"Biały Szkwał" na Mazurach - 21 sierpnia 2007

   Dla wyjaśnienia - to była po prostu bardzo silna nawałnica, gwałtowna burza. "Biały szkwał" to zupełnie inne zjawisko. Tekst powstał kilka dni po tych smutnych wydarzeniach, emocje grały, dopiero później uznałem, że niektóre określenia są niezbyt fachowe. Na Mazurach przyjęło się (zupełnie bez sensu) mówić, że owa burza była "białym szkwałem", ba, każda silniejsza burza idzie w świat jako kolejny "biały szkwał". Pozostańmy jednak przy tej słabej terminologii, wszak nie o to tu chodzi.

   W zasadzie to Asia już od kilku dni marudziła, że chce popływać po Śniardwach, że nigdy tam nie była, itd.… Aldona z Agą też nie protestowały. Prognozy nie wskazywały na jakieś gwałtowne załamanie pogody, więc 20 sierpnia przeskoczyliśmy z Kozina przez Mikołajki do Wierzby. W Wierzbie jak zwykle miło i sympatycznie.

   We wtorek, 21.08, zaraz po śniadaniu zadzwoniłem do Oli, mówiąc w telefon: „Popatrz no w komputer, w ICM, co oni tam mówią, bo na Śniardwy chcemy iść”. Usłyszałem, że 2 do 3B, chyba z południa, nie pamiętam dokładnie. Po południu możliwy opad, konwekcyjny. Czyli pewnie się przypałęta jakaś burza – myślę sobie - ale pewnie nic strasznego, druga połowa sierpnia, zimno, ale mimo wszystko trzeba uważać.

   Płyniemy. Wychodzimy na Śniardwy, cudna pogoda, dwójeczka, słońce, zero chmur. Potem pojawił się jakiś słaby cirrostratus, cumulus. Bajdewindy, ćwiczymy podejście do człowieka, w międzyczasie zapadła decyzja, że wejdziemy do Niedźwiedziego Rogu. Do tego portu dopłynęliśmy dość szybko, więc robimy manewrówkę, szkoda schodzić z wody, skoro tak ładnie wieje… Zaczynamy rozmyślać, że może popłynąć gdzieś jeszcze, gdzie jeszcze nie byliśmy. No dobra – spokojnie się pływa, zatem płyniemy na Kwik, podobno tam jest bardzo ładnie.


Burze, już leje i wieje, widok ze Zdor, między Szerokim Ostrowem a zatoką Kwik. Prawda, że takie coś zaskakuje? Że tego nie widać? Że przychodzi nagle? Tuz przed uderzeniem wiatru. Tuż przed. Jeszcze stoimy na zewnątrz, czekając na WIATR. Ciągle przed... ... juz wieje. Za chwilę sieknęło gradem, schowaliśmy się pod pokładem.

   Ciągle, nauczony doświadczeniem zerkam w niebo. W zasadzie w tym samym czasie, gdy zdecydowaliśmy iść na Kwik zauważyłem gdzieś daleko, daleko na południe od nas, wysoko, trochę schowane za cumulusami charakterystyczne „pióra” – dokładnie takie, jakie ma rozwiany u góry, nasz ulubiony cumulonimbus. Czyli grzmotowiec – wiatrowiec. Była mniej więcej godzina 1230. No dobra, myślę sobie w duchu, płyniemy, ale trzeba będzie uważać na gada, nie wiadomo co to jest.

   Czas płynął, przepłynęliśmy między wyspą Czarcią a Szerokim Ostrowem (który to kiedyś był wyspą, ale ktoś kiedyś usypał groblę i zrobił półwysep), zerkałem ciągle na chmurkę, którą już było widać wyraźnie… Szeroki Ostrów już prawie został za nami, chmura coraz wyraźniejsza, czarna, na pół nieba… 1330 na zegarku..

