Piąte lato na Mazurach, czyli obozy 2007.


   Zazwyczaj po sezonie przychodzi taki trudny moment, kiedy trzeba siąść przed komputerem i zabrać się za pisanie relacji. Następuje to, jak co roku, po pogróżkach ze strony obozowiczów – „Adam, kiedy zdjęcia, kiedy relacje???!!!” W końcu sternicy też zaczynają się pieklić, ja zaczynam czuć bat na plecach, więc eLka idzie na parking, trzeba pisać. No, dobra, jeszcze trzeba znaleźć natchnienie, z tym różnie bywa. A tu dwie relacje do napisania – jedna z obozów i druga ze świetnego rejsu z Elbląga przez Gdańsk do Ostródy…

   A, i jeszcze jedna łódka dołączyła do floty niebieskich Morsów. Też Mors. Też niebieski, no może trochę ciemniejszy, nawet granatowy.

   No dobra. To był piąty sezon funkcjonowania Szkoły Żeglowania W DAL. Tak, czas płynie, już pięć lat – 2003, 2004, 2005, 2006, 2007… Jaki? Udany? Spokojny? Dobry? Inny? Lepszy? To Wy decydujecie jaki….

   Pierwszy obóz. Od 23 czerwca do 08 lipca. Obóz, przed którym miałem pewne obawy, bo w końcu były trzy debiuty w kadrze. Pierwsza Gusia – Agata Gmaj – nasz wychowanek, kiedyś tam, kiedy? – na trzecim obozie 2004 zdobyła stopień żeglarza jachtowego, potem pływała coraz lepiej i lepiej, nawet całkiem odpowiedzialnie, zatem decyzja zapadła – do kadry. Może nie do końca tak, jak planowałem, bo Gusia miała przyjechać właśnie na pierwszy obóz, rozpływać się u mnie w załodze i poprowadzić jacht na drugim. Jednak realia są trochę inne, po we wszystkich szkołach żeglarstwa brakuje dobrej kadry, na tydzień przed obozem był wakat w kadrze… Gusia jeździła za mną w czerwcu na Mazury, woziliśmy łódki, w zasadzie wtedy dostała propozycję nie do odrzucenia: „- Gusia, trzeba poprowadzić łódkę już na pierwszym obozie. Dasz radę? – No jakoś dam…” I dała! :-) Kadrowała zarówno na pierwszym jak i na drugim obozie. Poza Gusią debiutowali: Tomek Kolipiński, sternik jachtowy, polecony przez Grześka Pytko. Dzięki Tomkowi okazało się, że Krewetka potrafi pływać całkiem szybko. Trzeci „pierwszy raz” to Marcin Siwak, teraz już Młodszy Instruktor Żeglarstwa (wtedy sternik jachtowy), którego poznałem na kursie instruktorskim w Białymstoku.

   Jachty – ten sam zestaw co w zeszłym roku, czyli oprócz czterech W DAL-owych niebieskich łódek pływała z nami Monada i Krewetka.


2007_adam_001 2007_adam_002 2007_adam_003 2007_adam_004 2007_adam_005

   Obóz dla odmiany zaczęliśmy w Starych Sadach, na miejsce przyjechałem już 21 czerwca, aby na spokojnie, bez paniki przygotować jachty, zasztauować żarcie, ponicnierobić, na spokojnie napić się piwa, czekać na dzieci.

   Generalnie był to obóz pod znakiem deszczu i ciepłych ciuchów… Tak, lekko nie było, powiem nawet – zimno, bardzo zimno momentami. I całkiem mokro. Ale nie uprzedzajmy faktów.

   Do Sadów wszyscy dotarli prawie o czasie. No, prawie (jak już powszechnie wiadomo „prawie” robi wielką różnicę), komuś 12:00 pomyliła się z 13:30, ale teraz to nie ma znaczenia, znaczenie ma w dniu rozpoczęcia obozu, dla mnie i dla rodziców, dzieci, kadry… W końcu są wszyscy, 26 osób, na to całe towarzystwo przypada 6 osób kadry. Damy radę. Aha, w kadrze, poza debiutującą trójką jest jeszcze Łukasz Hyra (MIŻ) i Piotrek „Kula” Ochnicki („stejot”).

   Podzieliliśmy się na załogi, dokładnie to ja dokonałem podziału, jakżeż mogłoby być inaczej, ot moje widzimisie połączone z oczekiwaniem każdego ze sterników. Do mojej załogi trafia czterech chłopaków. Kacper ma taką ciekawą cechę, że jak tylko wyciągałem aparat to natychmiast zaczynał się uśmiechać i pozować do zdjęć, Oskara trzeba było od czasu do czasu dość mocno pacyfikować, hiperaktywnego Marcina – Wikszema roznosiła energia, a Jasiek na początku przygaszony rozkręcił się dość mocno. Kadra śmiała się ze mnie, że sam sobie dałem karniaka.


2007_adam_006 2007_adam_007 2007_adam_008 2007_adam_009 2007_adam_010

   Wypływamy. Tradycyjnie, czym prędzej, tym lepiej, oderwać się od kei, popłynąć gdzieś na biwak, gdzie można się poznać, a przede wszystkim oderwać od Rodziców. W końcu trzeba zacząć obóz.

   Na początku nawet świeciło słońce. Mieliśmy plan aby wejść do zatoki Skanał na jeziorze Tałty, mieliśmy iść głęboko, do końca. Jednak na wejściu w zatokę jest bardzo sympatyczny biwak, zatem szybko zapadła decyzja, że na pierwszą obozową noc w sezonie 2007 staniemy właśnie tam.

   Oczywiście mieliśmy ambitny plan, żeby rozpalić ognisko, ale jak to w tym roku bywało popadał deszcze, było mocno mokro i z ogniska nici. W Starych Sadach pożyczyliśmy grilla, zatem pierwszy, tradycyjny posiłek został wydany.

   Potem przyszła burza, mieliśmy jeszcze nadzieję, że deszcz nie będzie standardem, dmuchnęło dość mocno, jedną łódkę trzeba było postawić na dodatkowej kotwicy. Następnego dnia chłopcy postanowili ułatwić sobie odejście i zerwać ową dodatkową kotwicę z brzegu, wybierając linę pod kątem prostym do pierwotnego ułożenia kotwicy i liny. Ja obserwowałem te operację to natychmiast przypomniał mi się znany wierszyk „Zasadził dziadek rzepkę w ogrodzie…” Mniej więcej pół obozu siłowało się z owa kotwicą, lina trzeszczała, w końcu żelazko puściło. Nikt się nie spodziewał, że złapie tak mocno.


2007_adam_011 2007_adam_012 2007_adam_013 2007_adam_014 2007_adam_015

   Ze Skanału popłynęliśmy do Rynu. W Rynie jak zwykle cicho i spokojnie, choć jakoś tak inaczej, niż w poprzednich latach. Przed samym Rynem zrobiliśmy małą manewrówkę, po południu obiad, wieczorem – jako, że to była niedziela – kilka osób poszło do kościoła.

   Rankiem 25 czerwca dostałem informację o załamaniu pogody przewidzianym na południe następnego dnia. Chcieliśmy iść na Mikołajki, ale skoro pogoda ma siąść, to lepiej popłynąć do Kozina. W Kozinie jest miły port, są daszki, pod którymi można przygotować posiłki, czy zrobić wykład. Do kanałów udało się dopłynąć na żaglach, przez same kanały oczywiście z położonymi masztami na silnikach. Na Jagodnym zdechło już zupełnie, silniki i wio do przodu.

