Lato 2006.


   No to co? W zasadzie mamy po sezonie. Oczywiście jak dla nas, jest jeszcze całe mnóstwo takich narwańców, którzy ciągle pływają, ba, będą pływać dopóki… dopóty na jeziorach nie pojawi się lód. A są tacy, którzy pływają i po lodzie :) - jak to zadzwonił do mnie kiedyś, w styczniu, jeden z naszych sterników i zameldował przez telefon: "Wiesz co robimy? Właśnie pływamy Trenerem. Jest centymetr lodu, ale idzie…"

   Cóż, ale nie o żeglarstwie lodowym, nie o bojerach mi pisać. Trzeba powspominać sezon 2006. Jak było?

   Obóz I. Od 24 czerwca do 09 lipca 2006 roku. Dla mnie i dla kadry obóz w zasadzie zaczął się dwa dni wcześniej, kiedy spotkaliśmy się w porcie Marina Bełbot Yacht Charter w Wilkasach koło Giżycka. „Żyszkoś” i „Strzyboga” szczęśliwie przyjechały kilka dni wcześniej, zwodowane, czekały na obóz. Czwartek i piątek spędziliśmy (Aga, Ania, Maciek, Łukasz, Marcin czyli Fabisz, Piotrek vel Kula i ja) mozolnie pracując na jachtach, ształując jedzenie, dobierając listwy do żagli itd. „Krewetka” i „Monada” przypłynęły w piątek, jeszcze trochę pracy i trafiliśmy na jachty. Kto na który? Jakoś się tak porobiło, że każdy z nas ma swoją ulubioną żaglówkę. Ja oczywiście zamieszkałem na „W Dal’i”, Ania na „Żyszkosiu”, Aga na „Strzybodze” (czyli tak, jak w zeszłym roku), „Żyszkolą” dowodził Fabisz, „Krewetką” Łukasz, a sternik Maciek, jako armator, poprowadził oczywiście „Monadę”.  


2006_adam_001 2006_adam_002 2006_adam_003 2006_adam_004 2006_adam_005

   Jachty generalnie znacie, „Krewetka” pływała z nami w zeszłym roku, a „Monadę”, Morsa turystycznego (trochę innego od naszych regatowo – turystycznych), pożyczyliśmy od naszych znajomych z Wrocławia.

   24 czerwca 2004. Godzina „zero” po raz czwarty. Jak zwykle żołądek mam skręcony w przysłowiowy chiński paragraf, nerwy, zbiórka przewidziana na 12:00, jak zawsze, standardowo, niestety, ktoś się spóźnia? Około 13:00 są wszyscy. Zbieramy się pod daszkami w porcie, mamy podzielić się na załogi.

   Przedstawiam kadrę i robię małą niespodziankę Piotrkowi, czyli Kuli. Kula, który wiosną tego roku zrobił stopień sternika jachtowego przyjechał na obóz ze świadomością, że trafi do mnie do załogi. Zakładał, że u mnie się „rozpływa” i zostanie na II obóz już jako pełnoprawny sternik. W czasie zbiórki dowiedział się o awansie do kadry od teraz, dostał jakże pożądaną koszulkę z magicznym napisem „KADRA” na plecach, zrobił kilka głupich min, bo tego nie spodziewał się na pewno i popłynął. Ciągle jeszcze jednak ze mną. Na szczęście z dnia na dzień miałem coraz mniej do roboty, coraz bardziej przyglądałem się (i czasem niestety wtrącałem) w jego dzielne poczynania z załogą.


2006_adam_006 2006_adam_007 2006_adam_008 2006_adam_009 2006_adam_010

   Wreszcie wszyscy trafili na jachty, rodzice przestraszeni, te dzieci, które trafiły do nas pierwszy raz też. Jest też grupa starych wyjadaczy, która już zaczyna rządzić, na szczęście w granicach rozsądku. W sumie stanowimy pokaźną grupę, jest nas 31 osób. Miało być nas o jedną więcej, niestety ktoś z przyczyn losowych nie mógł pojechać...

   Płyniemy. Wiatru niewiele, płyniemy na biwak na Tajty. Załogę „W Dal” stanowi czterech facetów – dwa Michały, jeden z patentem, drugi bez (Kula będzie miał ułatwione zadanie, jeden do szkolenia), Kula i ja. Biedne Michały – ich dwóch kontra dwóch z kadry… :).

   Zatrzymujemy się w jakimś dzikim miejscu, na biwaku ciasno, ale za to po przejściu 500m jest boisko do gry w siatkówkę, prawie cały obóz zaraz tam ląduje, mecz, a potem ognisko, śpiewy (pierwszy raz bez gitary, Oli nie ma w tym roku, pracuje, urlop za krótki na pływanie…) zajęcia integracyjne, poznawanie się, nicnierobienie, rozpakowywanie na łódkach, zaprzyjaźnianie z łódkami, ze sternikami. Obóz padł dość wcześnie, około 23 – wszyscy zmęczeni podróżą, wrażeniami i upałem.  


