeczywiście siadła, ale przed obiadem udało nam się zrobić jeszcze kąpiel w jeziorze. Po minach kąpiących się było jednak widać, że woda zbyt ciepła nie jest. Potem węzełkologia – wszak nie można dać zbyt dużo wolnego czasu. Każdy musiał nauczyć się kilkunastu podstawowych węzłów czy rzucać liną. A patentowani żeglarze mogą się wtedy takimi umiejętnościami wykazać i nauczyć resztę załogi.

   Potem Mikołajki. Tam małe zakupy, gofry, lody czy co tam jeszcze.

   Dalej... no właśnie, wszystkie rejsy od dawna mi się mylą, chyba powinienem przejść na pisanie pamiętników. W zdjęciach jest jednodniowa „dziura”, z której wynika, że płyniemy Tałtami w stronę kanałów. A może to nadmiar żeglowania?... Za dużo prowadzenia obozów ;-) Nic to, zapewne staliśmy w Wierzbie albo w Popielnie.

   Przez Tałty, kanały i Jagodne dotarliśmy do bardzo fajnego biwaku w zatoce tego jeziora, zwanej przez nas Małym Jagodnym. Biwak, potocznie mówiąc jest superancki, w sosnowym lesie, na półwyspie, ze stolikami, ale ma dwie wady. Po pierwsze trzeba wystawiać nocne wachty (wieść gminna niesie, że tu kradną), a po drugie pan ajent, który ma dziwna przypadłość przyjeżdżania po opłatę portową o siódmej rano. Nie jest w stanie uszanować czasu ludzi będących na urlopie.

   Wieczorem ognisko, a następnego dnia – korzystając z pięknej pogody – manewrówka. Wykorzystuję fakt, że mamy w kadrze więcej osób niż jachtów, oraz kilka wolnych miejsc na łódkach i robimy roszadę w załogach. Przede wszystkim jedna załoga to sami patentowani, których we władanie dostał Michał. Michał, dla którego zeszły sezon był dość trudny, tak w tym roku – rewelacja. Oby tak dalej. A pochwała dla niego należy się tym bardziej, że rządził pięcioma babami.


2008_adam_011 2008_adam_012 2008_adam_013 2008_adam_014 2008_adam_015

   Wszyscy wypłynęli, na brzegu zostałem razem z Tomkiem. Nie wytrzymaliśmy długo, zapakowaliśmy kambuz na W Dal i wypłynęliśmy... popływać. Ot tak. I porobić zdjęcia :-)

   Zgarnęliśmy wszystkich z wody dość nagle: właściwie od razu, gdy pojawiła się duża, czarna chmura. Lepiej nie ryzykować. Potem nawet zagrzmiało.

   Po obiedzie spłynęliśmy do Kozina, gdzie był jakiś wykład (jeden z sześciu), siatkówka, piłka nożna i sesja zdjęciowa obozu. A! Już pamiętam. Daria zrobiła locję.

   Piłka nożna... Taaak. Gdyby kózka... Paweł, w czasie meczu, dzielnie zdobył piłkę, pobiegł w stronę bramki przeciwnika, wpadł w dołek i... pół godziny potem jechaliśmy do Giżycka do szpitala. Skończyło się gipsem i rozwaloną torebką stawową...

   Następnego dnia, trochę ze względu na Pawła, a bardziej ze względu na pogodę zostaliśmy w Kozinie. Dlaczego? Po prostu nie wiało. Wykorzystaliśmy port do prostej manewrówki – wszyscy ćwiczyli podejścia i odejścia, na pagajach lub silnikach. I tu wychodzi paskudna cecha jachtów. One nie mają hamulców :-) (co za pomysł w ogóle, nie?) Dzioby na szczęście przetrwały całe. Poza tym ćwiczyliśmy overholungi, w późniejszej, samodzielnej żegludze, manewr rzadko wykorzystywany, a bardzo przydatny.

   I Łukasz przeprowadził, pod kierownictwem Marka wykład z meteorologii. Wyszło ładnie, brawo!

   Z Kozina zrobiliśmy przelot do Giżycka, do COS-u. Tu wysiadła Ania, która za dwa dni miała mieć samolot do Stanów.


2008_adam_016 2008_adam_017 2008_adam_018 2008_adam_019 2008_adam_020

   I dalej, korzystając z dobrej pogody i drobnej niechęci do COS-u (z racji tego, że tam skończymy ten obóz) pogoniliśmy przez Kisajno, Dargin, a potem przeszliśmy pod mostem na Kirsajty...

   Wcześniej, na Kisajnie, dowiedziałem się, w dość okrutny sposób, że nowa W Dal dostaje bęcki od Kasiaża... Kasiaż chodzi niesamowicie ostro na wiatr. Na połowie długości Kisajna byliśmy dobre 400m niżej, względem wiatru oczywiście, od Pawła i jego załogi. Nas ogarniała niemoc, a Paweł triumfował (odegrałem się dopiero na na IV obozie na Bełdanach). Niesamowicie chodzi ta łódka na wiatr. Wszak Kasiaż to dawny Lik (pływał w obozach u Andrzeja Orłowa, żeglarza, instruktora, który nauczył mnie tego co robię, dziękuję!), potem nazywał się, przez rok, Akurat. W końcu ten Mors trafił do nas, a tą sympatyczną nazwę wymyślił mu Ficek.

   Na Kirsajtach zaraz za mostem skręcamy w lewo i płyniemy tak, jak nikt nie pływa. Wszyscy walą prosto szlakiem, a my nie. Droga ta zajmuje nam co prawda chwile dłużej, ale za to mamy okazję zobaczyć coś nowego. Z tego całkiem ciekawego przejścia wychodzi się tuż przed przejściem na Mamry.

   Na Mamrach od razu w prawo i popłynęliśmy na Święcajty.

   Płynęło się super, ale pojawiło się wstrętne chmursko. Chmursko zmierzało w naszą stronę. Nie lubię, jak nas straszy coś takiego, zatem w przeczce między Mamrami (w zasadzie zatoką, a dla niektórych odrębnym jeziorem Bodma) zrzuciliśmy żagle i schowaliśmy się w krzaki. Czasem lepiej żeglować o pół godziny za mało, niż minutę za długo. Żagle dół, miecze góra i w brzeg, w krzaki. Wcześniej, rzucając kotwicę, uwiązaliśmy się do drzew, bez możliwości zejścia na ląd. Znaczy z możliwością, ale po drodze było regularne bagno.


2008_adam_021 2008_adam_022 2008_adam_023 2008_adam_024 2008_adam_025

   Zgodnie z zasada z dużej chmury mały deszcz zostaliśmy jedynie postraszeni, delikatnie pomoczeni i nie za bardzo wywiani (tak, wiatru dużo nie było) popłynęliśmy do WDW. Tu, po radosnym przywitaniu (nie widzieliśmy się rok przecież) Paweł zrobił klasówkę z przepisów, a nam (czyli reszcie kadry) udało się w tym czasie zdobyć wielki odbijacz. Po prostu pływał po jeziorze, bez właściciela. W porcie tez nikt się do niego nie przyznał, więc został. Ale pewnie zamienię go gdzieś na dwa mniejsze, bo tak wielki jest nam po nic.