   26.06. Po śniadaniu wychodzimy na manewrówkę, wiatr tężeje, refujemy. Informacje miałem takie, że od 14:00 zacznie wiać dobre 6B. O 1300 schodzimy z wody, o 14 już wieje… I niech mi ktoś do jasnej ciasnej nie mówi, że jak jest na żaglówce to nie może odebrać prognozy pogody. Telefon ma każdy, no, prawie każdy, można zadzwonić do kogokolwiek, kto siedzi przed komputerem z dostępem do Internetu…


2007_adam_016 2007_adam_017 2007_adam_018 2007_adam_019 2007_adam_020

   Po obiedzie robimy zajęcia z ratownictwa, korzystając z tego, że jeszcze jest w miarę ciepło. Kamizelka, skok do wody, węzeł ratowniczy, pływanie, koło ratunkowe. Przecież każdy musi umieć ubrać się w ów sprzęt, a przede wszystkim my musimy wiedzieć, czy wszyscy pływają.

   Długi Piotrek i Duży Michał znaleźli sobie zabawę – „prawie jak Grzesio”. Robili sobie czuprynę z wodorostów.

   Cały następny dzień – 27.06 - spędzamy w Kozinie. Wieje tak, że „łeb urywa”, zimno, ciepłe ciuchy, zimowe czapki w ruchu. Namioty oczywiście postawione, przelatują dość intensywne przelotne deszcze. Temperatura taka, że woda na herbatę gotuje się prawie godzinę. Zwykle to trwa połowę tego. Na posiłki kambuz wydaje ice tea. Znaczy do kubków leje się gorące, ale po kilku minutach jest już zimne. Z obiadami podobnie.

   Gusia zadebiutowała również jako wykładowca. Locja. Wszyscy nawet słuchali. Zwłaszcza jak ja się zbliżałem do stolików :-) Potem poszedł drugi wykład. Jaki? Już nie pamiętam. Chyba Łukasz zrobił ratownictwo.


2007_adam_021 2007_adam_022 2007_adam_023 2007_adam_024 2007_adam_025

   Generalnie dzień spędzamy na pilnowaniu lin kotwicznych, poprawianiu odbijaczy, patrzeniu w niebo i… graniu w piłkarzyki. W siatkówkę i piłkę kopaną też.

   28 czerwca przydechło na tyle, że zdecydowaliśmy się wypłynąć. Popłynęliśmy na północ, do Wilkasów, oczywiście poubierani w sztormiaki, bluzy, czapki itd. Taki długi przelot może być doskonale połączony z manewrówką. Można pięknie ćwiczyć zwroty przez sztag, czy zwroty przez rufę. Zwłaszcza tych ostatnich można wykonać dziesiątki.

   Przechodząc przez stary kanał Niegociński dopłynęliśmy do portu Mariana Bełbota nad Tajtami. Wydaje mi się, że to jeden z lepszych portów dla obozu. Cisza, spokój, żadnego baru, do sklepu całkiem daleko…


2007_adam_026 2007_adam_027 2007_adam_028 2007_adam_029 2007_adam_030

   29.06. Przeszliśmy na Kisajno i, o dziwo, rozrefowani pomknęliśmy na Święcajty, do WDW. Po południu zrobiło się nawet tak ciepło, że dało się chodzić bez czapek (w domyśle: zimowych), ba, nawet tylko w koszulkach. W samym WDW jak zwykle super, szkoda, że był to jedyny raz w tym sezonie, kiedy zatrzymaliśmy się w tym porcie. Cóż, trasa obozów tak się poukładała, że do WDW było trochę za daleko, mieliśmy do wyboru albo zrobić mniej manewrówek i dopłynąć, albo więcej manewrować. W związku z tym, że był to obóz szkoleniowy wybraliśmy to drugie rozwiązanie.

   Zawsze chciałem popłynąć na Stręgiel. Popatrzyłem w kalendarz, mieliśmy zapas czasu, poza tym nad Stręglem, w ośrodku „Omega” mój znajomy, człowiek, który pierwszy raz zabrał mnie na żaglówki, Tomek Kaczmarski prowadził obóz na Optymistach dla 8-10 letnich maluchów. Zapadła decyzja – płyniemy.

   Z WDW wyszliśmy rano 30 czerwca. Płynęliśmy z wiatrem, więc nie minęło 10 minut i wpadłem na pomysł, żeby popłynąć na wstecznym. Po 10 minutach cały obóz zasuwał tyłem do przodu :-) Bardzo śmiesznie to wyglądało.


2007_adam_031 2007_adam_032 2007_adam_033 2007_adam_034 2007_adam_035

   Dopłynęliśmy do Ogonek. Położyliśmy maszty, wchodzimy w Sapinę, W DAL pierwsza. Oczywiście nie zwróciłem uwagi, że mostek przed nami jest trochę za niski i oparliśmy się o niego bramą do kładzenia masztu. Na szczęście nic się nie stało. Natychmiast ostrzegłem pozostałych sterników, nikt więcej już o most nie zahaczył.

   Sapina i Stręgiel to strefa ciszy, płyniemy zatem na pagajach, wolno, oglądając zupełnie nowe miejsce. Zaraz za mostem przepływamy pod linią energetyczną, to tu ktoś zginął kilka lat temu… Teraz przed i za linią są postawione słupy, połączone gruba liną, w poprzek rzeki. Znacznie niżej, niż druty z prądem. Ot, takie zabezpieczenie, aby ktoś postawionym masztem nie dotknął drutów elektrycznych. Bardzo prosta konstrukcja, zarazem jakże skuteczna. Szkoda, że spotykana tak rzadko.

   Oczywiście – skoro to strefa ciszy, to wiatru nawet na lekarstwo. Żagle postawione, czasem coś zawieje, ale generalnie stoimy w miejscu. W końcu zrzuciliśmy żagle i na pagajach popłynęliśmy do wyspy na biwak. Fajna duża wyspa, z dużą polaną na środku. Na biwaku wydaliśmy obiad, kolację, potem rozpaliliśmy ognisko.


2007_adam_036 2007_adam_037 2007_adam_038 2007_adam_039 2007_adam_040

   Pogoda łaskawie zezwoliła nam na rozpalenie ogniska, zabraliśmy się za śpiewanie szant, ale cóż – posiedzieliśmy może półtorej godziny i zaczęło padać. Przenieśliśmy się pod namiot na jednym z jachtów. Za to mieliśmy rozwiązany problem gaszenia ogniska…

   Pierwszego lipca zarządziłem manewrówkę. Wiało zupełnie ładnie, równo, dość mocno, zatem wszyscy się zarefowali. Wymieszaliśmy załogi, jedna załoga była załogą czysto turystyczną, dawali radę całkiem nieźle, zatem kazałem się wysadzić w „Omedze”, gdzie spotkałem się z Tomkiem. Umówiliśmy się, że wszyscy będą pływać dopóki nie ściągnę ich telefonem do portu. Wszystko było super, tylko te przelotne ulewy… Mniej więcej co 30 minut przechodził gwałtowny opad, nikt nie wiedział jak się ubrać…

   Ponadto w „Omedze” spotkałem się z bosmanem, z którym omówiliśmy warunki postoju w porcie. Port świetny, spokój, cisza, tylko trochę drogo. Ale za to w cenie postoju są prysznice, z gorącą wodą, bez limitów. Wszyscy kąpali się po dwa razy. Wieczorem i rano. Poza tym „Omega” to niemalże idealne miejsce do postoju dla obozu. Daleko od miasta, brak jakiegokolwiek sklepu, baru z produktami procentowymi. Bardzo dobre sanitariaty. Boiska. Warto tam zaglądać, czy będziemy? Nie wiem, wszak do „Omegi” jest dość daleko, wszystko zależy od czasu. Na drugim i trzecim obozie nie mieliśmy szansy, aby tam dopłynąć.