2006_adam_011 2006_adam_012 2006_adam_013 2006_adam_014 2006_adam_015

   Upał. Wściekły upał. Chciałbym tu pogratulować tym wszystkim synoptykom, którzy w zasadzie od marca krzyczeli w radiu i telewizji, w prasie że w tym roku lata nie będzie. Przez pierwszy obóz mieliśmy w sumie może 5 godzin deszczu i może jeden pochmurny dzień. Upał dzień w dzień, woda temperaturą przypominała zupę, czapki, koszulki, okulary, kremy z filtrami były ciągle w ruchu. Niestety, mimo różnych zabezpieczeń przeciwsłonecznych zdarzyło się kilka udarów, na szczęście delikwent (czy delikwentka) porażony przez słońce szybko lądował w cieniu, z dużymi ilościami wody do picia, po odespaniu wstawał zdrowy. Pod koniec obozu wszyscy byli zmordowani słońcem, jak staliśmy w Starych Sadach to obóz przeprowadził się do cienia, pod drzewa i w zasadzie stamtąd się nie ruszał. W każdym jachcie stojącym przy kei była sauna, na manewrówki przed egzaminem wychodziły jedna, góra dwie załogi, nikt więcej nie chciał pływać. Bo jak wytrzymać na słońcu, gdy słupek rtęci w termometrach w cieniu wskazywał ponad 30 stopni? Nie wyobrażam sobie dużego miasta wtedy...

   Z biwaku na Tajtach popłynęliśmy na Kisajno. Popływaliśmy tyle o ile (z braku wiatru) po Łabędzim Szlaku i 25 czerwca wylądowaliśmy w COS-ie. Tam, jak co roku, przeprowadziliśmy zajęcia praktyczne z ratownictwa, potem ruszyła węzęłkologia. Nowe wytyczne szkoleniowe PZŻ ograniczyły liczbę obowiązkowych węzłów do 12, ale po przejrzeniu listy uznaliśmy, że jeszcze kilku brakuje, zatem pokazaliśmy sobie w sumie chyba 18 węzłów, usłyszeliśmy protesty załóg, ale cóż, są rzeczy, które są naprawdę konieczne. A potem prawie wszystkie węzełki wykorzystujemy w domu, szokując tych, którzy myślą, że aby związać dwa sznurki (np. do prania) trzeba zaplątać nie-wiadomo-co :).

   Z COS-u, korzystając z dobrego wiatru przeskoczyliśmy aż na Święcajty, do WDW. Zatrzymaliśmy się tam na dwa dni. Dostałem bowiem prognozę pogody, z której wynikało, że nad Mazurami mogą pojawić się gwałtowne burze, które lepiej jest spędzać w porcie a nie gdzieś na wodzie, czy biwaku. Planując dwudniowy postój jeden dzień zużyliśmy na manewrówkę. Od zachodu nadciągnęła burza, z wody zeszliśmy wcześnie, stojąc bezpiecznie w porcie „podziwialiśmy” tych, którzy koniecznie chcieli płynąć… Tłukło do późnej nocy, podziwialiśmy pioruny uderzające w maszt radiowy w Miłkach, koło Giżycka, jakieś 40km od nas.


2006_adam_016 2006_adam_017 2006_adam_018 2006_adam_019 2006_adam_020

   Z WDW krótki przelot do Sztynortu, przy lekkich, przelotnych opadach. Po południu wyszło słońce i świeciło już przez cały czas do końca obozu. W Sztynorcie, o ile dobrze pamiętam, zrobiłem pierwszą część wykładu z budowy jachtu, jakieś zakupy, prysznice, siatkówka, piłka nożna. Wieczorem ognisko. Bardzo „ogniskowy” był ten obóz. Tutaj też wpadłem na pomysł, żeby popłynąć w nowe miejsce, na jezioro Wojnowo (na południowy wschód od Niegocina), i, jeżeli wystarczy czasu i naszego zapału to spróbować zaatakować Buwełno, o którym wiedziałem, że od czasu do czasu ktoś tam wpływa.

