Z Elbląga do Ostródy...

  Zazwyczaj tak się dziwnie składa, że na takie wyprawy wybieram się dość długo. W zeszłym roku już prawie wyjeżdżałem, ale na dwa dni przed wyjazdem zostałem bez załogi i efektem była tylko jednodniowa wyprawa po W DAL do Giżycka.

  No, ale nie ma sensu rozpaczać nad tym, co się działo w zeszłym roku, ważne co było teraz. Od początku wiedziałem, że tam popłynę. Wiedziałem, że Jeziorak, Kanał Elbląski, ale co jeszcze?

  Na początku sezonu zgadałem się z Jaśkiem Sieczkowskim, armatorem Monady (która pływała z nami przez trzy obozy 2007), że tez się wybierają na Jeziorak. A kiedy? A we wrześniu. To dobrze, to płyniemy razem. Super, pływać w dwa jachty po obcym akwenie zawsze jest raźniej.

  Poza tym od jakiegoś czasu przymierzałem się do rozszerzenia oferty obozowej właśnie o Jeziorak i okolice, zatem potrzebny mi był taki rejs zwiadowczy, ot, żeby wiedzieć, co potem mogę zaproponować.


W dzień wyjazdu, 6 września, czekając na Asię szykujemy, z Piotrem, jachty do zimowania. Stare Sady koło Mikołajek - przygotowanie Morsa RT Elbląg, wodowanie. Elbląg, wodowanie. Elbląg, idziemy w stronę Zalewy Wiślanego, rzeką Elbląg.

  Kto do załogi? – Jeden Długi Piotrek był chętny na 100%, oprócz niego jeszcze kilka osób, ale oczywiście po kolei się wykruszały – „ja nie mogę, bo ciotki brata szwagra sąsiada kotek zdechł, a ja nie, bo coś tam jeszcze…” Nie ważna, zapadła w końcu decyzja, że płyniemy we dwóch, damy radę z W DALą. Najwyżej dołożymy do interesu od strony finansowej. Szczęściem na dwa dni przed wyjazdem Asia postanowiła popłynąć razem z nami.

  Długiego przywieźli Rodzice. Przyjechali 6 września około południa, co niezmiernie mnie ucieszyło, bo zagoniłem Długiego do roboty i wybebeszyliśmy 3 łódki – znaczy w Żyszkosiu i Strzybodze dużo roboty nie było, bo tylko materace wynieśliśmy na strych, ale za to Żyszkola była pełna… Udało się. Piotrze, dziękuję :-).

   Wyjechaliśmy ze Strzybogi 6.09 wieczorem, po drodze zabraliśmy Asię i około północy byliśmy w Starych Sadach. Rankiem pobudka i przygotowaliśmy W DAL do wyciągnięcia z wody. Około 12 wszystko było gotowe i udaliśmy się w długa drogę do Elbląga. Po drodze, przez telefon umówiliśmy dźwig, około 1630 zajechaliśmy na miejsce, spotkaliśmy się od razu z panem dźwigowym i akcja wodowanie przebiegła bardzo sprawnie, 20 minut później W DAL zakołysała się na wodach rzeki Elbląg.

  Szybko przestawiliśmy się do portu klubu „Na Fali” i przygotowaliśmy jacht do żeglugi. Postawiliśmy maszt, grot z fokiem trafiły na swoje miejsca, jacht wreszcie zaczął wyglądać jak jacht, a nie jak nie wiadomo co.



Na Zalew! Pierwszy dzień, pierwsze chwile na Zaprzyjaźnony Mors, Monada, również w drodze na Zalew. Asia za sterem. Pogoda, z paskudnej, deszczowej w ciągu dwóch godzin zamieniła sie w piękną, słoneczną. Nowakowo, czekamy na otwarcie mostu. Most otwarty, przechodzimy! Na szybko, ledwo przeszedł ostatni jacht obsługa mostu natychmiast zabrała się za zamykanie tegoż.

  8 września nie pływaliśmy wcale. Pojechaliśmy do Gdańska odstawić samochód na zaprzyjaźniony parking, wcześniej zadzwoniła załoga Monady, że przyjadą dzień później, bo ich obowiązki przytrzymały we Wrocławiu. Aha, trudno, za to mamy cały dzień na zwiedzanie Gdańska. Gdańsk piękny, obejrzeliśmy miasto dość dokładnie, przy okazji Asia wypatrzyła na wystawie śliczny płaszczyk, na szczęście cena uwolniła nas od konieczności oczekiwania przed przymierzalnią. :-)

  Wieczorem wróciliśmy pociągiem do Elbląga, tam jakieś zakupy, powrót na jacht i wieczorna wycieczka po odbudowanym starym mieście. W nocy przyjechała załoga Monady.

  9 września, rano wypływamy. Celem naszym jest Krynica Morska. Wiemy, że po drodze jest pontonowy most w Nowakowie, otwierany kilka razy w ciągu dnia, na chwilę, zatem trzeba się idealnie wstrzelić w godzinę otwarcia mostu. Płyniemy na spokojnie, oglądając elbląski port. Pogoda na początku była taka sobie. Padały przelotne deszcze, poubieraliśmy się w sztormiaki, ciepło nie było. Trudno, płyniemy.

  Przechodzimy pod mostem kolejowym, potem drogowym, płyniemy i widać pierwsze różnice. Nie ma żywego ducha na wodzie. W porcie stoi jakiś rosyjski statek, przywiózł węgiel. Ale to wszystko. Ok., zakłady mogą stać w niedzielę, ale żeby nikt nie pływał?



Piotr. Adam. Wychodzimy na Zatokę Elbląską. Rzekę od Zatoki oddziela długa grobla. Toast na słonej wodzie, pierwsza porcja dla Neptuna. Zalew Wiślany. Adam na W DALi, za nami Monada.

  Po drodze dogania nas Monada. Oczywiście umawiamy się na regaty do Krynicy. Na razie okazuje się, że nasz Tohatsu jest dużo szybszy od Johnsona, więc płyniemy na ledwo pół naprzód, żeby iść równo z Monadą. Dopływamy do mostu w Nowakowie. Mamy jakieś 20 minut do otwarcia, więc zatrzymujemy się przy specjalnej kei. Kilka minut potem przypływa jeszcze jeden Mors. Czyli trzy łódki i trzy Morsy. Jak na to natężenie żeglugi to nieźle. Wyszło słoneczko, wreszcie zrobiło się ciepło, dało się założyć krótkie spodnie, jest fajnie. Otwierają most, obsługa robi to naprawdę błyskawicznie, zamyka się zaraz za rufa ostatniego jachtu. Strach nie zdążyć.

  Płyniemy ujściem rzeki Elbląg, po prawej widać zatokę Elbląską. W końcu prawy brzeg rzeki znika i uznajemy, że wychodzimy na Zalew. Płynąc dalej na silniku, wyciągamy z bakisty Jasia Wędrowniczka, trzymanego specjalnie na tę okazję. Dzielimy się grzecznie z Neptunem, sami pochłaniamy po odrobinie, potem dzielimy się z załoga Monady. Wszyscy zadowoleni, wreszcie zapada decyzja – stawiamy żagle!.

  Słoneczko świeci, wieje dobra trójka, jest pięknie! W DAL idzie do przodu jak oszalała, okazuje się, że na wiatr Monada nie ma nic do powiedzenia. W DAL idzie o niebo ostrzej i szybciej. Pięknie się płynie, rozkoszujemy się nową wodą, nowym miejscem, nową mapą i… sieciami rybackimi. Wybierając się na zalew z wielu źródeł słyszałem informacje, że siatek jest całe mnóstwo i w ogóle nie da się pływać. Prawda okazała się inna, siatki są, i owszem, ale: a/ nasza łódka to mieczówka, więc w razie czego miecz góra i przechodzimy nad sieciami; b/ sieci są zupełnie nieźle oznakowane – dwie chorągiewki na krańcach, jedna po środku. Pamiętając o tym da się spokojnie znaleźć drogę. Tylko trzeba patrzeć.