   Dobra, zrzucamy żagle, silnik i wio w stronę Kwiku, już prawie pełnym gazem, zerkając cały czas na chmurę. Zacząłem szukać miejsca do zatrzymania. Słabo było, bo albo kamienie, albo coś innego. Chmura blisko, już wiadomo na pewno, że będzie burza, wiadomo, że na Kwik nie zdążymy, trzeba się chować, i to szybko! Z daleka widać ludzi ciągle płynących na żaglach…

   Pokazały się jakieś maszty, super, wchodzimy, jest keja, cuma dziobowa, rufowa, szpring rufowy (bo wygodniej się schodzi z pokładu jak jacht stoi longside), ok., tak stoimy.


Po burzy, wyspy Pajęcza i Czarci Ostrów na Śniardwach. Jeszcze nie wiemy co się działo na jeziorach... Burza poszła w dal... A my, chwilę później w tamtą stronę, do poprzewracanych jachtów... Mikołajskie... Mikołajskie... Niezatapialny jacht??? Jezioro Mikołajskie.

   I oglądamy. Idzie niesamowity wał chmur, widać, że kocioł będzie niezły, pojawia się pierwsza myśl – ile osób tego nie widzi… Ile osób jest na jeziorze… Przyglądamy się temu zjawisku, Aga robi zdjęcia, chmura jest raz granatowa, raz fioletowa, niebieska, zielona, pełen przedział barw. Zaczyna dmuchać, jeszcze nie tak bardzo, zaczyna padać, po co moknąć chowamy się do mesy.

   Wtedy walnęło. Brzozy stojące nieopodal przyjęły pozycję poziomą, trzciny położyły się na wodzie. Jest nieźle. Wyglądamy przez okienka z mesy, sztorcklapa wstawiona, padało do środka. Sypnął grad, taki sporawy, kostki lodu około 1cm średnicy, aż się prosiło, żeby je do szklanki z soczkiem i wiadomo czym wrzucić. Stoimy bardzo spokojnie, wieje od brzegu. W mesie zrobiło się cieplutko, cała załoga, oprócz Asi usnęła…

   Za jakiś czas budzi nas walenie w pokład. Pojawił się właściciel portu pytając czy u nas wszystko w porządku. Miło :) Wyszliśmy na pokład, zarządziliśmy obiadek, gołębie z piórami (wtajemniczeni wiedzą co to). W międzyczasie powysyłałem smsy do domu, że była gwałtowna burza, jakby w mediach coś trąbili to bezpiecznie staliśmy w porcie.


Rzeczywiście, mucha nie siada... Pomost w Wiosce Żeglarskiej w Mikołajkach. Mikołajki, keja miejska. Sielski widok w kilka godzin po sztormie. Stare Sady. Z tej ścieżki wchodziło się na pomosty... Pomosty zerwane, odpłynęły kawałek, razem z jachtami... Stare Sady. Zerwane pomosty i jachty zacumowane inaczej :-( Smutny, przerażający widok. Poranek, dzień po...

   Obiad dobiega końca, dzwoni mój telefon. Piotrek – pożyczył ode mnie dwa jachty, Żyszkosia i Strzybogę… Słyszę „Adam, przepraszam, to przyszło tak nagle, nie zdążyliśmy, oba jachty się przewróciły, jeden na samym foku, oba na grzyba, ale już postawione…” Zapytałem o załogi – wszyscy cali, ale rzeczy mokre, potonęły. Uffff. Rzeczy to pikuś, to nic. Ludzie najważniejsi. Wywalili się na Tałtach, na wysokości Skorupek.

   Mina moja podobno zrobiła się nie bardzo, szybki klar, panu z portu powiedzieliśmy ładnie „do widzenia, ale mamy mały kłopot…” Wieje 1B. W plecy, fordewind. Próbujemy na żaglach. Kurde, w tym tempie na pojutrze będziemy. Silnik – ok., ale paliwa mało, do stacji do Mikołajek nie wystarczy. Żagle i silnik. Tez za wolno. Dobra – tylko silnik, 2/3 naprzód, jak braknie to się będziemy martwić. Paliwa zabrakło tuż przed Przeczką, czyli przejściem ze Śniardw na Mikołajskie.