   Z WDW, przy pięknym, silnym wietrze zrobiliśmy skok do Sztynortu. Powoli zbliżał się koniec obozu, trzeba było przemieścić się w pobliże portu docelowego. W Sztynorcie stanęliśmy 1 lipca, myślałem żeby jeszcze może pójść na Dobskie, bo wciąż istotne były manewrówki. 2.07 pogoda w zasadzie zadecydowała za nas. Brak wiatru. Dokończyliśmy wykłady, popołudniu udało się zrobić jaką-taką manewrówkę, podejścia, odejścia, overholungi... Port w Sztynorcie jest bardzo wygodny do tego celu. Dobre, wygodne keje, boje i zamknięte jezioro, na którym wszystkich ma się na oku.

   Ze Sztynortu hop do COS-u. Kisajno, upał, prawie bez wiatru, jednak to, co wiało, było bardzo uprzejme, bo wiało w rufę, zatem powoli, bo powoli, ale się przemieszczaliśmy. Przepłynęliśmy kawał jeziora na wstecznym, mając Darię i Natalię jako kontraszoty, potem rozpoczęliśmy bitwę morską. Zabawa jest przednia, tylko trzeba uważać, bo towarzystwo trochę za bardzo się rozkręca w trakcie i trzeba wyczuć moment kiedy przerwać. Oczywiście ktoś prawie wyleciał za burtę, ktoś utopił menażkę... Normalne ofiary w takim przypadku. I każdy ogłasza się zwycięzcą, a największym przegranym jest ta załoga, która zapomniała zamknąć mesę... [a ktoś zapomniał? ;)] Na szczęście w upał wszystko szybko schnie.

   Potem, korzystając z fordewindu, przeszliśmy jednym z moich ulubionych miejsc, czyli wąską cieśniną między wyspami Kiermuza Wielka i Czapla i stanęliśmy w COS-ie. I zostaliśmy tu do końca obozu.

   Była piesza wycieczka do miasta, manewrówki, ostatnie szlify przed egzaminem, mecz piłki nożnej. Mecze w COS-ie są fajne, bo boisko jest zrobione w głębokim wykopie, w związku z tym praktycznie nie istnieje problem autu. Jest śmiesznie. A jeszcze śmieszniej po meczu, kiedy wszyscy są szarzy od kurzu – trawy na boisku nie uświadczysz.

   Przywiozłem też Strzybogę. Na następnym obozie była już potrzebna :-) Zwodowana została w porcie Marina Bełbot, przyprowadzona i otaklowana przez obozowiczów. Dziękuję za pomoc.


2008_adam_026 2008_adam_027 2008_adam_028 2008_adam_029 2008_adam_030

   5 lipca był egzamin. Przyjechała Komisja Egzaminacyjna powołana przez Podlaski OZŻ. Lubię ten Białystok, bardzo pozytywni ludzie tam działają. Przewodniczącym Komisji był znany nam z poprzednich lat Paweł Szoka, członkami zaś Ola Żyszkowska i Łukasz.... (nazwisko mi uciekło oczywiście). Ja, ponieważ byłem KaWuŻetem mogłem być co najwyżej Sekretarzem, i taką też funkcję pełniłem.

   Pogoda na egzaminie była dobra. O ile dobrze pamiętam najpierw poszła manewrówka (ta zawsze uzależniona jest od pogody, resztę można zrobić w każdych warunkach) potem teoria. Na część praktyczną wyszło 8 osób, zdało 7. I trzeba zaznaczyć, że uczciwie zdało. I na dobre stopnie. Trochę strachu napędził mi Patryk, bo na początku się pogubił i zjadły go nerwy, ale potem się odnalazł, ogarnął i już było dobrze.

   Teorię zdali wszyscy. (Oczywiście ci, którzy przeszli część praktyczną). Prace bosmańskie robimy zawsze dzień wcześniej; ta część egzaminu jest bardzo czasochłonna.

   Wieczorem, już odstresowani, robimy oficjalne zakończenie obozu, rozdajemy dyplomy, omawiamy obóz i – co najmilsze dla mnie – umawiamy się na następny raz :-)

   A 6 lipca wielkie sprzątanie, klarowanie i... koniec obozu. Tego dnia przyjeżdża kadra na następny turnus, kadra z zakończonego obozu może zostać i jest fajny dzień tylko dla nas :-) Tzw. dzień świstaka. Skąd się wzięła taka nazwa? Już nie pamiętam.


2008_adam_031 2008_adam_032 2008_adam_033 2008_adam_034 2008_adam_035

II obóz. 7 – 22 lipca 2008.

   Tym razem naszykowane do drogi są wszystkie jachty. Czyli sześć. Na obozie są trzy wolne miejsca, wygodna to sytuacja, bo np. na jachcie może być tzw. burdelhundka, czyli miejsce gdzie jest... wszystko.

   Kadra. Dużo nas. Lubie tak. Wygodniej. Zdecydowanie. Po kolei:

  1.    BZ 0240 Pan Jerz – Grzesiek Pytko
  2.    BZ 0241 Strzyboga – Zocha Warchałowska
  3.    BZ 0242 Żyszkola – Daria „Krowa” Bolewicka.
  4.    BZ 0243 Żyszkoś – Łukasz Hyra
  5.    BZ 0244 W Dal – piszący te słowa Adam Żyszkowski
  6.    BZ 0245 Kasiaż – Piotrek „Kula” Ochnicki

   Bez jachtów, ale z kadrą na plecach obozowych koszulek jest Nela Pieniążek, w załodze W DAL-i, celem rozpływania się przed następnym obozem na własnym już jachcie i Piotrek „Długi” Glegoła, któremu barbarzyński plan sesji na Politechnice Bydgoskiej nie pozwolił przyjechać na cały obóz. Poza tym Piotrek w zasadzie do ostatniej chwili nie wiedział czy będzie mógł popłynąć.


2008_adam_036 2008_adam_037 2008_adam_038 2008_adam_039 2008_adam_040

   Z perspektywy czasu widzę, że był to trudny obóz. Chyba jeden z najtrudniejszych, jakie prowadziłem do tej pory. Powód był banalny – średnia wieku obozowiczów wynosiła 16-17 lat, a (jak wszyscy doskonale wiemy) jest to chyba najtrudniejszy wiek. Poza tym przyjechała silna grupa ze Skierniewic, znająca się ze szkoły, nie-ze-szkoły, rozumiejąca się za pomocą spojrzenia. Musieliśmy trzymać całe towarzystwo możliwie krótko, odpuszczając tylko czasem, często przymykając oko na różne wybryki czy udając, że czegoś nie widzimy. Tak, tak Wikszemku drogi, tak było. Dobrze wiesz o czym myślę :-)

   Nasza uwaga była napięta do granic możliwości, czasem trochę przesadzaliśmy, trudno, tak musiało być. Mam nadzieję, że nas teraz rozumiecie. Nie daj Boże, jakby się komuś coś stało...

   Teoretycznie wszyscy mieli być w COS-ie na 12:00, jednak od wczoraj wiedziałem, ze się nie uda – ktoś jechał z Krakowa PKS-em, tenże planowo dojeżdżał do Giżycka około 13:00. Poczekaliśmy, podział załóg i płyniemy. W związku z tym, że na Kisajnie jest słabo z biwakami, na których możemy być sami postanowiliśmy wrócić do COS-u. Mimo to udało się nam zrobić fajne żeglowanie, ot początki, trzeba się nauczyć płynąć po prostej, niektórzy muszą sobie poprzypominać czym różni się dziób od rufy...

