Sylwester na rejowcu.

    Jakiś czas temu, o ile dobrze pamiętam był to koniec października, może początek listopada 2007 roku zadzwonił do mnie Jasiek Sieczkowski, armator pływającej na obozach Monady i usłyszałem w telefonie: "Adam, co robisz w Sylwestra? Bo jest rejs do Kopenhagi, tydzień, na Chopinie, szansa na 100 godzin do kojota (czyli Kapitana Jachtowego), fajna ekipa..."

    Zaczęło się kilkudniowe rozmyślanie, do pomysłu zapaliła się również Ania P., ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że praca, czy coś, i nie bardzo może płynąć. Ja jednak twardo obstawiałem, że popłynę. Czym prędzej zrobiłem przelew za rejs, żeby głupie pomysły do głowy mi nie przyszły i tak coraz częściej w głowie pojawiały się rozmyslania co to będzie i jak to będzie. Bo, że na morze to luz, ale w zimie???!!!

    Ania zrezygnowała, namawiałem kilka innych osób, ale wszyscy raczej pukali się w czoło, zamiast ucieszyć się na dobra propozycję, kilka osób bardzo się dopytywało o prom jakim popłynę, nie bardzo chcieli wierzyć, że ów prom to po prostu żaglowiec, s/y Fryderyk Chopin. Jedynie Asia zdecydowała się popłynąć. Brawo!


Gdynia, tuż przed mustrowaniem. Pierwsze spojrzenie na maszty. To tam się wchodzi...??? Pierwsze wejście na reje, pierwszy od prawej to ja :-) Tak, na grotrei, nawet do noku doszedłem :-) Maszty, z żaglami... ... to powalający widok. Nawet jak nie wszystkie żagle są postawione.

    Przyszły Święta Bożego Narodzenia, zaraz po nich dzień na pakowanie. Co zabrać? Wszystko co ciepłe. Jeden sztormiak, drugi sztormiak, cztery bluzy, trzy pary spodni, cztery czapki, trzy pary butów, skarpetki... Wszystko oczywiście w zimowym wydaniu, wielki worek żaglarski zrobił się za mały. Druga torba też pełna. Kurtka sztormiakowa już się nie zmieściła, spiwór też, jedno zabieram na grzbiecie, drugie pod pachą. pewnie będę wyglądał jak wariat, ale co tam, jest cień szansy, że nie zmarzne, jak się zrobi 20 stopni mrozu.

    Z domu wyjechaliśmy 28 grudnia 2007 roku o 0630. Spokojnie, nie spiesząc się, dojechaliśmy do Gdyni. Po drodze zabraliśmy z Gdańska KajTana, mojego kolegę z listy dyskusyjnej dotyczącej dużych fiatów. Kajtan przejął auto, zabrał na bezpieczny parking, na koniec rejsu przyjechał po nas do portu. Dziękuję bardzo.


Dwie pary spodni, dwie bluzy, dwa sztormiaki, czapka, rękawiczki, szelki - ot, ubranie wachtowe. Za sterem. Idziemy do nieba, na grottrumsreję... :-) ... przystanek po drodze... ... i grottrumsreja zdobyta! Dzięki temu wejście gdziekolwiek indziej było banalne. I wstyd było nie wejść :-)

    Zostaliśmy na statku. Szybkie, sprawne mustrowanie do załogi i pierwsza nauka. Pierwsze wejście na saling, na reje, poznawanie żagli, olinowania, całego takielunku. Wieczorem spotkanie z kapitanem, już całej załogi i przede wszystkim dowiadujemy się, że nici z Kopenhagi - za mało czasu, poza tym pod wiatr mamy małe szanse na dojście tam na czas. Zatem celem naszego rejsu stało się Visby na Gotlandii. Trochę nieśmiało wspomnieliśmy o Sztokholmie, ale Kapitan szybko wybił nam to z głowy, argumentując właśnie czasem. Jak się okazało miał rację. Potem dowiedzieliśmy się kto trafił do której wachty, jakie są nasze obowiązki na statku, "szczęśliwcy" zobaczyli się na liście pomocników kuka. Trafiamy z Asią do drugiej wachty, wraz z dziesiątką takich jak my obsługujemy grotmaszt i to co na rufie statku.