   Podeszliśmy do pomostu na Przeczce, jakieś dwie łódki stały, mówię co się stało, że potrzebuję paliwa aby dopłynąć do Mikołajek. Dostałem. Miły Pan w ogóle nie chciał słyszeć o płaceniu, dziękuję bardzo raz jeszcze.

   Aha – na wysokości Popielna pierwsza wywrotka, widać czerwone dno jachtu…


Stare Sady. Z zerwanych pomostów schodziło się po desce, na działkę sąsiada... To jest Mors RT. Są tacy, którzy twierdzą, że te jachty są niewywracalne. Jednak są, tylko trzeba się bardzo postarać o wywrotkę. Naprawdę. Mors jest super jachtem! A to jest Sasanka... Podholowujemy Sasankę do brzegu, ot, pomoc załodze tejże, aby ułatwić postawienie i sklarowanie jachtu... Mors się stawia.

   Wchodzimy na Mikołajskie. Widok zaparł nam dech w piersiach. Widać powywracane jachty, dwa wystające maszty z wody (a jachty teoretycznie niezatapialne…). Masakra. Zniszczenia na brzegu, ale to nie ma znaczenia.

   Płyniemy, dziwnie cicho wszędzie. Motorówki Mazurskiego WOPR-u, Policyjne, Strażackie… Latają we wszystkie strony. O tu stoją w kilka sztuk przy jakimś „grzybku”, widać że akcja ratunkowa w toku, pewnie ktoś w środku został… Oby się udało.

   Dobijamy do kei w Mikołajkach. Bomy połamane, zniszczone jachty, o, tu wystaje tylko dziób jakieś chyba motorówki, wisi na cumach przy brzegu… Idę na stację po paliwo i widzę, że potężna betonowa, pływająca keja jest przesunięta o dobry metr…

   Płyniemy na Tałty. O ten leżał, tamten… jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z tego co się naprawdę działo. Wyłowiliśmy damską torebkę – małe przeszukanie – w środku telefon, jakieś skarby, jest notatnik! Szukamy jakichś numerów telefonów – jest Mama i Tata. I pojawia się pytanie – kto zadzwoni? Nikt. Postanawiamy zadzwonić jutro.


Ściągamy Żyszkosia i Strzybogę do Starych Sadów. Żyszkoś na holu, Strzyboga przy burcie, bo urządzenie sterowe utonęło... Klarowanie Żyszkosia i Strzybogi. Suszenie materaców.... Ułamany saling... Porwany fok...

   O zmierzchu dopływamy do Żyszkosia i Strzybogi. Widok niezbyt ciekawy. Załogi przestraszone, w szoku, najważniejsze, że nic im się nie stało. Na łódkach połamane salingi, utopiony ster, kotwica, poginęły liny, jachty oczywiście były pełne wody, załogi dzielnie prawie wszystko wybrały… Fart, że sprzęt był ubezpieczony…

   Umówiliśmy się na rano, popłynęliśmy do Starych Sadów, gdzie stała Żyszkola. Przez telefon się dowiedziałem, że w porcie kłopot, bo pomosty zerwało, a Żyszkola ma uszkodzony dziób. W Sadach cisza, brak prądu ogólne zdenerwowanie i…nie ważne, wszyscy czuliśmy się mocno nieswojo…

   Jak Żyszkola? – będzie widać na zdjęciach, wrzuciło ja na pomost, nadziała na poler, ma rozbity dziób i dziurawe burty…

   Następnego dnia wstaliśmy o siódmej, jakoś nikomu spać się nie chciało. Zaraz na dzień dobry znalazła się właścicielka znalezionej torebki. Ucieszyła się bardzo.