   Wróciliśmy i tym razem pogoda była na tyle uprzejma, że pozwoliła nam odpalić grilla. Oczywiście nasz duży obozowy grill został w aucie, które pojechało do Starych Sadów i ratowaliśmy się takimi małymi jednorazówkami. Ale wyszło. I techniką, niezbyt obozową, ale co tam! Któraś z dziewczyn miała suszarkę do włosów, szybciej się rozpaliło dzięki temu.

   Jak zawsze, po takim nietypowym jak na obóz posiłku, zrobiliśmy sobie omówienie zasad panujących na obozie. Oczywiście na czele była zasada, że co nie jest dozwolone jest zabronione ;-) Wiem, że brzmi to strasznie, ale w głowie mam głównie bezpieczeństwo dzieci. A dzięki temu po pierwsze zazwyczaj nic nadzwyczajnego się nie dzieje i nie mam manka w „dzieciostanie” na koniec obozu, a po drugie jesteśmy mile widziani we wszystkich portach.

   Pierwszego dnia prawdziwej, przelotowej, żeglugi dopłynęliśmy do Sztynortu. W Sztynorcie, jak to w Sztynorcie, spokojnie, ale nijak i drogawo. Wszyscy polecieli na zakupy, oglądanie pałacu, który popada w coraz większą ruinę i remonty polegają jedynie na wywieszaniu coraz nowszych i większych tabliczek „budynek grozi zawaleniem”

   Następnego dnia, 9 lipca, wypłynęliśmy w stronę Mamr, bez jakiegoś konkretnego celu na tym jeziorze. Ot, na zasadzie „a może bunkry?” „A może Kietlice?” Pogoda, jak zwykle w takich przypadkach zrobiła z nami porządek. Dość szybko pojawiła się duża, czarna chmura, typowy cumulonimbus, który szedł w naszą stronę...


2008_adam_041 2008_adam_042 2008_adam_043 2008_adam_044 2008_adam_045

   Jeszcze na Darginie zrzuciliśmy żagle, spięliśmy się w hole, położyliśmy maszty i idziemy. Chmura coraz bliżej, grzmi, za mostem postawiliśmy maszty, idziemy Kirsajtami w stronę Mamr i... Dobra, stajemy przy podwietrznym brzegu jeziora, rzucamy kotwice i czekamy. Zresztą zaraz zrobiło się tam małe kotwicowisko. Wiele osób stanęło. I dobrze.

   Siedząc w mesie, zrobiłem konferencję telefoniczną, związaną z prognozą pogody. Nie dowiedziałem się nic ciekawego, znaczy tylko tyle, że będzie padać i wiać (ale nie za bardzo). Postanowiliśmy płynąć. O ile mnie pamięć nie myli to w holach przeszliśmy na Mamry, i potem na samych fokach popędziliśmy z wiatrem do WDW.

   Tam obiad, wykład i... zostaliśmy dwa dni, do 11 lipca. 10 lipca pogoda bardzo się poprawiła, wygoniliśmy wszystkich na manewrówkę. Znowu wykorzystaliśmy nadmiar kadry i wolne miejsca na jachtach. Roszada załóg, tak nam ładnie wyszło, że jeden jacht był wolny i Łukasz, Grzesiek i ja zostaliśmy na nim. Ekstra, była okazja popłynąć na rekonesans do Ogonek. Płynęło się super, w tamta stronę z wiatrem. Dopłynęliśmy, tylko po to, żeby się przekonać, że obozem bez sensu tam płynąć – nie ma gdzie stanąć. Powrót był trudniejszy, Łukasz dorwał się do steru i nie chciał nam go oddać. Po chyba godzinie znudziło nam się wybieranie foka (bo jeszcze raz po raz zwroty robił!), więc go zwinęliśmy i Łukasz płynął na samym grocie.

   Popołudniu zrobiłem wykład z budowy jachtu. Na szczęście tak się złożyło, że wszyscy mamy „specjalizacje”, znaczy swoje ulubione działki z teorii. Ja budowę mogę robić w każdej chwili, bez przygotowania.

   11 lipca zaczęliśmy mieć dość tego portu i czym prędzej, znaczy po śniadaniu, z niego uciekliśmy. Popłynęliśmy na Mamry, do bunkrów. Tylko nie zatrzymujemy się (z powodu nienormalnego ajenta szczerze odradzam) przy biwaku położonym tuz przy wejściu do Kanału Mazurskiego, a jak zwykle uciekliśmy kawałek na południe, w cichą i spokojną zatoczkę.

   Ten biwak – też w ajencji – jest spokojniejszy, ale ma jedną zasadnicza wadę – komary. Daliśmy radę.

   Tamże poczyniliśmy cudowne znalezisko. Fotel, a w zasadzie tron ustawiony tuż przy miejscu na ognisko. Co prawda nie musieliśmy dużo szukać, bo ów tron natychmiast rzucał się w oczy:-) Tak czy inaczej – rewelacja! W ogóle pan opiekujący się tym miejscem robi takie rzeczy z niczego. Jakieś stare meble przerabia na siedziska, stoliki, itd. Fajnie jest. Fotel zająłem od razu ;-)


2008_adam_046 2008_adam_047 2008_adam_048 2008_adam_049 2008_adam_050

   Po południu trochę popadało, przyszły do nas kaczki. Dzikie. Buszowały w kambuzie :-)

   Następnego dnia, po śniadaniu wysłaliśmy obóz na bunkry, a my, dzięki temu, mieliśmy półtorej godziny na pełen odpoczynek. Z obozem, jako opiekunowie, poszli Łukasz, Kula i Długi. A reszta kadry – sielanka :-)

   Po obiedzie krótki przelot, połączony z manewrówką do Kietlic. Kietlice to chyba ulubiony obozowy port, bo nawet prysznice są tu w cenie postoju. Dla mnie – przede wszystkim Kietlice to kupa miłych wspomnień, spotkań, wizyt towarzyskich... I cały czas tak jest. Z przyjemnością, choć rzadko, tam zapływam. Wadą Kietlic jest jednak nijakie dostosowanie portu dla obozu. Daleko do sanitariatów, do miejsca zmywania naczyń, a przy brzegu, na skarpie brakuje jakiegokolwiek daszka, stolika do rozłożenia kambuza. Ale, miejmy nadzieję, że to się zmieni.

   Z Kietlic, w totalnej ciszy (brak wiatru) popłynęliśmy na silnikach do Giżycka. W Dal robiła za water-taxi, na pokładzie mieliśmy dwoje przyjaciół z Wrocławia – Marysię i Marcina. Oboje potrzebowali dostać się do Giżycka na pociąg. Cóż – obiecałem dzień wcześniej, że ich „zawiozę” - trzeba było obietnicę spełnić. Poza tym jest śmiesznie, bo wydaje się, że z Kietlic do Giżycka jest strasznie daleko, a na silnikach, w holach, przy takiej pogodzie idzie się zaledwie trzy godziny.

   COS. 13 lipca 2008. Dzień, o którym wolałbym nie pisać. Niestety ktoś (nieważne już kto) mocno naruszył zasady funkcjonowania obozu... Papierochy połączone z oddalaniem się od miejsca naszego postoju... Telefon do domu, rozmowa z Rodzicami... Ów ktoś wyjechał. Paskudna sprawa, pierwszy raz mi się coś takiego zdarzyło na obozie... :-( Żadna przyjemność, jednocześnie psująca atmosferę na obozie. Odłamki doleciały niestety do Karoliny, której najbardziej było mi żal... Karolinie dołożyło się do tego jeszcze przeziębienie, związany z nim areszt łódkowy... Ech...