2007_adam_041 2007_adam_042 2007_adam_043 2007_adam_044 2007_adam_045

   Wtedy też pojawił się problem z mieczem na Żyszkosiu. Załoga nie mogła go podnieść. Podejrzenie natychmiast padło na bloczek na mieczu. Zajrzałem do skrzyni mieczowej. Tak, z bloczka niewiele zostało, jeszcze udało się raz podnieść miecz, opuścić po przejściu Sapiny i tyle. Wiedziałem, że musimy płynąć do Sztynortu, gdzie jest dźwig, sklep żeglarski, warsztat.

   2 lipca to był ostatni słoneczny dzień obozu. Bez wiatru, pokonaliśmy Stręgiel, Sapinę, Święcajty. Szliśmy wolno, na silnikach. Spotkaliśmy obóz Andrzeja Orłowa, wyszli na żaglach z WDW z prędkością nie spieszącego się żółwia. Po wyjściu na Mamry postawiliśmy żagle, na słabych podmuchach wiatru dało się jako tako płynąć. Jak zawsze przy takich spotkaniach wywiązała się bitwa morska. Nie pamiętam już kto pierwszy zaatakował, każdy uznał, że jest zwycięzcą. Potem żagle dół i na silnikach poszliśmy do Sztynortu.

   W Sztynorcie jak zwykle fajnie, spokojnie, zajęliśmy keję na szarym końcu. I dobrze, bo mimo, że stamtąd wszędzie jest szalenie daleko, to mamy święty spokój, całe „niespokojne” towarzystwo stoi gdzieś wcześniej. 3 lipca to był wtorek, zatem jak to w każdy wtorek w Sztynorcie jest koncert szantowy. Grał Waldek Mieczkowski. Zebraliśmy niewielką ekipę chętnych, poszliśmy, koncert był super. Na koniec nawet zrobiły się jakieś „tańce”, w czym nasze dzieci oczywiście brylowały. A, i zaczęło padać. I w zasadzie tak też zostało do końca obozu.


2007_adam_046 2007_adam_047 2007_adam_048 2007_adam_049 2007_adam_050

   Następnego dnia, 4 lipca, zrobiliśmy manewrówkę. 5 jachtów ćwiczyło podejście do człowieka, odejście i podejście do kei. A ja zabrałem długiego Piotrka i popłynęliśmy z Żyszkosiem pod dźwig, aby go wyjąć z wody i naprawić patent do podnoszenia miecza. Poszło całkiem sprawnie, udało się dokupić brakujące elementy, zmontować wszystko, Żyszkoś znowu stał się w pełni sprawny.

   Po Sztynorcie skok do COS-u. Tam przestaliśmy kolejne. Dni wypełnione manewrówkami, ostatnimi wykładami, moknięciem, marznięciem, itp…

   Codziennie rozmawiałem z Olą, dostawałem świeże prognozy pogody. Każda rozmowa zaczynała się od „o matko…” Nie było lekko. Deszcz i silny wiatr. Mieliśmy obawy, czy nie będzie wiało zbyt mocno, aby zorganizować egzamin. Bo do tego, że pada, to już wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. Łódki były mokre nawet w środku, siłą rzeczy wszędzie było wilgotno, nic nie schło… Ostatniego dnia obozu kiedy już wszyscy wyjechali i na chwilę wyszło słońce powyciągaliśmy materace – wszystkie od spodu po prostu były mokre…


2007_adam_051 2007_adam_052 2007_adam_053 2007_adam_054 2007_adam_055

   W COS-ie zrobiliśmy jeszcze wycieczkę do Giżycka i do Twierdzy Boyen.

   6 lipca, po obiedzie, zrobiliśmy przelot – gigant ;-) Przestawiliśmy się z COS-u do Strandy, dokładnie na druga stronę zatoki Tracz, wszystkiego może 150 metrów. A wcześniej była manewrówka, załodze Monady udało się rozerwać grota. Na szczęście dla nas w Giżycku jest kilka zakładów żaglomistrzowskich, zatem grot został naprawiony.

   Ustawiliśmy się w porcie, całkiem ładnie, szefostwo przygotowało dla nas namiot ogrodowy, gdzie natychmiast wprowadziliśmy się z kambuzem. Namiot, który w zasadzie na okrągło remontowaliśmy, bo wiatr rozrywał go na kawałki.

   Dzieci poleciały „zwiedzać” sanitariaty. Wróciły radosne, wołając, że przenoszą się tam ze śpiworami, bo przynajmniej jest sucho ;-) Rzeczywiście sanitariaty pierwsza klasa, czyste, nowe. Szkoda tylko, że mimo wszystko Stranda nie jest przyjazna obozom. Szefowa np. zrobiła awanturę, że dzieci siedzą w barze (szumnie nazywanym tam tawerną) i zajmują miejsca. Owszem, zajmują, ale na okrągło chodziły a to frytki, a to herbata, a to coś, poza tym nikogo, poza nami, w porcie nie było. Ogólnie obóz dla szefowej był wrogiem (tydzień później nie pozwolili Andrzejowi rozstawić się z kambuzem, zatem był zmuszony stamtąd odpłynąć…) Nie rozumiem takiego działania, zwłaszcza, że opłata portowa jest dość wysoka, ponad 30 osób może zostawić na miejscu dość duże pieniądze. Potem, jak obserwowaliśmy Strandę, to nie było w porcie nikogo, ewentualnie stał jeden, dwa jachty... Cóż, przy takim podejściu fajny port w bardzo fajnym miejscu po prostu upadnie... Szkoda.


2007_adam_056 2007_adam_057 2007_adam_058 2007_adam_059 2007_adam_060

   7 lipca egzamin. Rano, zaraz po śniadaniu, zdążyliśmy zrobić jeszcze sesję zdjęciowa całego obozu. Pamiętałem zeszłoroczne doświadczenie, kiedy na jednym (chyba trzecim) obozie po prostu o tym zapomnieliśmy. Pojawiła się Komisja. Zaczynamy od teorii. Pogoda jest paskudna, wieje bardzo mocno, prognoza mówi, że po południu ma przycichnąć. Kombinujemy, szukamy rozwiązania, w końcu zapadła decyzja, że popłyniemy na Tajty, tam powinno być spokojniej.

   Do egzaminu podeszło osiem osób, dwie osoby odpadły na teorii. Jasiek i Piotrek – zgodnie z moimi przewidywaniami – nie uczyli się zupełnie, cóż, brutalna prawda wyszła na jaw… Na manewrówkę wyszło 6 osób. Komisja – Paweł Szoka i Ola – pojechali nad Tajty do portu Mariana Bełbota samochodem, zabierając kogoś ze sobą, a my wsiedliśmy na W DAL i popłynęliśmy. Szybko, na silniku, przy niezłym gwiździe.

   Pomysł z Tajtami okazał się strzałem w dziesiątkę, rzeczywiście było tam dużo spokojniej, łódka pływała bardzo dobrze, nawet później rozrefowali grota! Dziwna rzecz. Manewrówkę zdali wszyscy – czyli sześć podchodzących osób.


2007_adam_061 2007_adam_062 2007_adam_063 2007_adam_064 2007_adam_065

   Wieczorem – po kolacji – omówienie tego co nas czeka ostatniego dnia, czyli klarowania jachtów, rozdawanie dyplomów, gratulacje, pogróżki ;-) Jeszcze później robi się śpiewanie, wszak Ola przywiozła gitarę, udało się ja zagonić do grania.