    29 grudnia 2007. Pobudka o 0730, takim głośnym dzwonkiem, o ósmej śniadanie, potem "rejony". Co to "rejony" - to co w wojsku - szeregowy, będziecie zamiatać od tego rogu do kolacji ;-) - czyli sprzątanie statku, idzie to sprawnie, trzy osoby robią swój rejon w góra pół godziny.

    Po rejonach - wychodzimy. Cała załoga na pokładzie, wszyscy przejęci, co to będzie... Zaraz za głowkami portu stawiamy żagle. Wchodzę na grotreję, trzeba rozwiązać sejzingi na grocie aby postawić żagiel. Nawet udało mi się dojść do noku reji. Zszedłem stamtąd cały zlany potem, każde wejście dla kogoś, kto nie ma wprawy, jest wyprawą niemalże do nieba. Potem brasowanie, odpowiednie wybranie szotów, i żagle stoją! Jedziemy! Całkiem nieźle, ostro na wiatr (tutaj ostro to tak, jak pełnym bajdewindem na Morsie), w przechyle, szybko. W ciągu godziny omijamy Hel, odpadamy i wio na północ.


W drodze na dół - po lewej siedzi Śląski, nasz Starszy Wachty. Nieformalne spotkania w mesie. 2007_chopin_strona_013 STS Fryderyk Chopin w Visby, na Gotlandii. Visby, Gotlandia. Przed zwiedzaniem.

    Wieczorem trzeba zrzucić żagle. Nie wszystkie - spadają grot, fok i chyba grotbramsel (czwarty od dołu na grotmaszcie). Próbuję wejśc na grot reję, ale się zaciąłem - początek rejsu, brak wprawy, ciemno, buja - nie dałem rady. Szczęściem oficerowie i starsi wacht są bardzo wyrozumiali i nie wganiają na górę na siłę.

    Było całkiem chłodno - moim standardowym ubraniem były dwie bluzy, polarowe spodnie, trzy pary skarpetek i na to wszystko dwa sztormiaki. I czapka i zimowe rękawiczki. I mimo to zmieniamy się na wachtach, nie wszyscy muszą cały czas stać na mostku, mozna wejść pod pokład, ogrzać się tam, ale absolutnie nie wolno rozbierać się ze sztormiaków - trzba być cały czas w pełnej gotowości.

    Pierwsza, wieczorna wachta - od 2000 do 2400 - mija dość ciężko. Buje, nie wszyscy czują się dobrze, kilka osób ciepi na chorobe morską. Mnie też muliło, nie obeszło się bez "pawia", na szczęście moje złe samopoczucie nie wyłączyło mnie z prac na pokładzie.

    Później było łatwiej - następnego dnia wszedłem na trumsreję, (na ta najwyższą) na grotmaszcie. Wgramoliłem się tam jako pomocnik - Śląski, nasz starszy wachty wypatrzył, że trumsel (żagiel na owej reji) był źle sklarowany. Trzeba było wejśc i poprawić. To wejście ułatwiło mi bardzo późniejszą prace na rejach, po prostu pewniej się tam czułem. Poza tym duża pochwała nalezy się starszym wacht - wchodzili na górę razem z nami, dużo podpowiadali, radzili, itd - było jeszcze łatwiej.


Miasteczko zwiedziliśmy dość dokładnie. Przy miejskich murach obronnych. Ruiny katedry. Nad Bałtykiem  :-) STS Fryderyk Chopin w Visby.

    Wieczorem, 30 grudnia weszliśmy do Visby. Tuż przed zrzuciliśy żagle, co było przysłowiową bułką z masłem, wszak morze było już dość równe, nie bujało. W ogóle na żaglowcu jest inaczej - każdy większy manewr wymaga pracy całej załogi. Jeżeli trzeba brasować, zrzucać, stawiać żagle - na deku są wszyscy. Oczywiście chwilę wcześniej rozlega się głośny dzwonek, po dzwonku słychać przez "szczekaczkę" głos Kapitana z informacją co będziemy robić. Najbardziej szczęsliwi są ci, którzy własnie usnęli...