   14 lipca ów ktoś wyjechał, pogoda była fatalna, nie bardzo mieliśmy pomysł, co robić. (Kula twierdzi, że wtedy była obowiązkowa wycieczka do miasta) Po obiedzie decyzja – płyniemy! Most zwodzony w Giżycku miał być otwarty przez wystarczająco długi czas, aby na spokojnie tamtędy przejść. Szybko zwinęliśmy kambuz, jeszcze szybciej przygotowaliśmy jachty do odejścia i popłynęliśmy. I całe szczęście, bo po wyjściu na Niegocin pogoda bardzo się poprawiła, wyszło słońce i zrobiło się pięknie :-) Pełnym wiatrem popędziliśmy do Kozina. Jednak tam czekała nas niespodzianka. Jak przymierzyliśmy się do portu, to zadzwonił do mnie Andrzej Orłow meldując, że port pełen, stoją tam trzy obozy i generalnie jest młyn.


2008_adam_051 2008_adam_052 2008_adam_053 2008_adam_054 2008_adam_055

   Zatem zawróciliśmy na biwak na Małym Jagodnym. I dobrze, oprócz nas stały tam jeszcze dwa jachty. Ognisko, ogarnięcie obozu po zadymie i rozprężeniu, roszady w załogach, takie na stałe. Trzeba było koniecznie je zrobić, aby ułatwić życie niektórym obozowiczom.

   Na Małym Jagodnym robimy tradycyjną manewrówkę, to jezioro (zatoka) jest rewelacyjne do tego celu. W miarę równy wiatr, wszyscy na oku :-) Pływamy przez pół dnia, na obiad spłynęliśmy do Kozina. Tym razem pusto i fajnie. Łukasz robi wykład z ratownictwa, za poszkodowanego robił szczęśliwy Ficek.

   Z Kozina do Starych Sadów, potem do Mikołajek. W Mikołajkach dosiada się do nas Asia i robimy stamtąd przelot do Kamienia nad Bełdanami. Chcieliśmy się zatrzymać na jakimś biwaku, ale na lewym brzegu wszystkie ciekawe miejsca były... mhhhhh...... bardzo dokładnie zaznaczone przez konie urzędujące w tamtejszym rezerwacie... Nie dało się wytrzymać...

   Stamtąd dalej przez Bełdany na śluzę. Nie planowaliśmy pokonywać śluzy tego dnia, doświadczenie podpowiadało, że śluzę należy przechodzić albo bardzo rano, albo bardzo wieczorem. A tym razem czekała nas niespodzianka. Prześluzowaliśmy się w środku dnia, bez tłoku... Aż dziwnie było. Popłynęliśmy dalej, do biwaku na Nidzkim. Nidzkie jest cudne, biwaki na nim też. Grzesiek zrobił tam wykład z teorii żeglowania, a potem wywiązała się bardzo zacięta bitwa na szyszki. (Kula znowu dodaje, że źli byli na wzgórzu, a trzej wspaniali bohaterowie, choć w wodzie, mężnie stawili czoła wrogowi ;)) Bo w ogóle najśmieszniej jest jak się komuś szyszek do mesy powrzuca :-)

   W końcu dopłynęliśmy do przystani „Pod Dębem”, portu docelowego. W przerwach między ostatnimi manewrówkami, zajęciami, robimy sesję fotograficzną obozu. Zawsze staram się pamiętać o takowej, fajnie jest mieć uwiecznione wszystkie twarze. 


2008_adam_056 2008_adam_057 2008_adam_058 2008_adam_059 2008_adam_060

   21-ego lipca egzamin. Komisja powołana jak zwykle przez Podlaski OZŻ, w składzie: przewodniczący Janusz Borchardt, członkowie Ola Żyszkowska i Leszek Czerniewski i ja, sekretarz. I tym razem pierwsza część to egzamin praktyczny, teorię, jak wspominałem, można pisać zawsze. Podeszło, o ile dobrze pamiętam (a teraz nie mam z sobą notatek) 9 osób, zdało 8. ktoś odpadł na teorii. Bywa.

   I tak powoli dojechaliśmy do koca drugiego obozu. Fajny był. Trudny, ale fajny :-)

   Na koniec – rozdanie dyplomów, publiczna pochwała najlepszej manewrówki (Wojtek) i teorii (Kasia), nagrody, dyplomy, pagaj...

   I pochwała dla Krowy, znaczy Darii – Krówsko drogie, rewelacyjny debiut! Bardzo jestem z Ciebie zadowolony :-) Mam nadzieję, że Ty z takiego żeglowania również.

   A potem – sprzątanie, potężne i trzy dni przerwy między obozami. Silna grupa wzięła trzy jachty i popłynęli na Nidzkie na te kilka dni. Co oni tam robili – zapewne lepiej, żeby nikt nie wiedział. Prawda Kula? Ważne, że jachty, z załogami, wróciły na czas :-)

   A dla mnie? - taka przerwa to chwila odsapnięcia połączona z szaleństwem zakupowo-organizacyjnym przed trzecim i czwartym obozem. Ale jednocześnie coś innego niż dzieci, jachty i woda przed oczami. Wbrew pozorom odpoczywam :-)


2008_adam_061 2008_adam_062 2008_adam_063 2008_adam_064 2008_adam_065

III obóz. 26 lipca - 10 sierpnia 2008.

   Trzeci obóz. Do zeszłego sezonu był ostatnim. A tym razem nie :-) i mam nadzieję, że tak zostanie.

   Popłynęliśmy w komplecie. Było nas 36 osób, po sześć na każdym jachcie. Full, ciasno zdawałoby się, ale dość szybko zapanowaliśmy nad jakim-takim porządkiem na jachcie. Naszym. Bo na innych... eeeee.... też był, no, „porządek”.

   Na początku kadra:

  1.    BZ 0240 Pan Jerz – Grzesiek Pytko, przyjechał na dwa obozy. I dobrze.
  2.    BZ 0241 Strzyboga – Nela Pieniążek. Pierwszy raz z własnym jachtem w kadrze.
  3.    BZ 0242 Żyszkola – Paweł Barczak. Chciał płynąć na Kasiażu, ale Kula się nie dał wygryźć.
  4.    BZ 0243 Żyszkoś – Agata „Gusia” Gmaj. Szkoda, ze tylko na jeden obóz...
  5.    BZ 0244 W Dal – wszyscy zapewne wiedzą kto ;-)
  6.    BZ 0245 Kasiaż – Piotrek „Kula” Ochnicki

   Jak zwykle, gdy tylko na kei stanie komplet dzieci, robimy podział załóg. Oczywiście ktoś się spóźnił, myślał, że z Warszawy do Rucianego jedzie się godzinę czy dwie. Nieważne. Potem miałem jeszcze kłopot, żeby w zatłoczonym porcie znaleźć wszystkich. Bo skoro czekamy, to pójdziemy coś zjeść, dobrze? Dobrze :-) No, ale wszystkich znalazłem, udało się zebrać na kei. Krótkie przedstawienie kadry i na jachty. Małe rozpakowanie i na wodę!