   Długiego Piotrka tylko roznosiła energia i wieczorem, już po zarządzeniu ciszy nocnej, Wikszem, nie wiedzieć czemu, znalazł pokrzywy w swoim śpiworze :-)

   Ostatniego dnia – wielkie sprzątanie, czyszczenie łódek. Nie ma mowy o wyjmowaniu materacy, o ich wytrzepaniu – przecież pada, co jest zjawiskiem absolutnie normalnym i nikt już na to nie zwraca uwagi. Dopiero popołudniu wyszło słońce i wyciągnęliśmy materace do suszenia. Pojawili się rodzice, jednym trzeba było pogratulować, innym opowiedzieć to i owo, w końcu wyjechali wszyscy. Za to przyjechała kadra na II obóz. I przyjechał Mateusz, z Mamą – mieli przyjechać rano, ale mieli po drodze jakieś przygody z samochodem, więc pojawili się dopiero popołudniu. Popłynęliśmy z nimi na W DALi na mały rejs dookoła wysp.


2007_adam_066 2007_adam_067 2007_adam_068 2007_adam_069 2007_adam_070

   Drugi obóz w sezonie 2007. Niewielkie zmiany w kadrze – wyjeżdża Tomek i Marcin, przyjeżdża Magda Trela i Grzesiek Pytko. Małe przetasowanie na łódkach – Kula wyprowadza się z Żyszkoli (zwanej również Żyszkulą), wprowadza się na Krewetkę. Miał to obiecane już dawno, ale jak zobaczył, że Krewetka jednak potrafi pływać to nawet za bardzo nie protestował. Magda wprowadziła się na Strzybogę, Grzesiek na Żyszkolę. Łukasz został na Monadzie, Gusia na Żyszkosiu, mnie z W DAL-i nikt nie wygna. Przyjechał również Paweł Barczak, nasz wychowanek – Paweł miał obiecane, że na drugi obóz przyjeżdża do mnie do załogi, na trzecim dostaje jacht do prowadzenia. I tak tez się stało. Już na drugim obozie funkcjonował na prawach kadry.

   Ciekawy był to obóz. Głównie dlatego, że na 21 uczestników (potem 23 – dojechał Jasiek i Wikszem) było zaledwie osiem osób, które na naszym obozie były pierwszy raz. Tak, cała reszta pływała już z nami wcześniej. Dla kadry sytuacja prawie idealna, „nowi” nie maja w zasadzie nic do powiedzenia, „starzy” doskonale wiedzą jak funkcjonuje obóz i na pewno „nowym” dokładnie wytłumaczą.

   My początkowo płyniemy w cztery osoby – Paweł, Weronika (siostra Gusi), Karina i ja. Później dołączył do nas Marcin – Wikszem. Wreszcie mam ulgową sytuację, bo mogę się zająć również innymi sprawami, na wodzie rządzi Paweł, on prowadzi szkolenie – ma wprawkę przez trzecim obozem.


2007_adam_071 2007_adam_072 2007_adam_073 2007_adam_074 2007_adam_075

   Z drugim obozem zaczęło się słońce. Wreszcie. Najpierw płyniemy na biwak do zatoki Zimny Kąt. Chcieliśmy iść na sam koniec zatoki, tam kiedyś było na pół dzikie pole namiotowe, z kejami, ale okazało się, że po owym miejscu nie ma nawet śladu. Zatem stanęliśmy gdzieś zupełnie na dziko, ale musieliśmy wybrać takie miejsce, aby dało się dojechać. A dojechać miał Długi Piotrek, który dostał się na studia i musiał osobiście poskładać jakieś dokumenty na uczelnię, ponadto tak chciał popłynąć na jeszcze jeden obóz (był już na pierwszym), że przełożył kurs na prawo jazdy :-)

   W lesie było tak mokro po ostatnich pięciu czy sześciu dniach z deszczem, że nie było mowy o rozpaleniu ogniska, zatem w ruch poszedł grill. A ognisko udawał „gacek”, czyli gazowa lampka.

   Z Zimnego Kąta przeskoczyliśmy do COS-u. W planie był sprawdzian pływacki, ale uczestnicy byli na tyle niewyraźni, a jednocześnie było dość zimno, że zrezygnowaliśmy z tych zajęć. OK., można było wszystkich na siłę wykąpać, ale potem obóz byłby jedną wielką izolatką.


2007_adam_076 2007_adam_077 2007_adam_078 2007_adam_079 2007_adam_080

   Z COS-u zrobiliśmy długi przelot w miejsce, gdzie nigdy nie byliśmy obozem. Popłynęliśmy aż na Dobskie. Stanęliśmy na wyspie Gilma. Śliczny biwak, na cyplu, miał tylko jedną wadę. Wystarczyło wejść na kilkanaście metrów w las, żeby komary dosłownie rzucały się na człowieka. Miliony ich były. Ale na biwaku, tuż nad jeziorem dawało się spokojnie przeżyć.

   Generalnie tam była sielanka, słoneczko świeciło, było całkiem ciepło i miło. Wygoniłem dwie załogi na manewrówkę, ale wiatr zaraz ucichł prawie zupełnie, czasem przechodził przez jezioro jakiś przeciąg, jedna załoga wróciła zaraz, druga powalczyła trochę dłużej.

   Wieczorem Chochel zaoferował się, że przygotuje ognisko. Owszem, zabrał się do roboty, nałamał gałęzi, zielonych, mokrych, ustawił to w pokaźny stosik i zdziwił się, że się nie rozpaliło. A wcześniej wszyscy dzielnie łazili po wyspie i zbierali drewno na ognisko. Ja nawet wlazłem na drzewo, potem miałem mały kłopot, żeby z niego zejść, ale jakoś dałem radę.


2007_adam_081 2007_adam_082 2007_adam_083 2007_adam_084 2007_adam_085

   Potem u mnie włączył się moduł „robię zdjęcia”. Narobiłem ich całe mnóstwo, teraz robią za podpowiadacz przy pisaniu owej relacji, potem trzeba będzie przeprowadzić selekcję. O ile wybranie tych około 300 z każdego obozu do nagrania na płytę to nie problem, o tyle wybranie tych 50 z każdego obozu na stronę to po prostu masakra i wścieklizny można dostać wybierając. Ale cóż, trzeba, wszyscy się już awanturują o opisy.

   Po zdjęciach uruchomiliśmy moduł „ognisko”, Magda zabrała się za gitarę, Łukasz z Długim porobili sobie jakieś dziwne ubranka z kory, wyszedł całkiem fajny wieczór.

   Na Dobskie zawsze boje się wpływać ze względu na strefę ciszy – jeżeli zdechnie wiatr to trzeba będzie baaaaardzo długo płynąć na pagajach. Ale to był początek obozu, więc uznałem, że można zaryzykować.


2007_adam_086 2007_adam_087 2007_adam_088 2007_adam_089 2007_adam_090

   Z Dobskiego popłynęliśmy do Sztynortu, pod prysznic i na wykład z budowy jachtu. Korzystając z dobrej pogody i dobrego wiatru znowu robimy popołudniową manewrówkę, zwrotów, ostrzeń, odpadań nigdy za dużo.

   Ze Sztynortu zrobiliśmy skok do COS-u. Znowu ten sam port, nie lubię takiej sytuacji, ale tak po prostu wyszło. Północne jeziora mają mało biwaków.

   Potem poszliśmy na Wojnowo. Wyjątkowo zdecydowaliśmy iść przez nowy kanał. Monada tak się guzdrała, że zamknięto im tuz przed dziobem most… Musieli iść z powrotem do starego kanału, Niegocińskiego i potem nas dogonić. Przez cały Niegocin płynęliśmy pełnym wiatrem, więc były idealne warunki do ćwiczenia zwrotu przez rufę. Każdy ich zrobił chyba po kilkadziesiąt.