   Ściągnęliśmy do portu Żyszkosia i Strzybogę – załogi zaczęły klarowanie i suszenie rzeczy łódkowych i swoich własnych.

   Załogi innych jachtów, przewróconych i ściągniętych do Sadów też się klarowały. W sumie w samych Sadach spotkały się cztery przewrócone Morsy…

   O porządkowaniu, ustawianiu pomostów chyba nie ma co pisać…

   Wiadomo, że zginęło 12 osób, ktoś nie odnalazł się do tej pory, przewróconych było około 40 jachtów…

   Za to pojawiają się pytania, narzucają refleksje… Dlaczego? Jakim cudem? Skąd? Co było przyczyną???


Niebieski dziób Żyszkoli. Jak zerwało i obróciło pomosty to Żyszkola została wyciągnięta z cichego kącika na dopychający wiatr... I falę... Wskakiwała na pomost... ... i o ten pomost rozorała dziób :-( Burta Żyszkoli, podrapana przez dość niską Gigę... Farbę z burty gigi zdrapywałem z listwy odbojowej. Normalnie burta Gigi jest około 30cm poniżej listwy... ... i sama listwa. Niby dość twarda i mocna.

Kochani!

   Przede wszystkim wychodząc na wodę myślcie! Pamiętajcie, że dla sił przyrody jesteśmy niczym i na pewno nie damy rady z nimi wygrać. Walka z żywiołem pięknie brzmi tylko w książkach, my możemy tylko próbować współpracować z wiatrem i wodą. To co piszę poniżej to tylko moje przemyślenia, może lepsze czy gorsze, nie jestem nie wiadomo jakim autorytetem w tej branży, ale wydaje mi się, że sporo racji mam…

  1. Chyba już wszyscy macie telefony komórkowe, zadzwońcie do kogokolwiek znajomego, niech sprawdzi dla Was prognozę pogody, niech wam opowie czego można się spodziewać. Najlepszy chyba jest ICM (http://meteo.icm.edu.pl/) chociaż w tym przypadku ICM takiego gwizdu nie przewidział. Ot, ostrzegał przed niedużym opadem konwekcyjnym po południu. Ale mimo to przed wieloma niebezpieczeństwami ostrzega.

  2. Chmurę było widać na godzinę, może półtorej przed uderzeniem wiatru. My zeszliśmy z wody na 10-15 minut przed i sam przed sobą mam wyrzuty sumienia, że tak krótko przed. Być może dlatego, że pływaliśmy jedną łódką, a nie obozem. W tym drugim przypadku na brzegu bylibyśmy na co najmniej 45 minut wcześniej.

  3. Tłumaczenie, że „nie widziałem chmury, ona przyszła tak nagle…” Zgoda, samo uderzenie wiatru przychodzi nagle, dlatego jest takie, niestety, efektowne. Ale cumulonimbus ma tak charakterystyczne cechy, że nie sposób go NIE rozpoznać. Zakładając oczywiście, że rozważny żeglarz patrzy choć czasem w niebo… Burza nie chowa się np. w Kanale Tałckim, w Cichej Zatoce w Mikołajkach, czy w sanitariatach w Popielnie. Burza ostrzega, burza najpierw straszy, pokazuje się. Robi się parno, duszno, słońce jest bardzo palące… Burza idzie, nadciąga i wtedy mamy czas, żeby spokojnie czmychnąć w bezpieczne miejsce. Pod warunkiem, że rozważny kapitan śródlądowego jachtu czasem spojrzy w niebo a wcześniej posłucha doświadczonych kolegów, instruktora prowadzącego meteorologię. Są „artyści”, którzy robią sobie zdjęcia na tle czarnych chmur. Owszem, róbmy je, są niesamowite, ale stojąc bezpiecznie przy brzegu a nie na pokładzie na środku Tałt… W Sadach spotkałem jednego „żeglarza” – cudzysłów jest celowy – który stwierdził, że on tyle razy pływał w burzy i nic się nie stało, to dlaczego teraz się stało? Trochę na zasadzie – tyle razy przejeżdżałem przez skrzyżowanie na czerwonym świetle i było dobrze, a tu masz ci los…Ja wolę popływać 30 minut krócej niż o minutę za długo.