    Wieczorem - spacer po Visby, a potem robi się spiewana impreza w mesie. My balujemy do północy, ostatni kończą chyba o 3 rano :-)

    31 grudnia. Rano ponowna wycieczka po Visby, oglądamy to urocze miasteczko, robimy zakupy, zdjęcia. Fajne są te skandynawskie miasteczka, spokojne, ciche, bezpieczne, zadbane, czyste... Małe domki, wszystko sprawia wrażenie totalnej sielanki :-) I pustki. Asia, która tu była latem jeszcze tego roku, opwiada, że wtedy było pełno ludzi. A teraz? Nikogo. Robimy jakieś drobne zakupy, w sklepach można płacić w Euro (całe szczęście), handlowcy stosują jakiś przywoity przelicznik, więc nie dokładamy zbytnio do tego interesu. Resztę wydają w koronach, ale fartem musimy płacić równe kwoty i takie też banknoty są w naszym posiadaniu. Na statek wrócilismy około 1400, prosto na obiad.


Sylwester 2007/2008. Grotmaszt pod (prawie) pełnymi żaglami. Grotbombramsla nie było, podarł się na poprzednim rejsie. I jeszcze raz grotmaszt, ale widziany z dziobu. Achterdek Chopina widziany z grotsalingu (na wysokości grotmarsrei górnej, czyli trzeciej od dołu). Żagle :-)

    Po połuniu krótka drzemka, ogólnie jest bardzo wesoło, później przenieśliśmy się do klasy, gdzie stoi telewizor z odtwarzaczem video. Wśród kaset, po dłuższych poszukiwaniach, znaleźliśmy "Kilera" (wiedzieliśmy, że on tam jest, I oficer nam powiedziała, ale w którym opakowaniu?) i zrobiło się oglądanie. W trakcie przerwano nam tą miłą czynność - trzeba się było szykować do samego balu sylwestrowego.

    Kambuz przygotował masę pysznego żarcia, a my zadowoleni i jednocześnie trochę niepewni znowu trafiliśmy do klasy. Pojawiła się tam cała załoga, ktoś włączył muzykę, na początku było sztywno, ale po kilkunastu minutach było już normalnie :-) Mocno wesoło, tańce, hulanki, swawole trwały do białego... e, nie do białego, bo wystarczy popłynąc kawałek na północ z Polski, aby noc znacząco się wydłużyła. Wytrzymaliśmy do czwartej rano, najwytrwalsi do siódmej.

    A sam Nowy Rok? Powitaliśmy Go na całą załogą na achterdeku, strzelając korkami od szamapanów. Kapitan prażył z pieknej armatki, która normalnie mieszka w salonie kapitańskim. Huku i dymu z tego wynalazku leciało co niemiara. Fajerwerków nikt nie miał, zresztą nikomu nie przeszło przez głowę, żeby takowymi strzelać. Szkoda byłaby wielka, gdyby taki płonący wylądował na przykład na żaglu.


Autopotret ;-) Widok z want. Na wachcie. Kajuta - karton, największa, chyba najweselsza :-) Po opłynięciu Helu popedzilismy baksztagiem do Gdyni.

    Rankiem, średnim rankiem, bo pobudka była zaplanowana na 9 rano, pochłonęliśmy śniadanie (pełne wyrazy podziwu dla wachty kambuzowej - musieli wstac duuużo wcześniej, aby wszystko przygotować) i zaraz rozległ się wspaniały dźwięk - dzwonek - i Kapitan oznajmił przez szczekaczkę, że zaprasza wszystkich na pokład, alarm manewrowy, wychodzimy z Visby. Poubierani we wszystko co ciepłe, z szelkami na grzbietach pojawilismy się na pokładzie. Nasza wachta obsługiwała cumy i szpringi rufowe, odeszliśmy, po chwili wszystko było sklarowane. Nabieraliśmy wprawy.

    Wiatru nie było zbyt wiele, zatem szefostwo zadecydowało, że stawiamy wszystkie żagle. Na bukszprycie: bramkliwer, bombramkliwer i latacz, na fokmaszcie (od dołu): fok, fokmarsel dolny, fokmarsel górny, fokbramsel, fokbombramsel, foktrumsel. Potem trójkąty między masztami: grotsztaksel i grotbramsztaksel, na grotmaszcie: grot, grotmarsel dolny, grotmarsel górny, grotbramsel, grotbombramsel (no dobra, tego nie było, podarł się na poprzendim rejsie), grottrumsel i na samym końcu postawiliśmy wielki, gaflowy sterżagiel.