2007_adam_091 2007_adam_092 2007_adam_093 2007_adam_094 2007_adam_095

   Dopłynęliśmy do super biwaku, z fajnym zejściem do wody. Zrobiliśmy ognisko, dzieci dzielnie przyniosły całą masę drewna. Ponadto odwiedziła nas Agata Kendracka z przyjaciółmi. Kręcili się samochodem po Mazurach, dojechali do Kleszczewa, stamtąd odebrałem ich jachtem i popłynęliśmy na biwak. Ognisko wyszło fajnie, zdecydowałem się na nocleg pod gołym niebem. Pierwszy raz w tym roku.

   Tam aparat zrobił mmi głupi dowcip – odmówił współpracy. Szczęśliwy z tego powodu nie byłem, bo dokumentację obozu trzeba robić. Na szczęście Ola z Krzyśkiem postanowili pożyczyć mi swój aparat i zabrać mój do naprawy. Przyjechali do Kozina specjalnie w tym celu, byli na Mazurach chyba półtorej godziny. Dziękuję.

   Z innych „wojnowych” atrakcji to utopiona kotwica na Krewetce. Przy odejściu załoga tak dziarsko zabrała się do roboty, że… urwali linę kotwiczną. Oczywiście kotwica była na tyle głęboko, że nie było szans, żeby ja odnaleźć. Trudno, trzeba było kupić nową.


2007_adam_096 2007_adam_097 2007_adam_098 2007_adam_099 2007_adam_100

   Z Wojnowa przeskoczyliśmy właśnie do Kozina – tam byłem umówiony z Olą i Krzyśkiem. W Kozinie jak zawsze spokojnie, miło, dla mnie wieczór był krótki – źle się czułem, pojechaliśmy do apteki, kazałem sobie sprzedać jakiś „zajzajer”, który szybko postawi mnie na nogi. Dostałem, rzeczywiście podziałało i rano byłem już niemalże zdrów.

   A, po drodze z Wojnowa właśnie załoga Żyszkosia z jednego grota zrobiła dwa – rozdarli żagiel na pół, szczęściem zawsze wożę zapasowy komplet.

   Z Kozina przeskok na Małe Jagodne. Tam jak zawsze robimy manewrówkę, jezioro doskonale się do tego nadaje. Dość duży akwen, jednocześnie na tyle mały, że wszystkich widzę, nikt daleko nie odpłynie. Wieczorem, na biwaku, oczywiście ognisko, gitara, itd. Biwak ten fajny, tylko ma dwie wady – po pierwsze trzeba wystawiać nocne wachty, wieść gminna niesie, że tam kradną. Po drugie drogo. Rano miałem małe starcie z panem dzierżawcą pola biwakowego – pan ten ma zwyczaj przyjeżdżania po opłatę portową (w której zawiera się chwiejąca się keja, śmierdząca i brudna toaleta typu „sławojka” i ciągle przepełniony kontener na śmieci) przed siódmą rano, bo „na pewno ktoś ucieknie”. Z zimną krwią przetrzymałem go do ósmej rano, przyglądając się jak z żalem patrzy na nasze jachty, na których nic się nie działo. Uważam za ostatnie barbarzyństwo dobijanie się do jachtów o takiej porze, kiedy załogi tychże są na urlopach i chcą się po prostu wyspać.

   Dalej do Starych Sadów. W Sadach kąpiel – wreszcie ciepło, sesja zdjęciowa obozu, wszyscy, potem poszczególne załogi po kolei.


2007_adam_101 2007_adam_102 2007_adam_103 2007_adam_104 2007_adam_105

   Tam przyszedł do mnie Długi: „Adam, mogę zrobić Kuli psikusa? Mam 5 butelek po wodzie mineralnej, takie pięciolitrowe, napełnię piachem…” Dobra, napełniaj, umawiamy się na czwartą rano, działamy.

   Psikus. Magiczne obozowe słowo, znaczące wszystko, począwszy od dowcipu, przez karną wachtę po przypalone garnki na obiedzie.

   Wstaliśmy dzielnie jak planowaliśmy, w końcu w takim celu wstaje się bardzo punktualnie. Wcześniej, wieczorem, ostrzegłem pana ochroniarza, ze coś się będzie działo w nocy na naszych jachtach i poprosiłem go, żeby się tym nie przejmował. Najpierw powiesiliśmy pod dziobem Krewetki owe butelki. Trzeba było wejść na Krewetkę, udało się, nikt się nie obudził. Ale nie może być tak prosto. Skoro jestem na dziobie, to może jeszcze cos? Owszem, odwracamy foka do góry nogami. Tak dla niepoznaki, żeby ów fok przykuł uwagę sternika i załogi i żeby nie zwrócili uwagi na sznurek, na którym 2 metry pod wodą wisiały owe butelki. Łatwo poszło. I szybko. Coby tu jeszcze? Dobra – idziemy na całość, zdejmujemy bom. Nie ważne, że przy tym trzeba narobić trochę hałasu, niezbyt głośnego, ale bardzo nieprzyjemnego zgrzytu dla uszu. Udało się! Wcześniej połączyliśmy topenantę z talią. Ważny element całej zabawy – jak się wychodzi z mesy pierwszą rzeczą, która się rzuca w oczy, jest właśnie talia. Talia więc musi zostać. Liny zostały napięte, bom z grotem przez Strzybogę poszedł do świetlicy. Jak Piotrek wszedł na Strzybogę aby przejąć bom, to obudziła się Magda. Brawo za czujność!


2007_adam_106 2007_adam_107 2007_adam_108 2007_adam_109 2007_adam_110

   Rano było śmiesznie, jestem na 99,99% przekonany, że Kula nie zauważył braku bomu, bo spotkał Gusię wybierającą się pod prysznic. Według Gusi Kula nie stwarzał wrażenia, że coś mu zginęło. Oczywiście teraz się do tego nie przyzna, ambicja mu nie pozwoli. Wpadł na jakieś inne łódki, poodwracał karabińczyki na fokach (ale zostało to w porę zauważone), sprawdził swojego foka i… NIE zauważył, że ten jest odwrócony! Potem znalazł bom, wreszcie krewetka była gotowa do odejścia. Odchodzimy, sternicy zostali wtajemniczeni w psikusa, więc robią co mogą, żeby opóźnić odejście. Kula odchodzi, grot staw, fok staw i… hurra, 2:0 dla nas! Postawili odwróconego foka, a jakże. No to jeszcze butelki. 3:0. Dopiero po kolejnym wyprzedzeniu Krewetki zorientowali się, że coś jest nie tak.

   Z Sadów popłynęliśmy przez Mikołajki do Wierzby. W Mikołajkach odebraliśmy z szycia podartego grota, kupiliśmy kotwicę, jeszcze jakieś rupiecie na jacht – ot, choćby skompletowaliśmy listwy do żagli.

   Popołudniu wiatr poszedł spać, zatem do samej wierzby dociągnęliśmy już na silnikach, mając nadzieję, że będą tam wolne miejsca przy kei. Wierzba to jeden z moich ulubionych portów, nie tylko moich, zatem często jest tam bardzo ciasno. Ale udało się. Na obiadokolację wydaliśmy tuńczyka z makaronem – potrawę, która większości smakuje bardzo, niewielka grupa nie chce tego jeść w ogóle, a co ciekawe prawie nie ma takich, którzy nie potrafią się określić, czy to dobre, czy nie.


2007_adam_111 2007_adam_112 2007_adam_113 2007_adam_114 2007_adam_115

   A, oczywiście Długi znowu podpuścił Wikszema, zakładając się z nim, że nie zje iluś tam łyżek owej potrawy… Już nie pamiętam kto ów zakład wygrał.