  Wypłynęliśmy z zatoki na Zalew i płyniemy. Godzinę tym samym halsem. Druga godzinę tym samym halsem. I cały czas tak samo daleko. A wolno nie płyniemy. Ot, taka różnica – na Mazurach tak długo jednym halsem? – niemożliwe. No może przez Śniardwy, ale to też rzadko się udaje.



Piotr. Zalew Wiślany. Zalew Wiślany. A Monada hen hen za nami :-) Armator tejże nie był szczęśliwy. SPJD Daria. Po pięknym i długim żeglowaniu doszliśmy do Krynicy Morskiej.

  Monada została gdzieś hen z tyłu, nam słońce świeci w oczy, ale - ciepłe bluzy i zimowe czapki to podstawa. W końcu to wrzesień, północny wiatr, za ciepło być nie może. Płynęło się cudnie, choć nie ukrywam, że jazda druga godzinę tym samym halsem zaczęła nam się nudzić. Ile można? ;-)

  O 1530 zaczęliśmy podejście do Krynicy Morskiej. Wejście do portu pokazał nam statek, któremu natychmiast zrobiłem zdjęcia. Krówsko – zdjęcie zielonego statku Daria jest zrobione specjalnie dla Ciebie!

  W końcu stanęliśmy w Krynicy. Longside. W pustym porcie. No prawie pustym, jeden basen portowy był zarezerwowany dla miejscowego klubu. Za to drugi basen wielkiego portu jachtowego im. L. Teligi jest całkiem pusty. Tylko my. Szybka wycieczka po porcie w poszukiwaniu toalety i… nic. Nie ma! Po prostu nie ma! Jakieś zasyfione sanitariaty znalazły się rano, za sprawą miłego pana, który przyszedł pobrać od nas opłatę portową. Jeśli chodzi o infrastrukturę to na Mazurach jest o niebo lepiej. Ale i ludzi więcej, coś za coś. O prysznicu nie było mowy, strach było zajrzeć…

  Po ponad pół godzinie przypływa Monada. Lubię takie „regaty”. Zjedliśmy szybki obiadek i poszliśmy na wspólną wycieczkę na plażę. Na plażę nad morze. Jako, że nie było już mowy o żeglowaniu zabraliśmy piw kilka, wszak wszyscy jesteśmy pełnoletni i na wakacjach, to nie obóz. Na plaży zbudowaliśmy zamek z piasku, taki duży, z murami obronnymi, wieżami, itd. Tylko los zamku był przesądzony, bo zaraz potem wywiązała się bijatyka z załoga Monady. Męska część dwóch załóg starła się dość dokładnie, najpierw miała to być tzw. walka kogutów, ale okazało się, że jeden z kogutów jest sprawny inaczej, więc zaczęły się regularne zapasy. Oczywiście obie załogi uznawały się ciągle za zwycięzców, więc walka się przedłużała i przedłużała i przedłużała. Fartem nikomu nic się nie stało. Za to śmiechu było co niemiara, obcy ludzie patrzyli się na nas jak na wariatów, ale to nie był nasz problem.



Monada też, ale długo po nas. Krynica Morska. Adam. Frombork widziany z Krynicy. Jutro tam popłyniemy. Piotr nad Bałtykiem. Zamki na pasku. Asia.

  Wieczorem zrobiliśmy jakieś wspólne posiedzenie na kei i zdecydowaliśmy, że następnego dnia popłyniemy do Fromborka.

  Spać poszliśmy dość wcześnie, stało się to zresztą tradycja tego rejsu, zwłaszcza, jak „rozpłynęły” się nasze drogi z Monadą. Przychodziła 2000, ciemno, więc co było robić? Do koi!

  W nocy rozwiało się dość mocno, zachmurzyło, zrobiło się zimno i nasze spokojne miejsce przy kei stało się mniej spokojne. Ot, nauczka, że warto wchodzić głęboko do portu, jeśli nie chcemy spać na małej huśtawce.

  Po obfitym śniadaniu zarefowaliśmy grota, zostawiliśmy dużego foka, z opcją szybkiej zmiany na sztormowego i oddaliśmy cumy. Piękna żegluga była, taka moja ulubiona. Mocne 5B i baksztag. Z Krynicy do Fromborka płynęliśmy dwie godziny. Fala była dość duża, w pewnym momencie Asia zameldowała, że czuje się nie najlepiej, więc siadła do steru i złe samopoczucie minęło. Najlepsza metoda – robota.



Latający Piotr. Załoga W DALi - Adam, Piotr, Asia, nad zbudowanym przez siebie zamkniem. W drodze do Fromborka. Drugi dzień nie był za ciepły, ale za to wiał piękny baksztag :-) :-)

  Weszliśmy do Fromborka. Port wybitnie rybacki, dla żeglarzy były trzy toalety typu toi toi (rano okazało się, że w jednej z nich jest prysznic). Poszliśmy na spacer do miasta, zwiedzić wzgórze katedralne i samą katedrę. Wrażenie niesamowite, w tak niedużej miejscowości tak wielki kościół, w którym urzędował sam Kopernik… Warto tam zajrzeć, nawet podjechać samochodem, niekoniecznie żaglówką.

  Potem udaliśmy się na poszukiwanie prysznica. W żadnej agroturystyce nie słyszano o usłudze „prysznic”, w końcu udało nam się dotrzeć do campingu, który był już przygotowany do zimy. Pan szef powiedział tylko – jeśli wytrzymacie zimną wodę – idźcie, pieniędzy nie chcę. Wytrzymaliśmy. Asia poprawiła owe mycie porannym prysznicem.

  Rano wypłynęliśmy przy resztkach wiatru. Wiało prawie nic, a my musieliśmy dotrzeć do Elbląga. Z naciskiem na musieliśmy – Asia z ważnych powodów następnego dnia chciała być w domu. No nic, wiatru nie ma, włączamy silnik i płyniemy, płyniemy, płyniemy… Na tak duże wodzie wścieklizny można dostać silnikując, bo w ogóle nie widać, że pokonuje się kilometry. W końcu, około 1700 dopłynęliśmy do ujścia rzeki Elbląg do Zalewu. Zadowoleni, bo wiedzieliśmy, że most w Nowakowie otwierają najpierw o 1800, a potem dopiero o 2000. Do mostu zostało nam 20 minut drogi, więc na spokojnie sobie płynęliśmy, oglądając dzikie łabędzie. Tak, dzikie. Bo na Mazurach to jesteśmy przyzwyczajeni, że łabędzie płyną za jachtem i żebrzą o żarcie. Tu – wręcz przeciwnie – uciekają. Poza tym jakieś czaple, kormorany. Dopływamy do mostu, do otwarcia mamy 20 minut. Ku naszemu zdziwieniu panowie z obsługi od razu zabrali się za otwieranie mostu. Ku naszemu większemu zdziwieniu zameldowali po chwili, że nic z tego, bo wiatr napchał wody w rzekę, podniósł się poziom wody i… nie da się otworzyć mostu… Zostaje nam droga na około.

  Ekstra… Do Nogatu dziki kawał drogi, ale mapa wyraźnie pokazuje jakiś kanał o wdzięcznej nazwie Cieplicówka. Na nim jakieś dwa mosty, jeden zwodzony – skoro tak, to kanał musi być żeglowny.



:-) Mimo, że baksztag, to zimno. Adam. Piotr, w tle Frombork. Frombork. Wejście w rzekę Elbląg, z Zatoki Elbląskiej. Idziemy na silniku do Elbląga, odstawić Asię na pociąg. Nie wiemy jeszcze, że mostu nam nie otworzą...

  Przez telefon poinformowałem załogę Monady o zaistniałej sytuacji, o znalezionym przez nas skrócie, itd., więc zadecydowaliśmy, że idziemy w ową Cieplicówkę. Ku naszemu pocieszeniu na mapie tuż obok pierwszego mostu był zaznaczony przystanek PKS, czyli w razie czego Asia będzie miała jak się wydostać.