2008_adam_066 2008_adam_067 2008_adam_068 2008_adam_069 2008_adam_070

   Pierwsze metry pokonaliśmy na pagajach, jako, że Nidzkie to strefa ciszy. Dowiosłowaliśmy do wiatru i zaczęło się :-) piękny, równy wiatr w plecy. Bajka. Przepłynęliśmy przez prawie całe jezioro raz dwa i doszliśmy do biwaku odkrytego w zeszłym roku. Piękne miejsce, ognisko, zabawa integracyjna, mała wojna na szyszki.

   Tylko Wera miała małą przygodę. Ot, żeby ułatwić sobie zdobycie obozowej koszulki i grześka (wafelka ;-)) zapisywała sobie na telefonie wszystkie imiona po kolei. Została zdemaskowana przez Franka :-) Ku naszej radości. :-) od tego momentu jakoś tak przestali się lubić :-)

   Z tego biwaku wróciliśmy do „Pod Dębem”. Dlaczego? Po pierwsze trzeba było gdzieś zrobić sprawdzian pływacki, a po drugie była grupa dzieci, które potrzebowały iść do kościoła. Wróciliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się gdzieś przy brzegu, w sympatycznej zatoce, na obiad. Fajne takie pierwsze przeloty są, bo każdy z nich to wbrew pozorom manewrówka.

   Wieczorem wpadliśmy, bardzo spontanicznie na pomysł, który, jak się potem okazało, nie był najlepszy. Prawie całym obozem, bo w 30 osób , weszliśmy na Kasiaża. Pomysł bardzo efektowny, ale stateczność jachtu, została, delikatnie mówiąc, mocno zachwiana. W miarę rozsądnym (nie do końca, trzeba było zacząć zsiadać od góry, a nie kokpitu) zachowaniem udało nam się jachtu nie wywalić. Kasiaż zanurzył się mocno, wszak wsiadło na niego pewnie ze dwie tony ludzi. Ale nie będziemy powtarzać tego numeru. Naprawdę mieliśmy dużą szansę wywalić jacht w porcie.

   Co było dalej – oczywiście sprawdzian pływacki, potem, o ile dobrze pamiętam, Paweł poprowadził wykład z przepisów. Po obiedzie wypłynęliśmy z zamiarem przejścia śluzy. Oczywiście spodziewaliśmy się, że pewnie dopłyniemy pod śluzę i wykręcimy na biwak nad jeziorem Guzianka Mała. A tu znowu fart. Nieziemski – pusto!!! I prześluzowaliśmy się z marszu. Aż dziwne. Po południu. I za śluzą zatrzymaliśmy się w porcie NBP. Dobry port, sklep jest niedaleko, sanitariaty bardzo porządne i cisza...

   Z eNBePu do Wierzby. W Wierzbie, o ile pamiętam, zatrzymaliśmy się w tym roku po raz pierwszy. Niestety duża, nowa keja musiała być rozebrana... Superowe miejsce, wykorzystuję natchnienie i robię wykład z budowy jachtu. Jednocześnie wykorzystuję to, że W Dal stoi przy kei burtą i to, że keja jest praktycznie tylko dla nas. Nikomu nie przeszkadzając dzieci zasiadły na pomoście, ja na jachcie i w ten sposób przegadaliśmy masę czasu.

   Dalej popłynęliśmy na Śniardwy. Plan był ambitny, żeby może nawet na Kaczerajno dojść, ale co? Tak. Pogoda. A raczej wiatr. I jego brak. Na początku trochę udało się popłynąć, ale potem zdechło zupełnie. Przez Przeczkę się przeholowaliśmy, potem trochę na żaglach... W Dal poszła mocno do przodu, ale wygrywała tu powierzchnią ożaglowania. Ma kilka metrów więcej od standardowego ożaglowania Morsa. Powoli, już potem bez żagli, na silniku podeszliśmy pod wejście do Niedźwiedziego Rogu. Mieliśmy dużą przewagę nad resztą obozu, więc zarządziłem coś, co praktycznie się nie zdarzało wcześniej na obozach. Kąpiel w jeziorze, z jachtu. Zasada była jednak taka: po pierwsze sternik absolutnie nie wchodzi do wody, a po drugie maksymalnie dwie osoby z załogi mogły jednocześnie pływać. Kąpaliśmy się razem z Żyszkosiem. Jak przypłynęła reszta obozu, kąpiele zostały przerwane.


2008_adam_071 2008_adam_072 2008_adam_073 2008_adam_074 2008_adam_075

   W Niedźwiedzim Rogu jest poprawnie, ale nijako. Może dlatego, że jest to port ciągle w budowie. I bardziej nastawiony na rezydentów, niż takich jak my. Ale z drugiej strony – taki brak „atrakcji”dla obozu też jest pozytywny. Łatwiej nam upilnować towarzystwo.

   Wtedy powoli ten obóz zaczął się stawać obozem nowych miejsc. Bo Niedźwiedzi Róg to dla nas nowość. Potem poszliśmy na Roś. Później do Okartowa. Nie przechodziliśmy w ogóle kanałów. Ot tak nas naszło. I fajnie było :-)

   Z Niedźwiedziego Rogu wypłynęliśmy na Śniardwy... te powitały nas totalną ciszą. Woda przypominała lustro. I co tu robić? I znowu pomysł. Robimy tratwę. Dużą. Spięliśmy wszystkie jachty burtami, upychając pomiędzy nie odbijacze. Cztery łódki podniosły miecze i płetwy sterowe, dwie odpaliły silniki i tak popyrkaliśmy dalej.

   Po półtorej godziny zaczęło wiać. Bardzo uprzejmie, w plecy. Po kolei, poczynając od skrajnych jachtów rozczepiliśmy tratwę i już na żaglach popędziliśmy na południe. Ze Śniardw weszliśmy na Seksty i stamtąd prosto w kanał Jegliński. W kanale śluzowanie (śluza Karwik) i warcząc silnikami przemieszczaliśmy się na jezioro Roś.

   Potem Rosiem, ciągle szukając jakiegoś biwaku. Nie znałem tego jeziora wcześniej w ogóle, więc trochę nerwowo było, ale coś znaleźliśmy. Zupełnie fajne miejsce. Po obiedzie klasówka, (budowa jachtu, niby moja rola, ale Nela mnie wyręczyła, dzięki :-)) piłka, nicnierobienie i nagroda – przepiękny zachód słońca.

   Następnego dnia zarządziliśmy manewrówkę. Mała roszada w załogach pozwoliła mi wsiąść na W Dal i na spokojnie popłynąć i poszukać miejsca do postoju. Wskazany był jakiś ośrodek, ze względu na prysznice na przykład. Na południowym brzegu Rosia, na wschód od naszego biwaku ośrodków jest chyba 7. Portu żadnego. Jeden z nich wydawał się nawet nawet, ale ceny w nim były wybitnie zaporowe. Podeszliśmy potem do miejscowości Pilchy i co? Tam też nic. Dobrze, że sklep był. Zaczęliśmy wracać w stronę Piszu, w końcu znaleźliśmy wolne miejsce w porcie Camp Pisz. Na półtorej godziny. Ekstra, akurat na tyle, żeby dać obiad. Tym się skończyło. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej.

   Dopiero później się okazało, że Mazurskie WOPR ma swój ośrodek szkoleniowy w Łupkach nad Rosiem.... Szkoda, że nie dowiedziałem się o tym wcześniej, ale co tam, jest to bardzo dobra informacja na przyszły rok.