   Z Wierzby popłynęliśmy w stronę śluzy Guzianka, tradycyjnie już decydując się na postój w ośrodku należącym do NBP, tuż przed śluzą. Po drodze w zatoce naprzeciwko Piasków robimy manewrówkę – do egzaminu już całkiem niedaleko, ćwiczymy podejście do człowieka za burtą. Warunki świetne, ciepło, 1-2B, zatem decydujemy się z Grześkiem na trochę szalony krok. Umówiliśmy się przez telefon, że o jednej godzinie wyskoczymy za burtę, w kamizelkach, w miarę blisko siebie, niech załogi ćwiczą podejście do PRAWDZIWEGO człowieka. Obaj mieliśmy bardzo dobre załogi – u mnie był Paweł, u Grześka – Krówska, zatem spokojnie mogliśmy skakać.

   Skoczyliśmy. W kamizelkach. Mojej załodze udało się mnie wydłubać z wody za trzecim razem, raz uciekłem przed nimi, bo chcieli mnie rozpłynąć, za drugim razem zrobili idealne podejście, ale do boi, dopiero za trzecim się udało. Moim trochę pomogłem - nie mogli mnie wyciągnąć na pokład, to wymyślili, że zrzucą żagle i wszyscy wezmą się do roboty. Zrzucili żagle, grot wpadł do wody i tak się tym zaaferowali, że przestali mnie trzymać. Gdyby nie to, że zmarzłem ćwiczyliby dalej :-)

   Śluzę Guzianka tradycyjnie pokonujemy rankiem przed wszystkimi. Jest to jedyny dzień na obozie, kiedy trzeba wstać o godzinę wcześniej – chcemy po prostu uniknąć szalonego tłoku na śluzie. Efekt takiego działania jest świetny, w śluzie panuje luz i pełna kultura.


2007_adam_116 2007_adam_117 2007_adam_118 2007_adam_119 2007_adam_120

   Przepływamy obok Rucianego, wchodzimy na Nidzkie. Minęliśmy przystań „Pod Dębem”, popłynęliśmy dalej. Stanęliśmy na biwaku przy skarpie, obok bindugi, na której kiedyś był ośrodek. Ośrodek, w którym stałem jeszcze niedawno, chyba w 2003 roku. Ośrodek, w którym czas się zatrzymał chyba w latach 60-tych. Teraz nie ma po nim śladu.

   Następnego dnia dwie załogi składające się z osób podchodzących do egzaminu na żeglarza jachtowego twardo ćwiczyły manewrowanie jachtem, a reszta obozu popłynęła ot tak po prostu dalej na Nidzkie. Obejrzeć to nadzwyczaj urodziwe jezioro, bardzo długie, z wyspami, z urozmaiconą linia brzegową.

   22 – dawny E. Wedel ;-) – lipca ostatnia manewrówka przed egzaminem. Idzie ciężko, jak zawsze na dzień przed panuje typowa przedegzaminacyjna głupawka i ogólne zaćmienie umysłów. W końcu zapada decyzja – koniec pływania, schodzimy z wody, odpoczywamy, ostatnie douczania, koniec przygotowań.

   23 lipca - egzamin. Około 10 rano pojawia się komisja – Janusz Borchardt i Leszek Czerniewski z Podlaskiego OZŻ. Zaczynamy działać. Ola prowadzi teorię, a ja wpadam na dziwny pomysł. Przecież „Pod Dębem” są kajaki! Szybka zbiórka obozu – „chcecie kajaki?” Pomysł wywołał powszechny entuzjazm, dwie osoby z kadry dostały rozkaz zajęcia się kajakami, jeszcze zdążyłem zarządzić, że wszyscy obowiązkowo płyną w kamizelkach. Powiedziałem towarzystwu o której mają wrócić i cała eskapada przestała mnie interesować. Jeszcze tylko zdążyłem zobaczyć, że wypływają. Wrócili po czterech godzinach, cali zadowoleni. Obowiązkowe kamizelki okazały się dobrym pomysłem, bo Ficek nie pamiętam z kim oczywiście wywalili się na kajaku :-)


2007_adam_121 2007_adam_122 2007_adam_123 2007_adam_124 2007_adam_125

   Do egzaminu podeszło sześć osób, wszyscy zdali :-) Zarówno teorię, jak i praktykę. Zdał Jasiek, który na pierwszym obozie położył teorię. Pouczył się trochę, rzekłbym bardzo trochę, w domu. Jak sprawdzaliśmy prace to byłem mocno przestraszony, ale rzutem na taśmę nazbierał wystarczającą liczbę punktów i obeszło się bez przykrych niespodzianek. Zdała Wera, która zeszła z łódki z płaczem, że na pewno jej się nie udało. I najmniej pewna siebie Zosia. I jeszcze Klaudia, Max i Karolina.

   Popołudniu standard – przemówienie na temat klarowania, rozdawanie wafelków, dyplomów, gratulacje dla najlepszych, gratulacje połączone z nagrodami. Bo zawsze staramy się, aby osoba najlepsza z teorii oraz osoba najlepsza z praktyki na egzaminie została uhonorowana jakimś drobiazgiem, zazwyczaj jest to duża kuta, omegokształtna szekla na jakimś ładnym krawacie. Tym razem nagrodę za manewrówkę dostał Jasiek (tym samym zrehabilitował się za poprzedni egzamin), a za teorię Wera. Chodziła potem cała dumna.

   Oprócz tego jak zawsze – rozdawanie dyplomów, uścisk dłoni prezesa ;-), gratulacje i lanie pagajem. Wikszem przyszedł z poduszką w spodniach.


2007_adam_126 2007_adam_127 2007_adam_128 2007_adam_129 2007_adam_130

   24 lipca koniec obozu. Pełne klarowanie, tym razem na sucho, zatem można naprawdę porządnie wytrzepać materace, wyczyścić bakisty, jaskółki, achterpiki, czy inne zakamarki. Na przykład Wera, klarując pokład W DALi, strasznie zniszczyła buty o powierzchnie antypoślizgowe. Potem zupełnie nie mogła chodzić po kei, ślizgała się raz po raz. Efekt - sześciokrotne lądowanie w wodzie. Prawie już leciała siódmy raz, ale starsza siostra Gusia była blisko i uratowała biedactwo.

   Powoli pojawiają się rodzice, dzieci zaczynają wyjeżdżać. Wyglądają na zadowolone. Rodzice też. Chyba wyszło.

   Około 14 wyjeżdżam i ja. Mam trzy dni „wolnego” – czyli czas na zrobienie zaopatrzenia na trzeci obóz. A, i czwarty obóz - dla dorosłych. Załatwienie 150000 różnych rzeczy, które czekają na te niby wolne trzy dni. Ale przede wszystkim czas na oderwanie się od żaglówek, popatrzenie na coś innego niż woda i, mimo nawału zajęć, odpoczynek.

   Na miejscu zostają Krówska – Marta z Darią. Przyjechały zarówno na drugi jak i na trzeci obóz, nie chcą wracać do Ciechocinka. Rozsądne dziewczyny, mogą spokojnie zostać.


2007_adam_131 2007_adam_132 2007_adam_133 2007_adam_134 2007_adam_135

   Trzeci obóz. Od 28 lipca do 12 sierpnia. Z portu „Pod Dębem” w Rucianem do Stanicy PZŻ w Starych Sadach. Na miejsce zajechaliśmy dzień wcześniej. Wytęsknione Krówska przywitały nas pysznym obiadem – spaghetti przygotowały, przyniosły dzielnie wszystkie produkty na własnych plecach z Nidy.