  Szliśmy na silniku, wiatru nie było nic a nic, więc zrobiliśmy obiadek. O ile teraz pamiętam, to był tuńczyk z makaronem. I chyba wtedy zaświtała nam myśl, że może pójdziemy do Gdańska? Bo przecież czas nas tak bardzo nie goni, a i Asi będzie łatwiej dojechać… I takie pomysły chodziły nam po głowie przez cały czas, aż w końcu udało nam się wśród trzcin i oczeretów znaleźć wejściu do Kanału Cieplicówka.

  Wcześniej, telefonicznie oczywiście, zażądałem od Agaty Kondrackiej informacji, czy przez owy kanał da się przejść. Jedyna informacja w Internecie dotyczyła szlaku rowerowego, że owszem, da się, ale tylko w poprzek i przez most. Oczekiwaliśmy czegoś zupełnie innego.

  Samo wejście było wielce obiecujące. Szeroko, bez żadnych wodorostów, bajka. Płynęliśmy dość szybko, trzeba było położyć maszt, to położyliśmy, wszystko fajnie, ale zielska w wodzie było coraz więcej. Za pierwszy zakrętem już nie było tak fajnie. Woda, a zasadzie jedno wielkie zielsko było niemalże nie do przejścia. Po kawałku, raz po raz wyłączając silnik, wyjmując go z wody, czyszcząc śrubę, wkładając do wody, robiliśmy skok o 50 – 80metrów. W końcu po długiej walce z wodorostami udało nam się dojść do mostu. Było już prawie ciemno. Zacumowaliśmy do filaru, wyszliśmy na most i najpierw zobaczyliśmy zdziwione miny dwóch panów – no bo jakim cudem nagle spod mostu wyłazi dwóch facetów? Poszliśmy na przystanek autobusowy, sprawdziliśmy PKS – jest! 0540 rano, super pora, Asia akurat zdąży na pociąg. Nocujemy przy moście.



Zatoka Elbląska. Zachód słońca na Zalewie. :-) Próba przejścia kanałem Cieplicówka zakoczyła się niepowodzeniem. Asia pojechała PKS-em, a my wracamy na Zalew. Wyjście z Cieplicówki. Cieplicówka.

  Monada jeszcze uparła się że przejdzie pod mostem, przeszła, ale top położonego masztu był zbyt wysoko. Trzeba było zdjąć maszt z krzyżaka i opuścić kawałek niżej. Pomogliśmy im i powiedzieliśmy – powodzenia w tym zielsku. Popłynęli, walcząc i warcząc cały czas silnikiem. A my zadowoleni siedzieliśmy przy piwku, uprzednio przestawiwszy się w krzaki 30m od mostu, aby złego łatwym wejściem z mostu na pokład nie kusić. W pespektywie trzeba było wcześnie wstać, ale przecież co to dla nas. Jakaś kotwica, cuma? A po co, dokąd my z tym zielskiem zapłyniemy?

  Z czasem warczenie monadowego silnika umilkło, ale pojawiły się nowe głosy. Załoga, szczęśliwa, wraca na pagajach, śpiewając szanty. My przycupnięci w krzakach nagle słyszymy: „Ty, nie ma ich, odpłynęli”. Po chwili znaleźli się obok mostu. Monada stanęła obok, pobiesiadowaliśmy chwilę razem i uznawszy, że dosyć marznięcia okopaliśmy się w kojach.

  Raniutko, jeszcze po ciemku podeszliśmy pod most i po filarze wyszliśmy na górę, na przystanek autobusowy. Nikogo nie ma. Pojawił się jakiś delikwent, ale wyraźnie się nas bał (bo jak reagować na ludzi, którzy wyłażą spod mostu?), powiedział, że nic nie wie o autobusie, że czeka na kogoś innego. 15 minut po czasie autobusu pojawił się pan z krowami. Z radością zameldował, że tego autobusu od roku nie ma (to dlaczego był na rozkładzie? – urok PKS-u) i najbliższy jest o siódmej. No dobra, poszliśmy na łódkę przespać się jeszcze kilkadziesiąt minut. Wstaliśmy na siódmą i autobus rzeczywiści przyjechał. Asia wsiadła i pojechała. A my zabraliśmy się za odgruzowanie jachtu, bo po naszych nocno-porannych wyprawach na przystanek jacht był, delikatnie mówiąc czarny. I zadecydowaliśmy, że jednak idziemy do Gdańska.

  Szykując śniadanie mieliśmy niezły ubaw z kierowców, bo ci z wrażenia prawie spadali z mostu patrząc na nasze jachty ;-) Coś dziwnego się stało w Cieplicach.



W Monadowym silniku padło chłodzenie, zatem zabraliśmy ich na hol. Wyjście z Cieplicówki. Przesiadka na W DAL po Piotr. Adam.

  Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę powrotną. Znowu co kilkadziesiąt metrów było czyszczenie silnika, wreszcie udało się wyjść na w miarę czystą wodę. Chwilę potem okazało się, że na Monadzie padło chłodzenie silnika, więc wzięliśmy ich na hol i tak wyszliśmy na zalew. Na zalewie przesiadłem się na Monadę, zaczęliśmy coś kombinować z silnikiem, w końcu Jasiek pogmerał gdzieś jakąś żyłką i chłodzenie wróciło. Humory załogi też.

  Razem dopłynęliśmy do ujścia Szkarpawy do Zalewu i tam nasze drogi się rozeszły. Monada skręciła w lewo na Nogat i poszła w stronę Elbląga, a my Szkarpawą w stronę Gdańska. Położyliśmy maszt, okręciliśmy sztag od kosza (który na W DALi jest skrzyżowany z bramą do kładzenia masztu), opuściliśmy kosz na swoje miejsce, tak, aby jacht był niższy. I dobrze, bo pod mostami przechodziliśmy w ten sposób bez problemu.

  Sama Szkarpawa – spokojna, momentami nudna, ale za to miło nas zaskoczył 5-konny silniczek. Średnia prędkość liczona wg słupków kilometrowych wyniosła 10km/h. Miło. Kilometry mijały dość szybko, po półtorej godziny dopłynęliśmy do pierwszego mostu w Rybinie. Most zwodzony, zrobił na nas pozytywne wrażenie, bo a/ wreszcie było cos innego niż trzciny b/ gdzie indziej na śródlądziu nie widziałem jeszcze takiej konstrukcji (poza obrotowym w Giżycku). Pan obsługujący most wyszedł ze swojej budki natychmiast po tym, jak nas zobaczył – ale zorientował się, że zmieścimy się pod spodem bez podnoszenia mostu. Na moje oko był wyraźnie rozczarowany, chyba miał ochotę otworzyć nam most na nasze życzenie, ot przerwa w nicnierobieniu.

  Zaraz za tym mostem jest bardzo ciekawy most kolejowy. Też zwodzony. Obrotowy, a na górze wąskotorówka. Ale był otwarty, nic się nie działo, więc pomknęliśmy dalej.



Szkarpawa, zbliżamy się do Rybiny. Most zwodzony, drogowy w Rybinie. Most zwodzony, kolejowy, w Rybinie. Drewnica, kolejny most zwodzony. Wisła, odcinek między śluzami Gdańska Głowa i Przegalina.

  Następną przeszkodą był most w Drewnicy. Z jakiegoś przewodnika wiedziałem, że tam jest most pontonowy, zresztą Długi – jako, że tą trasę kiedyś miał przyjemność pokonać – potwierdzał to. W przewodniku napisano również, że załoga owego mostu jest nieprzyjemna, ściśle trzymają się godzin otwierania, a największą dla nich uciechą było zamykanie mostu tuż przed przepływającym jachtem. Mieliśmy obawy, czy zdążymy na godzinę otwarcia mostu, nie chcieliśmy tracić np. dwóch godzin.

  Na szczęście w Drewnicy wybudowano nowy most zwodzony, pod którym spokojnie przeszliśmy. 3 m prześwitu dla naszego Morsa to miejsce z dużym zapasem.