2008_adam_076 2008_adam_077 2008_adam_078 2008_adam_079 2008_adam_080

   Wróciliśmy na Seksty. Zatrzymaliśmy się na przepięknej Bindudze Port, szkoda tylko, że ktoś, kto dzierżawi ją od nadleśnictwa ograniczył się do postawienia jednej plastikowej toalety typu toitoi i jednego przepełnionego kontenera na śmieci. I do pobierania opłaty portowej oczywiście...

   Z Sekst popłynęliśmy ponownie w stronę Niedźwiedziego Rogu, ale tak ładnie wiało, że po krótkiej naradzie z Grześkiem postanowiliśmy pożeglować do Okartowa. Czyli kolejne nowe miejsce.

   I tu okazało się coś jeszcze... Strzyboga nagle zaczęła pływać z przodu stawki. Tak – to Nela. Zdecydowanie ma dryg do pływania. Trzeba się było mocno sprężać, żeby jej uciec. Naprawdę. Pięknie!

   Płynęło nam się pięknie, odliczaliśmy boję za boją (ponumerowane są) aż... zdechł wiatr. Zupełnie.

   Po drodze Rysiek – jak sam nam powiedział – będący na japońskich częściach, uczył nas pisać swoje imiona po japońsku. Nic nie pamiętam. :-)

   Ok, wiatr zdechł, niebo zaciągnęło się jakoś paskudnie, ale weszliśmy na Tyrkło. Stanęliśmy przy jakiejś kei, w szkole, będącej jednocześnie Schroniskiem Młodzieżowym udało się załatwić prysznice i toalety. Na miejscu było boisko, więc piłka (obowiązkowo) i sklep, więc zakupy, i to duże, po dwóch postojach bez sklepu.

   Powrót przez Śniardwy nie był najłatwiejszy, bo wiało dość mocno, oczywiście w dziób. Wyszliśmy zarefowani i na sztormowych fokach, ale zaraz się okazało, że foki mogą być normalne, największy kłopot stanowiły za to dość duże fale. Ale z każdą minutą zdobywaliśmy wysokość i było coraz łatwiej. W końcu weszliśmy do Popielna. Po dwóch latach nie bycia tam. Zmienić się nic nie zmieniło, ale jest tak samo miło.


2008_adam_081 2008_adam_082 2008_adam_083 2008_adam_084 2008_adam_085

   I tam stało się to, czego nie znoszę. I chyba nikt nie znosi... Pogoda. Przetrzymała nas długo. Za długo. Pierwszego dnia wiatr wiał tak, że głowę urywało i naprawdę mało kto pływał, zaś drugiego dnia burze... łaziły jedna za drugą. Trudno, pociągnęliśmy teorię, drugiego dnia zorganizowaliśmy wycieczkę do Stacji Doświadczalnej PAN. Najmłodsi stażem kadrowicze i zarazem Ci, którzy jeszcze nie mieli okazji tam być jako kadra zrobili losowanie. Wygrali Nela z Kulą :-) Zawsze są wśród nas przepychanki kto pójdzie, bo nikomu się nie chce. Ja z pełną premedytacją wykorzystuję moje stanowisko służbowe. Nie pójdę. Już się tam nachodziłem.

   Pogoda wreszcie się poprawiła, wypłynęliśmy. Zatrzymaliśmy się w Mikołajkach, przy kei miejskiej, którą zarządza Mazurskie WOPR. Mieliśmy tam umówiony wykład z ratownictwa. To był tegoroczny pomysł, uważam, że bardzo dobry. Dzieciom bardzo się podobało, nam też. A wykład poprowadził Ratownik Mazurskiego WOPR. A praktycy wiedzą najlepiej, na co trzeba uważać...

   Cóż, obóz zmierzał dużymi krokami ku końcowi, trzeba było powoli płynąć w stronę Starych Sadów. Ale jeszcze popłynęliśmy na biwak na Mikołajskim, niekiedy nazywanym przez nas po prostu Jajko (jest w takiej charakterystycznej zatoce), który jest dzierżawiony przez lokalnego leśniczego. Kiedyś tam były dzikie tłumy ludzi i ciężko było znaleźć miejsce do postoju, na tyle ciężko, że przestaliśmy tam pływać. Tym razem się udało – cisza i spokój. Tylko kotwice, jak nie trzymały, tak nie trzymają :-)

   A z Jajka do Sadów. Na ostatnie doskonalenie, na ostatnie manewrówki.

   Egzamin był zaplanowany na sobotę, Ola, część Komisji Egzaminacyjnej przyjechała już w piątek. Poszła bosmanka, potem zrobiło się śpiewanie w tamtejszej kawiarni. Miło było, bardzo. Ech, brakuje gitarzysty (lub gitarzystki)...

   Sam egzamin – Komisja w składzie takim samym jak na pierwszym obozie przeprowadziła wszystko ładnie i składnie. I sprawnie. Do egzaminu podeszło sześć osób, zdali wszyscy. Może się wydawać dziwna 100% zdawalność. W czasie obozu dokładnie obserwujemy dzieci i staramy się, aby do egzaminu podchodziły tylko pewniaki. Jeżeli widać, że ktoś nie ma szans, albo ma, ale takie pół na pół – staramy się w delikatny sposób zasugerować delikwentowi przełożenie egzaminu na następny raz. Zazwyczaj nasz plan skutkuje tym, że ów zdawacz rezygnuje z podejścia, natychmiast odzyskuje humor i się rozluźnia. No chyba, że ktoś jest bardzo zaparty i koniecznie chce podchodzić.

   I tak dojechaliśmy do końca trzeciego obozu. Jeszcze tylko wręczanie nagród, klar jachtów i takie tam...To co zawsze :-)


2008_adam_086 2008_adam_087 2008_adam_088 2008_adam_089 2008_adam_090

   A co przychodzi mi do głowy na po obozach szkoleniowych?



2008_adam_091 2008_adam_092 2008_adam_093 2008_adam_094 2008_adam_095

IV obóz. Turystyczny. 12 - 27 sierpnia 2008.

   Czwarty turnus był dla mnie trochę powrotem do korzeni. Czemu? A z prostego powodu, w pierwszym sezonie (2003) pływaliśmy w dwa jachty. A na IV obozie w trzy. Wtedy było nas maksymalnie 12 osób, teraz zaczęliśmy w 13, a skończyliśmy w 7.

   Kadra. Jak okazało się, że będzie nas 12 osób, to zacząłem kombinować, żeby uniknąć pływania w załogach po 6 osób, bo ciasno. Lepiej popłynąć w trzy jachty, będzie wygodniej. Tylko tego trzeciego sternika trzeba znaleźć. Paweł miał obiecane już dawno, więc było wiadomo, że popłynie, o mnie nie wspominam, bo po co... I ten trzeci. Nie raz się już chwaliłem, że prowadzę obserwacje, kto by tu ewentualnie do kadry...

   Igor na trzecim turnusie funkcjonował bardzo ładnie, nawet prowadził jacht na jakiejś manewrówce. Zdecydowanie zaczęliśmy przyglądać mu się mocniej. Obgadywać. (pierwsze podejrzenia padły już w zeszłym roku). W końcu decyzja zapadła i zaproponowałem Igorowi poprowadzenie jachtu na IV turnusie. Chodził, kombinował ze trzy dni, i w końcu się zgodził. I dobrze. Dostał Pana Jerza.