    Wtedy odbyła się sesja fotograficzna. Generalnie wszyscy latali cały czas po pokładzie z aparatami, niektórzy weszli na maszty, żeby zrobić zdjęcia z góry. Efektowne są bardzo.

    Na pełnych żaglach popłyneliśmy może dwie godziny, zaczęło się powoli rozwiewać, więc zaczęliśmy zrzucać żagle od góry. Wiatr do tego nie był zbyt korzystny, najpierw celowaliśmy w Szczecin, potem trohę odkręciło i udało się iść na Władysławowo. Wieczorem kto mógł to wylądował w koi, trzeba było odespać sylwestrowe szaleństwa.


Przed nami Gdynia. Chłodno się zrobiło. Chlapiące fale i mróz dają taki fajny efekt. Gdynia, tuż przed zacumowaniem. Asia i oblodzone liny, nagle, pokład... Nagelbanki.

    I tak nam upłynęła kolejna doba w morzu. Szliśmy bajdewindem, bardzo pełnym, cóż, ten typ po prostu tak ma. Jak każdy rejowec. W międzyczasie mamy wachty pokładowe, ze względu na temperaturę dzielimy się, część wachty siedzi wewnątrz, tak aby jednocześnie zbytnio nie marznąć.

    Asia 2 stycznia miała kambuz, więc siedziała ledwo żywa pod pokładem, dzielnie obierając z dwójką pozostałych nieszczęśników worek ziemniaków, szykując tony kotletów i dziesiątki herbat :-) My trwaliśmy albo na górze, albo w kojach, nie wychodząc na pokład, bo zimno. Wieczorem podeszliśmy w okolice Władysławowa, może kawałek na zachód stamtąd. Wiał oczywiście wschodni wiatr. Czy mogło być inaczej? Nie, nigdy :-) Zatem pod Władkowem zwrot i znowu 6 godzin w morze. Wtedy kolejny zwrot i już na naszej wachcie (a urzędowaliśmy na pokładzie wtedy od 0400 do 0800) dopłynęliśmy w okolice Jastarni... Już wtedy było mocno zimno, trzeba się było dość często zmieniać na sterze, na oku, cięzko było wytrzymać nawet pół godziny.


Adam na dziobie. Lód. Przed podejściem próbowalismy odkuc cumę, nie udało się. Prawie cała załoga. Koniec rejsu! Superowo było!

   Zaczęliśmy płynąć wzdłuż Półwyspu Helskiego. Pod wiatr. Pod falę. Zimno, że hoho, silnik cała naprzód, a GPS pokazuje prędkość. 1 węzeł. 1,5... 0,3... 0,8... 1,2... Krew nas trochę zalewała, ale generalnie wszystkim się już podobało, bo się przyzwyczaili do bujania i choroba morska poszła w niepamięć. Siedzieliśmy sobie w klasie, na dziobie, tam, gdzie najbardziej buja, zadowoleni, rozmawiając na rózne tematy. Potem zalegliśmy na chwilę w kojach i obudził nas dzwonek i głos Kapitana - alarm manewrowy, wchodzimy do portu.

   Gdynia przywitała nas silnym wiatrem i mrozem. Potem tylko cumowanie, szybki klar i w zasadzie po rejsie. No, obiad, grupowe zdjęcia, wymiana namiarów, o 1615 przyjechał po nas KajTan (jeszcze raz dziękuję) i ruszyliśmy  drogę powrotną. Ogrzewanie w aucie chodziło na maksa cały czas :-) Wracając odwiedziliśmy wspólnie kolegę Jerzego, od którego odebrałem mnóstwo części do mojego Bardzo Dużego Fiata, powspominaliśmy i... ale to już nie ta bajka.

   I wspólnie z Asią chcieliśmy podziękować całej Załodze sylwestrowego rejsy na Chopinie. BYŁO SUPER!!!

Strzyboga, styczeń 2008



powrót do głównej