  Dalej śluza Gdańska Głowa. Zabytkowa, ślicznie utrzymana. Pani skasowała nas na całe 5,80zł, pan zabrał się za śluzowanie, informując nas, że różnica poziomów jest zerowa. Aha, samego procesu śluzowania doglądał jeszcze mały piesek – musiał pilnować, bo jakby sieroty cumy zaknagowali to co? ;-) Pan zamknął jedne wrota, otworzył drugie i po śluzowaniu. Tym razem różnica poziomów była zerowa, ale jestem przekonany, jak jest wysoka woda na Wiśle, wiosną, albo po silnym północnym sztormie to owa różnica może być dosyć duża.

  Wyszliśmy na Wisłę. Chwila zastanowienia i… stawiamy żagle. Ależ to była jazda :-) Bajdewind, mocna trójka, brak fali i do tego z prądem rzeki… Słupki kilometrowe na brzegu rzeki migały jeden za drugim, po 20, może 25 minutach staliśmy przed Śluzą Przegalina. Dystans około 8km. Fajnie było. Przed Przegaliną kładzenie masztu na hura, bo akurat ze śluzy wychodził jakiś holownik i szybkie śluzowanie. Tu również 5,80 i zerowa różnica poziomów. Wyszliśmy na Martwą Wisłę. Było pod wiatr, powoli robiło się już późno, a w pespektywie jeszcze jedna przeszkoda – most w Sobieszewie, pontonowy niestety (bo zmieścić się pod taki to tylko kajakiem można :-)). Więc silnik i cała naprzód.



Wisła, Adam. Wisła, Piotr. W oddali widac ujście Wisły do Morza Bałtyckiego. Śluza Przegalina, przejście z Wisły na Martą Wisłę. Przegalina.

  Musze wspomnieć o dwóch rzeczach – pierwsza to pomysłowość Piotrka – z kawałka linki zrobił wspaniałe urządzenie sterowe, tak, że można było sterować siedząc na burcie, a nie stojąc przy rumplu, kiedy nogi wchodziły w tyłek. Potem zmodernizował owo urządzenie sterowe o bloczek, co sprawiło, że sterowanie stało się przyjemne i komfortowe.

  A druga rzecz to nasza nawigacja. Bo jedyna mapa jaką mieliśmy kończyła się na Wiśle. Od Wisły do Gdańska nie mieliśmy nic poza atlasem samochodowym. Więc nawigowaliśmy na ów atlas, zresztą dość dokładny, bo w skali 1:200 000, tylko po co nam były odległości pomiędzy skrzyżowaniami? Woleliśmy głębokości, ale wyszliśmy z założenia, że tu po szlaku więksi pływają, więc skoro jest niebieska kreska na mapie, to da się płynąć.

  Przy moście w Sobieszewie stanęliśmy przed 16, wiedzieliśmy, że most otworzą dopiero o 1700. Trudno, ucięliśmy drzemkę, poczytaliśmy gazety, wreszcie zrobił się ruch i pan mostowy narobił wrzasku – chcecie płynąć? To szybko! Więc na szybkiego oddaliśmy cumę i przeszliśmy przez most, który zaraz za nami został zamknięty. Tempo otwierania i zamykania jest zaiste imponujące.

  Dalej już na spokojnie płynęliśmy w stronę Gdańska, oglądając to co na brzegach. A to port jachtklubu Neptun, a to z daleka było widać port jachtowy w Górkach Zachodnich, a to rafineria, a to jakaś stocznia, a to dźwig pływający… Fajnie całkiem.



Martwa Wisła, w drodze do Gdańska. Do Gdańska! Mniej więcej tutaj zaczęliśmy się zastanawiać, czy za tym mostem możemy postawić maszt... ... i jak zobaczyliśmy tego, to od razu uznaliśmy, że mozna. Płynęliśmy obok stoczni...

  W końcu przeszliśmy pod mostem wiszącym, potem jakiś kolejowy, potem znowu coś, wreszcie zaczęliśmy się zastanawiać, czy by nie postawić masztu.

  Wreszcie za którymś mostem zobaczyliśmy taki duży czerwony statek o wdzięcznej nazwie „Bazalt”. Nie mieliśmy pojęcia co to za typ, ale skoro on tu wszedł, to chyba możemy postawić maszt – i tak tamten był wyższy :-)

  Aha – po drodze wyprzedziły nas dwie dziewczynki na kajaku. Znaczy ów kajak to łódź wiosłowa, czy coś, z takimi długimi wiosłami i przesuwającymi się siedzeniami, raczej na wyczynowe to wyglądało. My płynęliśmy na ¾ naprzód, a one może na ¼ :-)

  Płynęliśmy przez port w Gdańsku. Zastanawiając się co mu tu robimy. Na W DALi, która w życiu nie przypuszczała, że opuści kiedyś mazurskie wody. Mniej więcej o 1800 przepłynęliśmy obok słynnego gdańskiego żurawia, 5 minut później zacumowaliśmy w Marinie Gdańsk. Była środa, 12 września 2007 roku.



... przez port... ...aż stanęliśmy w Marinie Gdańsk... :-) ... więc czym prędzej wzniesliśmy toast. W DAL w Gdańsku nocą. Ten obokto tylko większy brat W DALi.

  Następnego dnia obudziliśmy się około siódmej rano. Świeciło słońce, zatem zapadła natychmiastowa decyzja – robimy sesję fotograficzną pod żurawiem. Szybko przygotowaliśmy jacht do odejścia, Długi poszedł z aparatem na nabrzeże, a ja odpłynąłem od kei. Najpierw zrobiłem kilka kółek na silniku, potem postawiłem żagle i udało się pomanewrować na żaglach. Zdjęcia wyszły zupełnie nieźle, po czym zabrałem Długiego na pokład i wróciliśmy do kei.

  Około południa dojechała do nas Asia i zaraz potem oddaliśmy cumy. Prognozy wskazywały, że będzie wiało z północnego zachodu, 4B, zatem wymyśliliśmy, że spróbujemy wyjść na Zatokę Gdańską i spłynąć z wiatrem do Górek Zachodnich, albo jeszcze lepiej spróbować wejść w przekop Wisły. Zadzwoniłem zaraz do Jurka Makieły, istnej Chodzącej Żeglarskiej Bazy Danych z pytaniem co on myśli o takim pomyśle. Jurek poparł ideę, powiedział, żeby niczym się nie przejmować i płynąć.

  Zarefowaliśmy grota, przygotowaliśmy do postawienia foka sztormowego i popłynęliśmy na silniku przez port. Napaleni na wyjście na Zatokę byliśmy bardzo. Sama droga przez port była bardzo interesująca, bo dookoła mnóstwo większych i mniejszych statków, po drodze wyprzedził nas jakiś kontenerowiec, jak na warunki morskie mały, ale nam wydawał się być ogromnym (Na mostku stał jakiś facet i robił nam zdjęcia. Od góry!!!). Pomachaliśmy sobie oczywiście. Oprócz tego promy, statki pilotowe i stocznia. I statki w suchych dokach, i ludzie pod nimi - są zdjęcia, warto poszukac ludzików przy śrubie, czy pod statkiem, porównać wielkość...

  W końcu doszliśmy na wysokość Westerplatte, pchaliśmy się ciągle dalej i… zrobiło się nieco nerwowo. Fala nas trochę sponiewierała, w pewnym momencie uznaliśmy, że jednak W DAL jest trochę za delikatna jak na takie warunki… Może gdyby trochę bardziej dobalastowana, gdybyśmy mieli jeszcze mniejszego foka, możliwość większego zarefowania grota (a tak swoją drogą, to druga refbanta na wdalowym grocie już się szyje…). Gdyby nasze urządzenie sterowe było odrobinę mocniejsze… Dużo było obaw i tego nieszczęsnego gdyby, więc uznaliśmy, że lepiej nie zadzierać z losem i lepiej zawrócić. Myślę, że gdybyśmy wyszli za główki, postawili żagle, to zrobiłoby się spokojniej, ale… Widać 4B na Zatoce i 4B na Mazurach są zupełnie różne.