  4. Ok., przegapiliśmy nadciągający cumulonimbus, złapie nas na jeziorze – przyszykujmy się na spotkanie. Załóżmy ciepłe ciuchy, załóżmy kamizelki, wygońmy całą załogę do kokpitu. Przecież to są podstawowe zasady bezpieczeństwa! Omawiane na chyba każdym wykładzie z ratownictwa! No tak, ale nie daj Boże, żeby żona, dziewczyna, dziecko, ktoś bliski zmókł… jeszcze się przeziębi. Tia… Na wywróconej łódce, pływającej masztem w dół, a dnem do góry nie przeziębi się na pewno. Siedząc w mesie oczywiście. Współczesne jachty śródlądowe są tak szerokie, że w razie wywrotki niemalże natychmiast robią grzyba (czyli idą masztem pod wodę). Pamiętajmy o tym, nie jesteśmy z cukru, nie rozpuścimy się, a grad porządnie plecy wymasuje. I tyle.

  5. Jest dyskusyjne, czy próbować sztormować płynąc na silniku pod wiatr. Przy tej sile wiatru, która była – a przypominam, skończyła się skala Beauforta, czyli ponad 12B!!! – na 5, czy 8 konnym silniczku, nawet jeśli jest nie wiadomo jak sprawny raczej mamy małą szansę, żeby utrzymać się w linii wiatru. Poza tym na dużej fali wiszący na rufie silnik wyjdzie w wody, stracimy resztkę sterowności i w zasadzie pozamiatane… Można próbować płynąć na samym takielunku – bez żagli z wiatrem. Tylko pojawia się pytanie – co jest przed nami? Zatem zamiast rozważać jak sztormować, lepiej wcześniej zwiać do brzegu i tyle. Na niewielkich w sumie Mazurach jest to wykonalne!

  6. Przynajmniej jeden telefon komórkowy powinien być ciągle naładowany i mieszkać w szczelnym zamknięciu. Nie musi mieć karty – na 112 zadzwonimy zawsze. I warto, żeby był schowany gdzieś pod ręką, a nie głęboko w bakiście, albo hundkoi.

  7. Nawet nie chcę słyszeć zarzutów – lepiej na wodzie, bo przecież Żyszkola była w porcie i jest mocno uszkodzona. I co z tego? Co z tego, że ma rozwalony dziób i dziurawe burty? To jest rzecz nabyta (chociaż o jachtach nie lubię mówić w taki sposób jak np. o zeszycie w kratkę, czy pudełku zapałek). Zepsuła się, to się naprawi. I już. Fajnie, że była ubezpieczona (chociaż nie wiadomo co z tego jeszcze wyniknie). Ważne, że nikomu nic sie nie stało.

Zatem żeglując – MYŚLCIE!!!

   Ola mówi, że żeglarstwo jest jak Media Markt. Nie dla idiotów. Żeglując spodziewacie się, że delikwent który płynie lewym halsem, a Wy prawym, może Wam nie ustąpić pierwszeństwa. Tak samo spodziewajcie się, że nawet z niedużej chmury może bardzo mocno dmuchnąć. Nie musi, ale może. Pamiętając o tym zapewnicie bezpieczeństwo sobie i swojej załodze. I pamiętajcie, że owo bezpieczeństwo nie jest związane tylko z meteorologią, jest dużo zmiennych, o których należy pamiętać. Ale to już nie ten temat.

Część zdjęć dostałem od Agnieszki, oczywiście bezczelnie je wykorzystałem. Dziękuję, Aga.

Strzyboga, wrzesień 2007 



powrót do głównej