   Ze Sztynortu przeskoczyliśmy zatem do COS-u, manewrując po drodze. Następnego dnia zaraz po śniadaniu oddaliśmy cumy i popłynęliśmy na Wojnowo. Udało się ominąć mieliznę na środku Niegocina. Przed wejściem na jeziorka Niałk Duży i Mały spotykamy boję z napisem „koniec wód żeglownych” – czyli zaczynają się wodne bezdroża (nie wiem dlaczego, ale wiele osób uważa, że taka boja oznacza zakaz pływania na żaglach…). Kładziemy maszty. Wiemy, że gdzieś tam są druty, nie wiemy dokładnie w którym miejscu, lepiej nie ryzykować. Przechodzimy przez oba Niałki, które są malutkimi, zarastającymi jeziorami, dalej pod mostem drogowym i wchodzimy na Wojnowo. Zaraz za mostem drogowym są, bardzo dobrze oznakowane, wspomniane druty energetyczne.

   Wojnowo. Pierwsza rzecz, która się rzuca w oczy – brak innych jachtów. Pustki. Jakiś port (następnego dnia zatrzymam się tam na chwilę, okaże się, że bardzo sympatyczny). Dokoła wiele miejsc na biwaki i pastwiska z krowami. Płyniemy aż do końca jeziora, znajdujemy Głaźną Strugę, która łączy Wojnowo z Buwełnem. Zatrzymaliśmy się na biwak przy miłej polanie, około 200m przed końcem jeziora.


2006_adam_021 2006_adam_022 2006_adam_023 2006_adam_024 2006_adam_025

   W trakcie „produkcji” obiadu postanowiłem, że Łukasz wyłoży meteorologię, a reszta kadry wsiądzie na „Żyszkosia” i spróbuje przedostać się na Bawełno. Tak też się stało, popłynęliśmy. Na samym początku Głaźnej Strugi miecz góra, ster góra, silnik do poziomu, a załoga (sami sternicy!) w butach do wody i pchamy łódkę. Na pokładzie została Ania, jako ta najlżejsza z nas, z aparatem na szyi miała robić zdjęcia. Przepychamy łódkę pod mostkiem, który w zasadzie jest tunelem pod 3 metrowym nasypem z drogą. Płytko, może 30cm wody, pod prąd. „Żyszkoś” staje, nie możemy go ruszyć. Przegoniliśmy Anię z pokładu, „Żyszkoś” ruszył. Pchamy dalej. Przepłynęliśmy w ten sposób mniej więcej 2/3 rzeczki, zacumowaliśmy jacht do jakiegoś krzaka, poszliśmy dalej sami sprawdzić co nas czeka. Niestety Przed drugim mostkiem masa kamieni, dwie skałki w odległości 2m od siebie. Mors ma 2,70m szerokości. Nic z tego. Przekonujemy się jak niewiele brakuje, aby otworzyć szlak na Buwełno. Poszerzenie i pogłębienie rzeczki, przebudowa jednego mostku. A dalej, już z Bawełna – 4km kanału i gotowe przejście na Tyrkło i na Śniardwy. Pozostaje mieć nadzieję, że lokalne władze jednak rozwiną ten pomysł i z kilka lat Mazurska Pętla będzie gotowa.

   Przez cały postój na tym biwaku zobaczyliśmy jeden (słownie: jeden) jacht. Rzecz praktycznie niewykonalna na pozostałej części Wielkich Jezior Mazurskich. Wieczorem oczywiście ognisko, ze śpiewaniem, a w nocy… Kadrę naszło na dowcipy, ja przeprowadziłem się na noc do kokpitu innej łódki, a Kula obudził się na kotwicy, na środku jeziora. Bez pagajów, z „zepsutym” silnikiem :)

   Stamtąd przeskoczyliśmy do Kozina. Po drodze, na jeziorze Bocznym, gdzie jest rozległa mielizna, pięknie oznakowana czerwonymi bojami spotkaliśmy znajomy jacht, stojący na tejże mieliźnie… Dla jachtów mieczowych mielizna nie jest dużą przeszkodą, ot, podnosi się miecz i spływa z piachu, ale dla jachtów balastowych (a takim był spotkany jacht) to już bywa nie lada kłopot. Zwłaszcza, gdy jacht jest dość ciężki i ma nieliczną załogę. Szybka decyzja, zrzuciliśmy żagle, stanęliśmy na kotwicach, w kilku weszliśmy do wody i do roboty. Udało się nam przechylić nieszczęsny jacht, na tyle dużo, że balast „odkleił” się od dna i jacht popłynął.


2006_adam_026 2006_adam_027 2006_adam_028 2006_adam_029 2006_adam_030

   W Kozinie, korzystając z bardzo dobrych warunków robimy wykład (a może dwa?), wieczorem ognisko i następnego dnia króciutki skok na Małe Jagodne. Na sympatyczny biwak, na zatokę, gdzie można spokojnie pomanewrować, poćwiczyć zwroty przez sztag, rufę, podejście do człowieka, czy co tam jeszcze. Wieczorem ognisko i następnego dnia, w ciszy, płyniemy na silnikach do Starych Sadów. W Sadach, gdzie obóz miał się za kilka dni skończyć, zostaliśmy na jedną noc i popłynęliśmy dalej, do Mikołajek i Popielna. Planowaliśmy zatrzymać się w Wierzbie, ale ten port był bardzo zatłoczony, brakowało miejsca dla sześciu jachtów. Mikołajki – jak to Mikołajki, miejscowość bardzo nastawiona na „komerchę”, ja załatwiam tam to, co muszę, spędzamy w sumie 2 godziny.