Pod Żurawiem, pod Żaglami :-) Gdański port, W DAL pod żaglami. Jak się pływa w pojedynkę to roboty czasem jest całkiem sporo. Wróciła do nas Asia. Stocznia, rufa jakiegos statku. Pod śruba leży płetwa sterowa, obok chodzą ludzie :-)

  Zawróciliśmy trochę zawiedzeni, ale jednocześnie uspokojeni. Mknęliśmy spowrotem przed gdański port, trochę narzekając, że zmarnowaliśmy w sumie trzy godziny. Ale nic to. Po wyjściu na Martwą Wisłę, za ostatnim mostem postawiliśmy maszt i żagle. Fajnie się płynęło, bo wiało dość mocno, w poprzek rzeki, więc fali nie było prawie wcale. Łódka szła do przodu jak oszalała, czuć było, że pasuje jej taki wiatr. Po drodze przepłynęliśmy znowu koło jakichś stoczni, Rafinerii Gdańskiej, obok jakiegoś zapomnianego porciku ze smutno wyglądającymi wrakami kadłubów… Potem Górki Zachodnie i dopłynęliśmy do wspominanego już mostu pontonowego w Sobieszewie. Tam, mając godzinę do otwarcia mostu, zacumowaliśmy do promu, ja udałem się na pogawędkę z panem mostowym, Asia poszła na jakieś zakupy. Pan bardzo miły, ponarzekał, że nie może otwierać mostu dla takich jak my zbyt często. Potem zjedliśmy jakiś obiad i wreszcie przeszliśmy przez most.

  Dalej śluza Przegalina i wyszliśmy na Wisłę. Wisłą płynęło się zupełnie inaczej, niż dzień wcześniej. Z wiatrem, ale pod prąd. Ten sam kawałek, który wczoraj pokonaliśmy w te 20-25 minut teraz już płynęliśmy ponad półtorej godziny. Mimo, że wiatru było naprawdę sporo i płynęliśmy z wiatrem właśnie. Za rufą kocioł, było widać i słychać, że płyniemy szybko, ale… względem wody tylko. Względem brzegu już było bardzo, bardzo wolno. Fala była całkiem duża, wiał północny wiatr, wpadał prosto w ujście Wisły do Morza.

  Do śluzy Gdańska Głowa dotarliśmy już po godzinach jej pracy, więc zanocowaliśmy cumując do dalb przed śluzą. Tradycyjnie – o 2030 byliśmy już w kojach.

  Rano pobudka i śluzowanie. Pani skasowała, piesek przypilnował a pan prześluzował. Różnica poziomów tez była zerowa. Dalej pomknęliśmy Szkarpawą, już na spokojnie, nie stresując się nieznanym. Dopłynęliśmy do Rybiny. A tam niespodzianka – zamknięty most kolejowy! I dwóch facetów na nim, wyraźnie czekających na coś. Stanęliśmy zaraz za mostem, weszliśmy nań pooglądać, zagadać panów. Panowie mówili cos o jakiejś drezynie mającej przejechać przez most, ale nie byli w stanie powiedzieć kiedy. Obejrzeliśmy most, wróciliśmy na jacht, oddaliśmy cumy, zaczęliśmy płynąć i… wtedy przyjechała drezyna! Taka atrakcja, a my o włos! ;-) no cóż, tak to bywa, zatem zrobiliśmy kilka zdjęć w czasie otwierania mostu i popłynęliśmy dalej. Z ciekawostek – most jest otwierany i zamykany ręcznie, zupełnie jak ten w Giżycku. Z tą różnicą, że tu jest dwóch panów obsługujących i muszę się oni wcale nieźle sprężać.



Próbujemy wyjść na zatokę. Piotr na dziobie W DALi. Taki mały, a zdjęcia naszego topu robili... :-) Na wysokości Westerplatte uznaliśmy, że jednam warunki dla wybitnie śródlądowego Morsa są za trudne. Powrót na Martwą Wisłę. Wraki. Martwa Wisła, na żaglach.

  Na Szkarpawie nie było wiatru, więc się dosilnikowaliśmy do Nogatu i tu miłe zaskoczenie. Wieje! I to z takiego kierunku, że jest szansa pójść na żaglach. A, i chwile wcześniej spotkaliśmy pierwszy pływający jacht. Co prawda motorowy, ale zawsze :-). No to maszt góra, żagle góra i idziemy. Do pierwszego zakrętu bardzo ostrym bejdewindem, potem da się iść pełniej. Potem znowu zakręt i ostrzej, potem jeszcze ostrzej, aż zaczyna się halsówka – 30m hals wysokościowy, 80m hals odległościowy… I tak cały czas. W końcu znudziła nam się ta nierówna walka, w perspektywie mieliśmy jeszcze postój w Elblągu i chcieliśmy dojść pod pierwszą pochylnię.

  Do Elbląga doszliśmy około 14. Tu krótki postój, zakupy, prysznic i wio dalej. Oglądamy port, położony nad brzegiem rzeki, szkoda, że taki pusty… nic się nie dzieje, jakieś zniszczone budynki, pustki… W końcu przechodzimy pod mostem z droga krajową nr 7 Warszawa – Gdańsk, pod mostem kolejowym i a niecierpliwością czekamy wejścia na jezioro Drużno. Płynie się przez jakieś bagna, trzcinowiska, dookoła mnóstwo ptaków i brak ludzi. Wreszcie widać jeziora. A w zasadzie kanał i trzęsawisko dookoła. Drużno jest bardzo duże, ale zarastające i w zasadzie przez środek wytyczona jest jedna ścieżka. Nie ma sensu płynąć gdziekolwiek w bok, bo tam wody mało, płytko i wszechobecne wodorosty. Wiało tak, że można było się zastanawiać nad postawieniem żagli, więc to czym prędzej uczyniliśmy. Płynęliśmy raz bardzo ostrym bejdewindem, raz pełniejszym, po całej szerokości ścieżki. Zimno było już bardzo, pozakładaliśmy chyba wszystkie ciepłe ubrania.

  W pewnym momencie z przeciwka ujrzeliśmy statek białej floty, Żeglugi Ostródzko – Elbląskiej. I kolejna rzecz, która nas zadziwiła – załoga statku była bardzo przyjaźnie nastawiona do takich jak my. Pomachali, zawołali coś miłego. Za chwilę płynął kolejny statek – reakcja identyczna. Rzecz nie do pomyślenia na Mazurach. W ogóle w czasie całego rejsu obserwowaliśmy zachowania ludzi odmienne od tych mazurskich. Macha się tu wszystkim, rybakom, wędkarzom, motorowodniakom. Miło. Mazury mogą się uczyć. Trzy dni później, już na Jezioraku spotkaliśmy motorówkę, która… zwolniła przepływając obok nas, aby nie robić zbyt dużej fali… już widzę taką sytuację na Bełdanach, Mikołajskim czy Mamrach…

  I jeszcze jedno – pustki. Totalne pustki. O ile na Zalewie Wiślanym jeszcze spotykaliśmy jakieś jachty, o tyle na Szkarpawie (w obie strony) nikogo, na Nogacie 3 jachty (łącznie z motorówkami), na Martwej Wiśle jeszcze 4… trochę więcej na Kanale Elbląskim, ale też na palcach można było policzyć ile.



Wisłą na żaglach, pod prąd, fordewindem. Przed śluzą Gdańska Głowa postanowiliśmy zanocować... ... w takim uroczym miejscu. Wchodzimy do śluzy. Asia i Piotr, na Szkarpawie.

  W końcu Drużno zostało za nami, weszliśmy w kanał. Przede wszystkim wąsko. Dużo węziej, niż na kanałach mazurskich, chyba trochę węziej niż na półdzikim kanale Niegocińskim. I pusto. W pewnym momencie nadmiar kawy i herbaty zmusił nas do zatrzymania się przy brzegu. No to co? – dziobem w brzeg, cuma do krzaka i tak staliśmy w poprzek kanału. Nikomu to nie przeszkadzało, nikt nie płynął.

  Dopływamy do pierwszej pochylni. Na początku było ciekawie, bo wyraźnie płynęliśmy powyżej terenu obok kanału, najpierw to nas bawiło, dziwiło, potem stało się normą. Wieczór już zapadał, więc sprawdziliśmy od której godziny możemy się pochylniować (śluzować? Przewozić? Przejeżdżać?) i grzecznie poszliśmy spać.