   Kto z nami popłynął? Klaudia, Michał i Krystian – ta trójka była patentowana, wyszkolona przez nas, wiadomo było, że będziemy mieli pomocników. Oprócz nich – Kasia, Gloria, Michał, Kuba, Hubert, Sebastian i Bartek.


2008_adam_096 2008_adam_097 2008_adam_098 2008_adam_099 2008_adam_100

   Rejs zaczęliśmy w Starych Sadach. Pierwszego dnia, piękną, fordewindową czwórką Beauforta popłynęliśmy do Rynu. Do Wichrowych Wzgórz. To były wymarzone warunki na pierwszy dzień obozu – ciepło, z wiatrem, płynęło się błyskawicznie.

   W Rynie dokładnie omawiam warunki funkcjonowania obozu, robimy sprawdzian pływacki. On zawsze jest. Musimy wiedzieć, czy towarzystwo utrzyma się na wodzie, jeśli wypadnie za burtę. A nie zawsze pływamy w kamizelkach ratunkowych. Dlaczego? Z prostego powodu – aby to zrozumieć wystarczy założyć taką kamizelkę w upał. I pochodzić w niej, w słońcu, powiedzmy 6 godzin. Myślę, że każdy już rozumie. Ale jeżeli warunki żeglugi się zmieniają na trudniejsze – zakładamy kamizelki. A jeżeli pogoda siada jeszcze bardziej – nie pływamy. I już.

   Pływaliśmy na tym turnusie w trzy jachty. Miało to jedną, wielką zaletę – nie musieliśmy spływać wcześnie do portu, czy na biwak, aby znaleźć miejsce na postój. Dzięki temu mogliśmy robić naprawdę długie przeloty. Z Rynu przeskoczyliśmy do Kozina, dokąd dobiliśmy późnym popołudniem.

   Z Kozina – Sztynort, gdzie był koncert szantowy, grali Mechanicy Szanty. Świetny zespół, poszliśmy wszyscy, oprócz (chyba) Igora, który został przypilnować jachtów. Tego dnia wiał bardzo fajny wiatr, okazało się, że W Dal bez problemu wyprzedza teoretycznie szybsze Tanga 730, na których żeglowali moi znajomi.

   Oprócz tego, że tworzyliśmy niewielką grupę, to na tak duże przeloty pozwoliła nam jeszcze jedna cecha tego obozu, a mianowicie brak szkolenia. Mogliśmy płynąć, i płynąć, i płynąć, i...

   Ze Sztynortu robimy WDW. Tu dojechała do nas Magda Trela, nasza pani sternik z zeszłych lat, teraz wykorzystująca długi weekend i wolne od pracy w związku z tym. Niestety pogoda zaczęła się mocno psuć. Pierwszego dnia, w sobotę, od rana mieliśmy ostrzeżenia o możliwych burzach. Dzwonili rodzice dzieci, dzwoniła moja siostra siedząca przed komputerem z otwartym ICM-em... I niebo było niewyraźne. Ok, zostaliśmy w porcie. Było tak, że w zasadzie można było płynąć... Ale... jednak zostaliśmy. Lepiej nie kusić licha. Najmniej w smak była ta decyzja Magdzie, wszak przyjechała specjalnie po to, żeby popływać. Jednak nic z tego. Przesiedzieliśmy cały dzień w WDW, nic nie robiąc, odpoczywając. Ot, czasem tak trzeba.


2008_adam_101 2008_adam_102 2008_adam_103 2008_adam_104 2008_adam_105

   Burza przyszła. W nocy. Mocno dmuchnęło z południa, natychmiast zdjęliśmy namioty. Rozdmuchało się bardzo szybko, na pewno było ponad 6B. I tak przez całą noc i dzień. Noc nie należała do najprzyjemniejszych, port jest położony na północnym brzegu Święcajt, a wiało, jak pisałem, z południa...

   Pogoda była wręcz fatalna, jeden dzień przestaliśmy, trzeba było koniecznie znaleźć jakieś zajęcie dla dzieci. Przyszła mi do głowy wycieczka do bunkrów w Mamerkach i na Kanał Mazurski. Tylko jak się tan dostać? Z WDW do bunkrów jest z 15 kilometrów... PKS! Tak, kilka telefonów i wiedziałem jak się dostać w tamtą stronę...

   Natomiast żadna informacja PKS nie była mi w stanie powiedzieć czy i o której godzinie będzie jakiś powrotny autobus... ta firma jest bardzo specyficzna :-))) Nic to, postanowiłem liczyć na fart. Poszliśmy na piechotę do Węgorzewa, jedyne 40 minut marszu w jedną stronę. Dworzec PKS znaleźliśmy w zupełnie innym miejscu niż się spodziewałem, poczekaliśmy na autobus, przyjechał i pojechaliśmy :-)

   Bardzo miły pan kierowca wysadził nas tuz przy Bunkrach. Poszliśmy zwiedzać (bez Magdy – Magda pojechała tymże autobusem do Kętrzyna, na pociąg do Warszawy). Kiedy byłem tam po raz ostatni? Pewnie z pięć lat temu :-) tym razem zdecydowałem się jednak jechać, w porcie zostali Igor z Klaudią – mieli doglądać szarpanych przez wiatr jachtów.

   Bunkry zostały zdobyte, chłopcy pokupowali za jakieś nieduże pieniądze maski przeciwgazowe. Idąc od bunkra do bunkra doszliśmy do nieczynnej linii kolejowej Kętrzyn – Węgorzewo i idąc wzdłuż torów dotarliśmy do mostu nad Kanałem. Potem był długachny marsz wzdłuż Kanału. Szło się ciężko, bo w nocy padało i ścieżki były bardzo błotniste. Przeszliśmy obok jazu bezpieczeństwa, resztek mostu drogowego (zniszczonego w czasie II Wojny Światowej), grobli usypanej w miarę niedawno w poprzek Kanału i w końcu dotarliśmy do pierwszej śluzy Leśniewo Górne.

   Śluza ta wreszcie została zagospodarowana, oczywiście nie w sposób, dla jakiego została zbudowana. Ktoś wpadł na świetny pomysł, na śluzie jest park linowy. Na szczęście dzieci nie chciały z niego skorzystać.

   Dlaczego na szczęście? Dowiedzieliśmy się o tym chwilę później. Poszliśmy dalej, obejrzeliśmy następną śluzę, Leśniewo Dolne. Potem na spokojnie na przystanek PKS i... na autobus czekaliśmy zaledwie 10 minut :-)


2008_adam_106 2008_adam_107 2008_adam_108 2008_adam_109 2008_adam_110

   Wycieczka udała nam się bardzo, przeszliśmy zapewne sporo ponad 10 kilometrów. Po powrocie wydaliśmy szybką obiadokolację i wreszcie można było odpocząć.