   Przyjechała cała kadra – Paweł Barczak wsiadł na Krewetkę (jak już wspominałem Paweł to nasz wychowanek, kolejna osoba, która pokazała, że Krewetka jednak potrafi pływać). Agnieszka Spychalska, Instruktor Żeglarstwa, która zadebiutowała u nas w Szkole, dostała Strzybogę. Grzesiek Pytko został na Żyszkoli, którą zresztą żeglował sobie gdzieś przez te trzy wolne dni. Maciek Sieczkowski, który pływał z nami w zeszłym roku, wsiadł na Żyszkosia. Olga Białobrzeska – opanowała Monadę. A, i ja. Każdy wie na czym.

   Zasztauowaliśmy prowiant, jachty mieliśmy sklarowane, siedliśmy sobie na spokojnie przy piwie, dokonaliśmy pierwszego małego podziału załóg. Zawsze przed obozem przeglądamy sobie listę uczestników i sprawdzamy kto będzie i kto co umie. Chcemy podzielić się tymi lepszymi osobami – w ten sposób każdy z nas będzie miał pomocnika. Patrzymy po pozostałych nazwiskach i wiemy na kogo trzeba bardziej uważać. Ot, po prostu chodzi o przyjęcie taktyki. I tak na przykład do mnie trafia Nela, u Grześka zostają Krówska, Olga dostaje Igora (tutaj również znaczenia ma długość koi dziobowej na Monadzie, Igor na pierwszy rzut oka ma ze 2,5m wzrostu). U Pawła jest Krzysiek Czech. U Agnieszki – Jadźka (który w zeszłym roku stawał na głowie, w tym już wydoroślał). U Maćka, na Żyszkosiu – Krzysiek. Fajnie jest mieć w załodze kogoś, kto naprawdę dobrze odróżnia dziób od rufy. Nieoceniona pomoc.


2007_adam_136 2007_adam_137 2007_adam_138 2007_adam_139 2007_adam_140

   Nela w ogóle jest ciekawym zjawiskiem. Pierwszy raz pojawiła się na pierwszym obozie w 2004, siedziały we dwie z siostrą Lidią, u Bełbota na schodach, generalnie przestraszone co to będzie… Było chyba całkiem nieźle, bo od tamtej pory Nela pojawia się co roku, teraz już nawet na dwa obozy (Lidka, niestety dla nas już mocno wydoroślała, studiuje fizjoterapię, czy coś, tylko nas odwiedza). Zawzięta, ambitna perfekcjonistka, o której cała kadra mówi „Nela-zrobię-to-za-ciebie-Pieniążek” Przez cały obóz musiałem Neli powtarzać: „Nela, Ty już umiesz czyścić pokład, pozwól nauczyć się innym!” I tak było ze wszystkim. I w przyszłym roku tez będzie, tyle, że Nela będzie musiała poradzić sobie sama. No, dostanie pomocnika.

   Poza tym mieliśmy na obozie aż 10 osób z Torunia i bliskich okolic.

   Na trzecim obozie stała się jeszcze jedna niezwykła rzecz – wszyscy przyjechali o czasie! Normalnie zaniemówiłem, ale tylko na chwilę – szybkie przemówienie, czego nie wolno, podział na załogi i na wodę. Popłynęliśmy na biwak na Nidzkim. Na ten sam, który wspominałem kończąc opowieść o drugim obozie. Ognisko, zabawa integracyjna, ogólne rozpoznanie przeciwnika, próby śpiewania. Tym razem bez gitary.


2007_adam_141 2007_adam_142 2007_adam_143 2007_adam_144 2007_adam_145

   Rzadko mieliśmy okazję żeglowania po Nidzkim. Tutaj też, tak, jak na Dobskim, jest strefa ciszy, zawsze boję się, że wiatr zdechnie i będziemy stali w jednym miejscu przez trzy dni. Ale na początku obozu spokojnie możemy sobie pozwolić na takie ryzyko, w końcu przez te kilkanaście dni można się wszędzie dopagajować. Popłynęliśmy hen za zatokę Zamordeje, zatrzymaliśmy się na ślicznym biwaku na cyplu tuż przed leśniczówką Czaple.

   Las sosnowy, mnóstwo szyszek, więc natychmiast wybucha wojna. Prowadzi ją głównie kadra, a miotając szyszkowe pociski celowaliśmy tak, żeby wpadały do czyjejś mesy. Pogoda fajna, ciepło, zarządzamy od razu zajęcia z węzełkologii. Każdy musi się nauczyć przynajmniej tych kilku podstawowych węzłów. Z jachtów wyszło kilka lin do rzucania, o dziwo w nocy znajduję jedną bez właściciela. Złe duszki wiążą na niej mnóstwo supełków, niektóre bardzo mocno zaciągnięte…

   Wieczorem ognisko, ale przegania nas deszcz, zrywa się silny wiatr…


2007_adam_146 2007_adam_147 2007_adam_148 2007_adam_149 2007_adam_150

   Następnego dnia wieje 5-6B. Chwila wahania, rozmów i zapada decyzja – wychodzimy. Wszyscy zarefowani, na sztormowych fokach. Wszyscy w kamizelkach ratunkowych. Wieje rzeczywiście dość mocno, ale na jeziorze jest jakoś spokojniej niż na lądzie. Piękna żegluga, choć wymagająca od załogi pełnego skupienia. W DAL idzie do przodu jak oszalała, dobra praca żaglami i po wyjściu z zakamarków, w których staliśmy, płyniemy jednym halsem. W zasadzie tym jednym halsem przepłynęliśmy całe Nidzkie. Żyszkola też. Krewetka też. A pozostałe jachty jakoś się zacięły, momentami halsują się półwiatrami, prawie nie płyną do przodu. W końcu poszły…

   Pierwszy pomysł był, aby zatrzymać się „Pod Dębem”. Nawet podeszliśmy do kei, ale po spojrzeniu na zegarek uznaliśmy, że idziemy pod śluzę. Zobaczymy, może uda się nam prześluzować? Złudne nadzieje. Przed śluzą szalony kocioł, od razu w tył zwrot i poszliśmy na biwak na Małą Guziankę. Obiad. O obiedzie poszliśmy z Grześkiem na zakupy, wracamy patrzymy – śluza czynna, pustki. Krótkie pytanie do pana obsługującego śluzę – zdążymy? Zdążycie. No to szybki telefon do obozu – szykować jachty do odejścia, za 8 minut będziemy, wychodzimy, przejdziemy przez śluzę. Rzeczywiście – jak przyszliśmy na miejsce, to przy kei stały tylko nasze jachty. Wsiedliśmy i do śluzy. Wieczorne śluzowanie przebiegło bardzo spokojnie, rano i wieczór to najlepsza pora na to wydarzenie. Płynąc do śluzy mieliśmy fajny widok – zrobiło się chłodno i zaczęła wstawać mgła. Cudny widok.


2007_adam_151 2007_adam_152 2007_adam_153 2007_adam_154 2007_adam_155

   Zatrzymaliśmy się zaraz za śluzą, w ośrodku NBP. I dobrze, bo prysznice tam są bardzo przyzwoite, a po dwóch biwakach każdy chciał się umyć.

   Z Bankowców, bo tak każdy mówi o tym ośrodku, popłynęliśmy do Wierzby. Po drodze robiąc manewrówkę. Te pierwsze manewrówki są bardzo łatwo, bo uczymy się trzymania kursu, odpadania i ostrzenia, zwrotów przez sztag, zatem bardzo łatwo jest połączyć takie szkolenie z pokonywaniem kolejnego etapu.