  Rankiem 15 września pobudka, zjedliśmy niespiesznie śniadanie i zaraz potem poszliśmy do panów rządzących pierwszą pochylnią od dołu, Całuny Nowe, zapytać co i jak, komu zapłacić, jak to wygląda. Dowiedzieliśmy się, że i owszem, możemy zapłacić, ale i tak musimy poczekać, aż przejdą statki. Czyli godzina w zapasie, po jedna przeprawa trwa około 20 minut. Statki były trzy.

  Obejrzeliśmy zatem dokładnie konstrukcję, poznaliśmy zasadę działania. Fascynujące jest to, że cały proces nie zużywa ani trochę energii elektrycznej – wszystko jest napędzane siłą wody. Na 4 pochylniach dużo koło wodne, jak w każdym młynie, na jednej, właśnie na Całunach turbina. Koło jest połączone systemem przekładni (z regularną skrzynią biegów i kłowym sprzęgłem!) z wielkim bębnem, na który nawijana jest lina. Lina schodzi z bębna, biegnie po pochylni, zawraca na dużym kole zwrotnym i po pochylni wraca na górę. Do liny przyczepione są wózki, które jeżdżą po szynach ułożonych na pochylnie. Bęben kręci się raz w jedną stronę, raz w drugą, a wózki chodzą w przeciwnych kierunkach – jeden jedzie z dołu do góry, a drugi odwrotnie. Generalnie zasada działania jest banalna. Warta obejrzenia na pewno jest maszynownia – ogromne koła zębate, o średnicy kilku metrów, wszystko potężne, stare i… ciągle sprawne. I tak czekając na miejsce na wózku, bo statki mają pierwszeństwo (jak na śluzie) obejrzeliśmy maszynownię.



Zwodzony, obrotowy most kolejowy (z wąskotorówką!) w Rybinie. Tym razem zamknięty, padły baterie w aparacie i... zaraz przejechała drezyna. Niefart. Rybina, most w trakcie otwierania. Halsówka na Nogacie. Elbląg. Powoli wchodzimy na Drużno.

  A teraz sama podróż. Statki w końcu popłynęły, przyszła nasza kolej. Przejęci jak nie wiem co, bo w końcu to był nas pierwszy raz. Nieoceniona była tu pomoc Długiego, który kiedyś miał okazję pokonać wszystkie pochylnie i nauczyć się co i jak.

  Wpływamy między barierki wózka. Koniecznie podnosimy miecz, ster i silnik. I warto o tym pamiętać – żeglarze niepochylniowi traktuję pochylnię trochę jak śluzę, a w tej nic się nie robi w tymi trzema elementami budowy jachtu. Cumujemy nabiegowo. Jeżeli uznamy, że jesteśmy gotowi do drogi walimy młotkiem kilka razy w gong. Zarówno młotek jak i gong są przymocowane łańcuchem do barierki wózka. Nasze uderzenia słyszy Pan Pochylniowy, który stoi na szczycie pochylni i widzi oba przejeżdżające statki. Jeżeli uzna, że oba są gotowe do drogi to ciągnie za wajchę połączoną drutem z gongiem w maszynowni. Gong w maszynowni dzwon i drugi Pan Pochylniowy uruchamia siłownię. Wózek delikatnie rusza, pilnujemy cum, trzymając je mocno, bo wózek z polerkami jedzie, a jacht stoi. Dopiero po chwili jest już łatwiej, jacht płynie równo z wózkiem, wózek się unosi, luzujemy cumy, pilnując, aby burta nie obijała się o brzeg wózka. Pracują tu nogi, wózek to kratownica, nie ma o co oprzeć odbijaczy. W pewnym momencie czujemy, że jacht delikatnie zaczyna siadać na dnie wózka, i wreszcie możemy zostawić cumy w spokoju. Jedna osoba zasuwa z aparatem po pochylni, dwie zadowolone jadą na jachcie. Dojeżdżamy do szczytu, potem krótki zjazd do wody, szybko miecz, ster, silnik, oddajemy cumy i ostrożnie wypływamy na wody kanału, uprawiając slalom między dalbami. Ostrożnie, bo łatwo się na nie nadziać. Generalnie wszystko jest przystosowane do obsługi statków białej floty, a nie takich jak my. Po oddaniu cum dziękujemy Panom Pochylniowym, machamy „do zobaczenia” i płyniemy dalej.

  Nie ma co się spieszyć, gonić silnika nie wiadomo jak, bo i tak będziemy czekać na następnej pochylni. O tym dowiedzieliśmy się oczywiście przed drugą pochylnią, kiedy musieliśmy czekać aż przejdzie statek. Dochodzimy do drugiej pochylni, Jelenie, tu już spokojnie, wiemy co mamy robić.

  Nerwowy moment robi się przed trzecią – Oleśnicą (przypominam, płyniemy z dołu do góry) – między kołem zwrotnym liny a pochylnią jest ujście strumienia, w który wpada woda napędzająca koło wodne. Prąd jest bardzo silny, boczny, trzeba uważać, żeby się nie nadziać jachtem na dalbę albo szyny osłaniające konstrukcję koła zwrotnego. Generalnie pokonując pochylnie trzeba być bardzo ostrożnym, ze względu na szerokość jachtu – nasz Mors ma 2,7m szerokości, wózki na pochylniach i późniejsze śluzy mają 3,2m., może ciut mniej. Po 25cm na stronę wolnej przestrzeni to mało. Wszelkie spotykane na trasie „bramki” z dalb, czy wrota bezpieczeństwa mają tą samą szerokość.



Piotr za sterem. Drużno. Bardzo ostro, ale udaje się iść na wiatr. Drużno - wielkie jezioro, ale zarośnięte, tylko środkiem wytyczone jest wąskie przejście. Pustki i luz. :-)

  Każda kolejna pochylnia była łatwiejsza do pokonania, wiedzieliśmy co robić, 5 z kolei wydawała nam się odrobinę nudna ;-) Ale i tak byliśmy pełni podziwu dla ówczesnych inżynierów – 100 metrów różnicy poziomów na 9 kilometrach to dość dużo. Widać taniej było budować pochylnie, niż śluzy, pochylni jest 5, a śluz pewnie na tym krótkim odcinku byłoby ze 20… Tylko przepustowość owych urządzeń jest niemalże żadna – jeden statek, maksymalnie trzy jachty na 25 minut. Już widzę co by się działo np. przy takim ruchu jak na naszej ulubionej Guziance.

  Przy ostatniej pochylni Buczyniec jest niewielkie muzeum Kanału Elbląskiego. Niewielkie, ale bardzo interesujące przedstawiające historię Kanału, ma wiele ciekawych zdjęć i eksponatów. Ponadto można tu dokładnie zwiedzić maszynownię, dowiedzieć się jak to działa, sami zresztą oglądaliśmy i rozgryzaliśmy urządzenie dokładniej niż opowiedział nam o nim Pan Pochylniowy. Bezczelnie (jak pan wyszedł z maszynowni) przeszliśmy za łańcuszek z napisem zakaz wstępu i obejrzeliśmy wszystko dokładnie.

  Wreszcie pochylnie zostały za nami. Zgłodnieliśmy, Asia zabrała się za robienie obiadu, ja coś tam jej pomagałem, a Długi dzielnie płynął. Po pół godzinie obiad został przygotowany, trzeba było znaleźć jakieś miejsce, w którym można było spokojnie się zatrzymać.

  Przez cały dzień wiał bardzo silny wiatr, w szkwałach było zapewne około 8B, więc dobrze się stało, że do pokonania mieliśmy akurat pochylnie i kanał.