   Wiatr wreszcie się uspokoił i w poniedziałek 18 sierpnia, zaraz po śniadaniu, wypłynęliśmy. Popłynęliśmy na Mamry. Wreszcie wiał piękny, równy wiatr, zatem spokojnie, bez nerwów opłynęliśmy jezioro dookoła. Z wody obejrzeliśmy wejście do oglądanego przez nas dzień wcześniej Kanału Mazurskiego. Okrążyliśmy wyspę Upałty, pokonując pod wiatr bardzo wąskie przejście między nią, z zachodnim brzegiem Mamr. W Dal z Żyszkolą przeszły bez problemu, a Jerz... woził się tam i woził, w końcu wygrali z cieśniną :-)

   Dalej przeczka, Kirsajty, przejście pod mostem i wyszliśmy na Dargin i Kisajno. Pierwotny plan był taki, żeby iść na Dobskie. Na Łabapie spotkaliśmy zaprzyjaźnioną na nami od lat załogę Sasanki „Smoczek i Ośmiorniczka”. Zaczęli nas namawiać, aby popłynąć z nimi na Zimny Kąt. No dobra, zmieniliśmy nasze plany, popłynęliśmy.

   Z Kąta poszliśmy na zaplanowane wcześniej Dobskie. Równy, nie za mocny wiatr, słońce, pełna sielanka. Szybko doszliśmy pod wyspę Gilma, przy której rzuciliśmy kotwice i... była kolejna kąpiel w jeziorze z jachtu. Pilnując zasady, aby zawsze na jachcie był ktoś, kto był w stanie sobie z nim poradzić.

   Po kąpieli wodnej przeszliśmy płynnie do kąpieli słonecznej. Wygrzaliśmy się w słońcu, żeglując spokojnie w stronę Sztynortu. Dlaczego znowu tam? W Sztynorcie miały wysiąść Klaudia z Kasią, taki był plan od samego początku obozu.

   Dziewczyny pojechały, a my zrobiliśmy przelot do Giżycka. Niby mogło się wydawać, że krótki, ale opłynęliśmy równo całe Kisajno, zarówno głównym szlakiem, jak i pożeglowaliśmy między wyspami. Zatrzymaliśmy się w COS-ie. Stamtąd, po obiedzie, zrobiliśmy wycieczkę do miasta, na jakieś zakupy, poszukiwanie internetu itp.

   Z Giżycka na Wojnowo. Most na nowym kanale był zamknięty, więc pokonaliśmy niewielki fragment Kisajna, kanały Piękna Góra i Niegociński, a potem jeziora Niegocin, Niałk Duży i Mały.

   Zatrzymaliśmy się na przepięknym biwaku. Dzieci poszły po drewno, a jako, że W Dal miała kambuz i zostałem sam na jachcie, zabrałem się za przygotowywanie obiadu. Po obiedzie przyszedł deszcz, niedługi, ale wystarczający, aby zmoczyć wszystko dookoła. Nie przeszkodziło nam to jednak w rozpaleniu ogniska. Igor wykazał się w dużym samozaparciem w tej kwestii. Uparł się, że rozpali i rozpalił :-)


2008_adam_111 2008_adam_112 2008_adam_113 2008_adam_114 2008_adam_115

   Upiekliśmy kiełbaski, chlebek i w ten sposób „zrobiła się” kolacja.

   Wieczorem była śmieszna scena. Na biwaku pojawiło się stado krów. Szły dostojnie, obwąchując to i owo. Najbardziej zafascynował je nasz wielki, obozowy czajnik. Został bardzo dokładnie obejrzany, obwąchany i... na szczęście zaakceptowany.

   Z Wojnowa do Starych Sadów. Zasuwaliśmy dość szybko w dół, na południe, bo Gloria chciała koniecznie zobaczyć Śniardwy, nasze największe jezioro. Jednocześnie wiedziałem, że śląska ekipa ma wyjechać od nas na trzy dni przed końcem obozu. Trzeba było wybrać takie miejsce, do którego da się bezproblemowo dojechać autem. Zatem Śniardwy + port = Popielno. Tałty, Mikołajskie, kółko po Śniardwach i jesteśmy na miejscu. Nocowanie i rano zostaliśmy sami, w osiem osób. Na trzech jachtach. Zdecydowanie zostałem sam na pokładzie.

   Śniardwami popłynęliśmy pod wyspy i z powrotem, potem Bełdany i dotarliśmy do Kamienia. Na Bełdanach Paweł, nie wiadomo czemu, wrzeszczał, że nie znosi tego jeziora. A one są po prostu bardzo specyficzne i trudne do żeglugi. Długie, wąskie, z licznymi rozlewiskami, zatokami, wyspami. Trudne, bo wiatr na nim kręci w niesamowity wręcz sposób. Nierzadko zdarza się, że grupy jachtów, płynące w przeciwnych kierunkach płyną... fordewindem. Każdy kurs względem wiatru trwa przez chwilę, trzeba po prostu bardzo, ale to bardzo uważać na każdą jego zmianę. I wtedy da się płynąć dość szybko do przodu.


2008_adam_116 2008_adam_117 2008_adam_118 2008_adam_119 2008_adam_120

   Następnego dnia, kiedy płynęliśmy z Kamienia do Mikołajek i Bełdany znowu doskonale pokazały swój charakter dostałem serię sms-ów od Igora:

   „Kody do 'Ultimate W DAL Sailing Simulator':

   A jeszcze wcześniej:

   „chcesz wyprzedzić wszystkich na Mazurach? Wyślij sms o treści SZKWAL na numer 7122, aby nieuczciwie powiał Tobie sprzyjający wiatr, który da Ci zwycięstwo nad znajomymi. Koszt to tylko 1,22zł z VAT”

   I tak dobrnęliśmy do Starych Sadów, do końca obozu i zarazem obozów 2008. I tak...

DO ZOBACZENIA!

   Brześć, listopad 2008

   Kula! Dziękuję za korektę! Zapewne miałeś co robić.  

powrót do głównej


2008_adam_121 2008_adam_122 2008_adam_123 2008_adam_124 2008_adam_125

2008_adam_126 2008_adam_127 2008_adam_128 2008_adam_129 2008_adam_130

2008_adam_131 2008_adam_132 2008_adam_133 2008_adam_134 2008_adam_135

2008_adam_136 2008_adam_137 2008_adam_138 2008_adam_139 2008_adam_140

2008_adam_141 2008_adam_142 2008_adam_143 2008_adam_144 2008_adam_145

2008_adam_146 2008_adam_147 2008_adam_148 2008_adam_149 2008_adam_150

2008_adam_151 2008_adam_152 2008_adam_153 2008_adam_154 2008_adam_155

2008_adam_156 2008_adam_157 2008_adam_158 2008_adam_159 2008_adam_160

2008_adam_161 2008_adam_162 2008_adam_163 2008_adam_164 2008_adam_165

2008_adam_166 2008_adam_167 2008_adam_168 2008_adam_169 2008_adam_170

2008_adam_171 2008_adam_172 2008_adam_173 2008_adam_174 2008_adam_175

2008_adam_176 2008_adam_177 2008_adam_178 2008_adam_179 2008_adam_180

2008_adam_181 2008_adam_182 2008_adam_183 2008_adam_184 2008_adam_185

2008_adam_186 2008_adam_187 2008_adam_188 2008_adam_189 2008_adam_190

2008_adam_191 2008_adam_192 2008_adam_193 2008_adam_194 2008_adam_195

2008_adam_196 2008_adam_197 2008_adam_198 2008_adam_199 2008_adam_200

2008_adam_201 2008_adam_202 2008_adam_203 2008_adam_204 2008_adam_205

2008_adam_206 2008_adam_207 2008_adam_208 2008_adam_209

2008_adam_210 2008_adam_211 2008_adam_212 2008_adam_213

2008_adam_214 2008_adam_215 2008_adam_216