   W Wierzbie, nie pamiętam już za co, podpadła Natalia i Krzysiek. Mieli sobie wymyślić karę, wymyślili, że sami przygotują kolację. Wyszła im pyszna. Wszyscy byli zadowoleni, i wachta, która nie miała nic do roboty i oni :-)

   Z Wierzby skok przez obowiązkowe Mikołajki na Skanał, na biwak. Na tym biwaku odbyły się obchody urodzin Małgosi, dostała od nas duże pudło z pysznymi rurkami. Oczywiście ognisko. Całkiem sporo biwaków było na tym obozie.


2007_adam_156 2007_adam_157 2007_adam_158 2007_adam_159 2007_adam_160

   Co dalej – kanały, i biwak na Małym Jagodnym. I ognisko. I jak zawsze nocne wachty. Zawsze wybieram ta od szóstej rano, lubię oglądać budzący się do życia świat, obóz, przypilnować ogniska, mieć chwilę dla siebie, na poczytanie gazety, na zrobienie kilku zdjęć, na poranną kawę.

   Z Małego Jagodnego krótki przelot do Kozina, dlatego, że jest tam prysznic. Przelot krótki, więc na jeziorze robimy manewrówkę, ósemki sztagowe, rufowe, pierwsze przymiarki do podejścia do człowieka. Już trzeba się skupiać na manewrowaniu jachtem.

   W międzyczasie idą wykłady. Ja tradycyjnie – robię budowę jachty. Grzesiek specjalizuje się w teorii żeglowania. Aga – ratownictwo, co jeszcze kto wykładał? Nie pamiętam. Generalnie dzielimy się wykładami zawsze na początku obozu, a kiedy je robimy? Albo jak uznamy, że najwyższy czas, albo jak po prostu siada pogoda i się nie żegluje.


2007_adam_161 2007_adam_163 2007_adam_164 2007_adam_165 2007_adam_166

   Z Kozina do COS-u. To już zaczynają się północne jeziora, tu jest mały współczynnik zabiwakowania brzegu jeziora. Po prostu nie ma gdzie stanąć na dziko. W COS-ie stoimy dwa dni. Obchodzimy urodziny Krzyśka. Oczywiście dostał lanie pagajem i wielką paczkę zozoli.

   Eh, od przyszłego roku chyba wprowadzę obowiązek prowadzenia pamiętnika obozowego. Teraz siedzę, myślę i kombinuję. Patrzę na daty robienia zdjęć, usiłuję skojarzyć fakty… to już 11 strona tekstu… czcionka 12, odstęp pojedynczy.

   W COS-ie staliśmy jakoś długo, wyglądało na to, że zostaniemy tam przez trzy dni. Jednak nie. Popołudniu, 7 sierpnia wyszliśmy w drogę do Sztynortu, na resztkach wiatru. Głównie dlatego, aby się wreszcie ruszyć z portu.

   Następnego dnia, po śniadaniu, zrobiliśmy klasówki, potem sesja zdjęciowa obozu i manewrówka na silnikach. Z obowiązkowymi overholungami. Po obiedzie wyszliśmy i popłynęliśmy do Bełbota. Po drodze przyszła burza, ale spokojnie, z dużym wyprzedzeniem zrzuciliśmy żagle i popłynęliśmy na silnikach. Lepiej żeglować 30 minut za mało, niż o minutę za długo. Burza bardziej nastraszyła niż powiała i popadała, dopłynęliśmy na miejsce. Odpoczynek. Generalnie to już był czas powrotu, trzeba było płynąc w stronę Starych Sadów.


2007_adam_167 2007_adam_168 2007_adam_169 2007_adam_170 2007_adam_171

   Od Bełbota popłynęliśmy przez Niegocin, Boczne do Kozina. Po drodze, na jeziorze Bocznym jest wielka mielizna. Bardzo ładnie oznakowana czerwonymi bojami. Ciepło było, nie musieliśmy się bardzo spieszyć, więc stanęliśmy na tej mieliźnie na kotwicach i zarządziliśmy kąpiel. Pomysł okazał się trafiony w dziesiątkę, wszyscy mieli kupę radochy. I jednocześnie zapanowało ogólne zdziwienie, bo nigdy nie pozwalałem kąpać się na środku jeziora. Tu można było to zrobić bardzo bezpiecznie – raz, że płytko, dwa, że jachtami wyznaczyliśmy akwen, poza który nie wolno było wychodzić.

   Tego samego dnia nieszczęście spotkało trzy osoby. Dwie, sprawcy wiedzą o kim mowa, wypływając z portu nie mieli na sobie koszulek… żadnych… Zasady etyki żeglarskiej wymagają, aby wchodząc i wychodząc z portu być w miarę ubranym, zatem panowie dostali nakaz założenia kamizelek ratunkowych i mieli w nich przebywać przez cały czas, nie tylko podczas żeglugi. W porcie też.

   Czwarty podpadnięty mył rano pokład na swoim jachcie przez blisko godzinę… Nie umył… Zatem spreparowaliśmy odpowiednio pokład W DAL-i. Wyglądała strasznie.

   Z Kozina przeskoczyliśmy już do ostatniego portu – do Starych Sadów. Ostatnie manewrówki, doszlifowanie podejść, odejść, zwrotów. Douczenie się teorii. Spotkanie Gusi i Zochy, które przyjechały nas odwiedzić. Pojawia się również Lidia z Benkiem. Lubię, jak ktoś przyjeżdża do nas tylko towarzysko, tak na chwilę, po to, żeby się spotkać.


2007_adam_172 2007_adam_173 2007_adam_174 2007_adam_175

   Do egzaminu, na który przyjechała Ola i Paweł, podeszło 9 osób. Prognozy nie były korzystne, zatem Komisja zdecydowała, że najpierw odbędzie się część praktyczna egzaminu. Po prostu popołudniu miało się dość mocno rozwiać. Na wodę wyszły dwie załogi. Niestety dwie dziewczyny odpadły. Smutne to chwile, ale czasem tak bywa. Najbardziej boli, gdy odpada tzw. pewniak….

   Potem teoria. Tu wszyscy ładnie się nauczyli, tą część egzaminu zaliczają wszyscy. Węzęłkologia była tak ocykana, że ta trzecia część egzaminu to tylko formalność. Kto był najlepszy? Mariusz i Krystian, ale który dostał nagrodę za manewrówkę, a który z teorię to już niestety nie pamiętam.

   Koniec obozu. Wieczorem, na dzień przed, w świetlicy omówienie samej końcówki, procedury sprzątania. Potem dyplomy, gratulacje, zdjęcia, a po wszystkim – przeprowadzka do piwnicy na śpiewanie.


2007_adam_176 2007_adam_177 2007_adam_178 2007_adam_179

   Koniec obozu. Około 14 nie ma już nikogo. Zostaję sam. Przygotowuję się do mikroobozu dla dorosłych. Oddaję w czarter Żyszkosia i Strzybogę, Żyszkolę dostają Bartoszyńscy, ot tak, do popływania na tydzień.

   Koniec pływania z młodzieżą. W tym roku. Koniec piątego sezonu. Koniec sezonu różnych wahań, generalnie słabej pogody. Sezonu młodzieżowego. Przede mną jeszcze miesiąc pływania, najpierw z dorosłymi, potem super rejs po Zalewie Wiślanym, Gdańsku, Kanale Elbląskim, Jezioraku. Jak było tam? Postaram się zrobić wybór zdjęć, napisać relację.

   Koniec obozów 2007. czy były udane? Okaże się w przyszłym roku, zobaczymy ile osób przyjedzie po raz kolejny :-)

   Teraz już całkiem po pływaniu, wszystkie jachty stoją na trawniku przed domem, szykują się do zimowania. Pojawiły się dwa nowe Morsy, jeszcze bezimienne…

   Do zobaczenia za rok! Niecały już :-)

   Strzyboga, listopad 2007

powrót do głównej


2007_adam_180 2007_adam_181 2007_adam_182