Adam. Najcieplej nie było. Asia i Piotr. Ruch we wrześniu, już na kanale Elbląskim, jest taki, że można zrobić szlaban z połżonego masztu :-) Maszynownia pochylni Całuny. Adam, a w tle kółko zębate :-)

  Zatrzymaliśmy się na jeziorze Piniewo. Jeziorze, które kiedyś miało poziom wody o 5m (!) wyższy, ale w czasie budowy kanału obniżono poziom jeziora. Efektem tego jest zarastające jezioro, z niewielką drogą żeglowną wytyczoną przez środek. Weszliśmy dziobem w trzciny, tak stoimy. Obiad.

  Po obiedzie uruchamiam silnik i… psikus. Zginęło chłodzenie. Pewnie coś weszło w kanały wodne i je zatkało. Czarna wizja, bo iść dalej na pagajach nam się nie widzi, a dokądś jednak trzeba dopłynąć, żeby wyslipować łódkę. Usiłujemy rozkręcić spodzinę, łamie się klucz, nie możemy dać rady. W końcu czymś cienkim grzebię przy sitku zasysającym wodę do układu chłodzenia, próba i … jeeeeeeeeeeest!!! Sika! Udało się! Płyniemy.

  Oglądając się cały czas na silnik płyniemy dalej. Przechodzimy pod mostem z drogą Warszawa – Gdańsk, w miejscowości Rybaki. Długi zakręt z prawo i wchodzimy na Jezioro Sambród. Nie stawiamy masztu, po jezioro jest podzielone na pół przez most kolejowy. Po lewej burcie zostają Małdyty, dalej 3km kanału w wchodzimy na jezioro Ruda Woda. Jezioro to - długa kicha, szeroka na kilkaset metrów, w najszerszym miejscu ma może 1,5km. Za to długość – imponująca – ponad 10km. Stawiamy maszt, żagle i fordewindem lecimy na południe. Wiatr trochę przydechł – z porannej wichury została mocna piątka. Już zaczęło zmierzchać, gdy dopłynęliśmy do końca jeziora. Po lewej zauważyliśmy jakiś pomost, podeszliśmy tam w nadziei, że spotkamy cywilizację. Złudne nadzieje. Cywilizacja jest, i owszem, ale tylko w sezonie. Camping zamknięty, złe psy, nawet stróża nie widać. Z mycia nici. Przy pomoście wiało mocno, przestawiamy się pod przeciwny brzeg jeziora. Szukamy miejsca do postoju i w końcu stanęliśmy w cichej zatoce wiążąc się do konarów drzew. Zrobiło się ciemno, chwila rozmowy i spać.

  Rano, 16 września dopłynęliśmy do Miłomłyna. Pamiętam, że była to niedziela. Chcieliśmy pójść na jakieś zakupy. Dopłynęliśmy do centrum miejscowości, jest jakaś keja. Idziemy do sklepu, miejscowi patrzą na nas spode łbów. Czujemy się niezbyt pewnie. Szybkie zakupy, po drodze przechodzimy obok kawiarni „Romantica”. Płot dookoła kawiarni był drewniany. Ze sztachet. Piszę był, bo sztachety walały się połamane dookoła, widać, że zniszczenia są świeże, coś nam się zdaje, że owe sztachety były w użytku. „Romantica”, że ho ho! ;-)



Jedyna szansa, a by się zrównać wzrostem :-) Po torach, po torach... Daleko widać W DAL. Pochylnia Całuny. Pierwsy statek... Co robi? pochyla się? Statek (i Adam) na szczycie pochylni. Drugi, na dolnej wodzie czeka trzeci...

  Płyniemy dalej. Koło śluzy Miłomłyn wchodzimy w kanał Iławski. Śluza ta zostaje po lewej burcie, pokonamy ją płynąc do Ostródy.

  Jesień zapanowała, żółte liście leciały na pokład, było znowu zimno i niezbyt sympatycznie. Ruchu żadnego. Na tej długiej drodze nie spotykamy żadnego jachtu. Co najwyżej statki białej floty (rzadko) i łódki z wędkarzami.

  Przepływamy przez jezioro Karnickie. Bardzo ciekawa jest tam sytuacja, bo tak naprawdę to jezioro znajduje się 2m poniżej poziomu wody w kanale. Budowniczy kanału wymyślili, że taniej będzie usypać groblę w poprzek jeziora niż budować dwie śluzy. Więc w grobli jest wykopany kanał.

  Po niecałej godzinie wchodzimy na Jeziorak. Wreszcie można postawić maszt i zabrać się za żeglowanie. Stawiamy żagle, zarefowany grot i mały fok. Halsówka. Pierwsze wrażenia z Jezioraka. Pusto. Ładnie. Ciekawie. Kicha jak Bełdany, tylko dużo bardziej rozbudowana. W końcu Jeziorak to najdłuższe jezioro w Polsce. Halsujemy przez zatokę Kraga, za cel obieramy Siemiany – w końcu to duża letniskowa miejscowość, zatem mamy szansę na prysznic. Chce nam się prysznica, bo na kąpiel w jeziorze jest trochę za zimno. Ciągle się rozglądamy – woda w Jezioraku jest brązowa, zupełnie inna niż w jeziorach mazurskich. Powoli zza chmur wychodzi słońce, robi się ładnie, ciepło. A jezioro – same zatoki i wyspy. Cudo! Już mi się podoba, już wiem, że chcę tu przypłynąć za rok. Kto wie, może obozem? (teraz, pisząc te słowa, już wiem, rejs po Jezioraku znalazł się w ofercie, zobaczymy jak to wyjdzie).



W koncu przyszła kolej i na nas. Woda w kanale kolorem przypomina raczej błoto. Mosty, nowy i stary z nim. A w tle - pochylnia. W DAL na wózku, który właśnie ruszył. Chwila pracy cumami, nogami, aby... ... odpowiednio osiąść na wózku i pojechać do góry.

  Wpływamy do Siemian, już po sezonie, wszystko pozamykane, nikt nie wie co to prysznic. Płyniemy kawałek na południe. Jest jakiś camping. Dobijamy, pytamy… jest mycie! Po 4zł od osoby. Korzystamy z ciepłej wody jednocześnie zachwycając się różnorodnością ścian pod prysznicem. Wszystko było – deski, kafelki, plastikowa glazura, kawałki sidingu… Ciekawie. Ale to nie miało znaczenia, wreszcie jesteśmy czyści.

  W międzyczasie znikają chmury, wychodzi słońce. Niskie wrześniowe słońce – efektem są niezwykłe kolory. Trochę to widać na zdjęciach. Długi zaproponował, żeby popłynąć na uroczą zatokę Widłągi. Płyniemy. Przechodzimy między wyspami Duży i Mały Gierczak, płytko tam, ale to dla nas nie problem – podnosimy miecz i dalej do przodu. W końcu wiatr zdycha prawie całkiem, uruchamiamy silnik i o zmroku, na silniku, dochodzimy do zatoki Widłągi. I kolejna różnica z Mazurami – Widłągi to strefa ciszy, ale na wolnych obrotach, nie hałasując wolno pływać na silniku. Obiadokolacja i nocowanie. Jesteśmy już zmęczeni, trochę zmarznięci. Powoli zaczynamy czuć koniec rejsu. Długi umówił się z rodzicami, że następnego dnia dopłyniemy do Iławy i go odbiorą.

  A ja rozglądam się po jeziorze – mnóstwo dziurek w trzcinach, dzikich biwaków, gdzie można spokojnie się zatrzymać. Wyspy nie są rezerwatami, można się na nich zatrzymywać. Obłęd. Podoba mi się coraz bardziej.

  Rano, po śniadaniu w drogę. Tym razem pod wiatr. Ale wieje delikatna dwójka, momentami słabnąca do jedynki. Długi mówi, że na Jezioraku (bo żeglował tu po wielokroć) nigdy nie wieje w poprzek jeziora, zawsze wzdłuż. Więc albo halsówka, albo fordewind. Dla nas halsówka. Spokojnie płyniemy, milion zwrotów i dopływamy do Iławy.



Przed kolejną pochylnią trzeba chilę poczekać. To dowód na to,że nie ma sensu się spieszyć. Znowu przygotowanie... ... i jazda po łące :-) Niby tylko pole. Ale jak często, płynąc jachtem, mamy okazję oglądać słupy energetyczne od góry, jak tu? I piąty, ostatni raz do góry. Wskazówka na betonowym cokole pokazuje poziom wody w kanale.

  Spotkanie z Rodzicami Długiego, zgrywanie zdjęć do laptopa, kawa, lody, obowiązkowy prysznic, obiad z dostawą na jacht za 10zł od osoby… Fajnie jest! W końcu Długi wyjeżdża, zostajemy sami. Oddajemy cumy, płyniemy spokojnie z wiatrem, wolno, coraz wolniej. W końcu zdycha całkiem, na silniku dochodzimy do najbliższej wyspy. Czysto, cicho i spokojnie. Wszyscy przyjaźnie nastawieni do ludzi.

  Rankiem, 18.09 oddajemy cumy i zaczynamy płynąć w stronę Ostródy. Mieliśmy plany, żeby popływać jeszcze po Jezioraku, potem przeskoczyć na Drwęckie, Szeląg, ale już nam się po prostu nie chce. O ile w dzień jest bardzo miło, o tyle noce są zdecydowanie zimne. W łódce panuje wilgoć, jest niezbyt przyjemnie. Przepływamy fordewindem Jeziorak, spotykamy po drodze bardzo ciekawy znak nawigacyjny. Nauczyliśmy się, że boja rozwidlenia szlaku żeglownego jest okrągła, w czerwono – zielone paski. Tutaj  spotykamy krzywy patyk, osadzony na sztorc w czymś płaskim i cała ta konstrukcja jest pomalowana w wymagane paski.

  Wchodzimy w kanał Iławski, do Miłomłyna. Po drodze naszło nas na śpiewanie, więc darliśmy japy (ale staraliśmy się zachować umiar w tym darciu). W Miłomłynie śluzowanie, 5,80zł, śluza wąska, krótka, malutka jakaś taka. W całości obsługiwana ręcznie. Mors na szerokość wchodzi niemalże na styk. Wrażenie nieziemskie. Zwłaszcza jak się jest na dole.

  Zaczyna padać. Ubraliśmy się z sztormiaki, po 40 minutach dopływamy do kolejnej śluzy – Śluza Zielona. Śluza porzucona gdzieś w lesie, rzeczywiście zielono dookoła. Przemiły Pan Śluzowy i równie miły mały piesek. Piesek oczywiście dokładnie musiał sprawdzić co robimy i zaakceptować nasze działania.



Ostatnia jazda. Asia z Piotrem. Piotr. Tylko wody pod spodem  zabrakło. Schemat i krótka historia Kanału. Koło wodne napędzające mechanizmy pochylni Buczyniec.

  Pada coraz mocniej, wychodzimy na jezioro Drwęckie, ale: a/ mocno leje b/ mocno wieje, więc zawróciliśmy i zatrzymaliśmy się na nocleg gdzieś w krzakach tuż przy ujściu kanału do jeziora Drwęckiego. Nocleg.

  W nocy zmarzliśmy bardzo, rankiem śniadanie i popłynęliśmy do Ostródy. Po drodze trzeba było jeszcze położyć maszt – most kolejowy nad jeziorem. Wchodzimy do Ostródy, wybieramy jakieś miejsce przy kei, zatrzymujemy się i w zasadzie rejs dobiegł końca.

  Pozostało pojechać do Gdańska po auto, przygotować jacht do transportu i ruszyć w drogę powrotną.

  Ostatnia noc na W DALi w sezonie 2007 dobiegła końca. Zimno było bardzo. W końcu udało się wyjąć jacht z wody, przełożyć na wózek i po 5 godzinach jazdy zajechaliśmy do domu.



Najważniejsza praca w czasie pracy mechanizmów - pilnowanie aby koła za bardzo się nie rozpędziły. W drodze do Iławy. Mosty. Drugim (w głębi) biegnie droga krajowa nr 7. Kolejny mostek. Jezioro Ruda Woda.

  Jak było? Super! Na pewno warto pojechać tam jeszcze raz. Na pewno warto więcej popętać się żaglówką po Żuławach, przecież Nogatem można dojść do Malborka, zwiedzić zamek, przeskoczyć na Wisłę, dojść do Gniewu, potem przez Tczew dopłynąć do Gdańska.

  Na pewno można więcej czasu spędzić na Zalewie Wiślanym, opłynąć go dokładnie, zahaczyć aż o Nową Pasłękę, dojść aż do Braniewa. Małą, mieczową łódką jest to jak najbardziej wykonalne. Cóż, Zalew jedynie odstrasza wielkością i stosunkowo nieprzyjaznymi brzegami - mała liczba portów schronienia, w zasadzie brak możliwości nocowania „na dziko”.

  Wady? – tak – we wrześniu prawie całkowity brak infrastruktury, chodzi mi tu głównie o sanitariaty. Jeżeli już coś gdzieś jest to raczej paskudnej jakości. Słabo z paliwem – jeżeli zabraknie to trzeba zasuwać kawał drogi do stacji benzynowej. Tu nie ma wodnych stacji benzynowych jak na Mazurach (znaleźliśmy jedną, w Gdańsku). Sklepy – tylko w większych miejscowościach, o ile na Zalewie, Szkarpawie to nie problem, o tyle na Kanale Elbląskim może być kłopot. Należy pamiętać o tym wybierając się na taki rejs.

  Aha – i jeszcze jedno – trzeba się nastawić na dużo żeglugi na silniku. My, w czasie naszej eskapady zużyliśmy około 50l paliwa. Przy czym mimo wszystko całkiem dużo pływaliśmy na żaglach – np. wspominana w tym opisie Monada całe Drużno i Rudą Wodę przeszła na silniku.



Asia na Rudej Wodzie. Spokój na Kanale. Znaki nawigacyjne. Ciasny mostek. Jezioro Karnickie podzielono groblą na pół. A w grobli wykopano kanał.

  Bardzo dużo zależy od warunków meteorologicznych. Warto być w ciągłym kontakcie z kimś, kto siedzi przed Internetem i może nam na bieżąco sprawdzać pogodę. Można tez zabrać ze sobą laptopa z jakimś blukonektem, iplusem, czy czymś, tylko baterie zaraz padną, a z ładowaniem krucho.

  Płynąc na te akweny warto zarezerwować trochę więcej czasu i zdecydowanie płynąć w jedną stronę, tak jak my (nie ma znaczenia, czy w dół, czy w górę). Na pewno warto opłynąć cały Jeziorak, potem zwiedzić całe Drwęckie, Pauzeńskie, Szeląg Wielki. Nam na te ostatnie jeziora po prostu zabrakło natchnienia. I ciepła w nocy.

  Plany na przyszłość? Z tą załogą? – Wszędzie. Mamy takie dwa pomysły – pierwszy to zrzucić Morsa na Wiśle tak wysoko jak się da i spłynąć do Gdańska, a drugi to pętla Wielkopolska: Bydgoszcz – Kanał Notecki – Kruszwica – jez. Gopło – Kanał Ślesiński – Konin – Warta – Poznań – Warta – Gorzów Wielkopolski – Noteć – Kanał Bydgoski – Bydgoszcz. A potem – czas pokaże.

 

Strzyboga, listopad 2007

Cześć zdjęć - te bez daty - dostalem od Piotra, postanowiłem je bezczelnie wykorzystać. Dziękuję, Piotrze.



powrót do głównej


Wreszcie wyszliśmy na Jeziorak. Pogoda zaraz się poprawiła... ... i przywiało ładnie. Prawy hals... ... i lewy Asia na Jezioraku.



Jesienne słońce z takowym wiatrem... ... zaprowadziło nas między Gierczaki. Adam. Widoczki... ...są tam całkiem całkiem.



:-) Boja rozgałęzienia szlaku żeglowanego. Ciekawa, nieprawdaż? Asia prowadzi W DAL. Śluza Miłomłyn, w drodze do Ostródy. Asia w oczekiwaniu na śluzowanie.



Wchodzimy do śluzy Miłomłyn. W śluzie... ... zjechaliśmy na dół... ... i wyszliśmy pod niskim mostkiem W drodze do Ostródy.