   Czwartego lipca, w Popielnie obchodzimy 18 urodziny Jagody :) Z prezentem, z życzeniami, z pagajem, ze ściskaniem :) po życzeniach, śniadaniu obóz poszedł na wycieczkę „na małpy”, czyli do Stacji Doświadczalnej Polskiej Akademii Nauk, oglądać bobry, koniki polskie, jelenie, daniele i inne stworzonka.

   Obóz ma się już ku końcowi, trzeba popłynąć do Starych Sadów, domanewrować się tam, na jeziorze, przy kei gdzie będzie egzamin. W międzyczasie upał staje się już zupełnie nie do zniesienia. Na ostatnie manewrówki wychodzą tylko dwie załogi – reszta obozu siedzi albo w wodzie, albo w cieniu.


2006_adam_031 2006_adam_032 2006_adam_033 2006_adam_034 2006_adam_035

   Ósmy lipca, sobota, egzamin. Rano przyjeżdża komisja egzaminacyjna, zaraz po śniadaniu ruszamy. Ja mam stres wręcz gigantyczny, powiększony, bo w komisji mają zasiąść nowi ludzie z Podlaskiego OZŻ. Ciekaw jestem co nasze dzieci pokażą. Pogoda na egzamin jest wymarzona. Dwójeczka w skali Beauforta, lekko dopychająca do kei. Warunki rewelacyjne. Zapada decyzja – najpierw wychodzimy na wodę, trzeba wykorzystać wiatr, teorię można napisać również po ciemku. Po egzaminie praktycznym, bez ogłoszenia wyników rusza część teoretyczna. Teorię robimy w barze w piwnicy, przy słabym świetle żarówek połączonych ze świeczkami… Dzieci same tak wybrały, do wyboru była piwnica i świetlica, zapytaliśmy dzieci, czy chcą mieć widno i gorąco czy ciemno i chłodno. Wybrały to drugie. Szczególne podziękowania należą się kierownictwu Stanicy, Agnieszce i Jurkowi, za to, że udostępnili nam Bar w Piwnicy. Za to, że Piwnicę mieliśmy tego dnia wyłącznie dla siebie.

   Do egzaminu podeszło 9 osób, zdało 8. Jedna osoba odpadła na części praktycznej, myślę, że zjadł ją stres – Ania pływała naprawdę fajnie, byliśmy przekonani, że zda… Cóż, czasem los płata niemiłe figle….

   9 lipca obóz się skończył. Obóz, który przeleciał niemalże w mgnieniu oka, obóz bez jakichś starć, walk, niesamowicie roześmiany, zadowolony. Obóz, który zapewne spotka się w przyszłym roku.


2006_adam_036 2006_adam_037 2006_adam_038 2006_adam_039 2006_adam_040

   10 lipca 2006. Zaczyna się drugi obóz. Ania, Łukasz i ja zostajemy na tych samych jachtach. Magda przyjechała dwa dni wcześniej, przejęła od Maćka Monadę i pływała na niej już do końca III obozu. Piotrek – Kula wsiada na „Żyszkolę”. Cały przejęty, zestresowany, w końcu pierwszy raz w swojej karierze poprowadzi samodzielnie jacht, mało tego, będzie kogoś szkolił. A na „Strzybogę” wsiada Agata Kendracka znana nam z dwóch poprzednich sezonów. A Zocha przeżywa identyczną sytuację, jak Kula na początku poprzedniego obozu – nagły awans i 16 dni na rozpływanie na mojej łódce. Na następnym obozie poprowadzi „Żyszkolę”. 

   Wszyscy przyjeżdżają prawie o czasie, jak zawsze zresztą, dzielimy się na załogi, wcześniej padają trzy słowa ode mnie, głownie uświadamiające czego nie wolno. Nie mówię dużo na początku. Ot – nie wolno oddalać się od obozu, nie wolno się samodzielnie kąpać, nie wolno gwizdać… a o całej reszcie opowiadamy sobie już na biwaku, bez rodziców, bez dodatkowych stresów.

   Oddaliśmy cumy, postawiliśmy żagle i… nic. Nie wieje. Niemalże nie wieje. Czasem po jeziorze idzie jakiś „przeciąg”, typowy prywatny wiatr. Taki, który powiewa w jednym miejscu, ktoś dostaje, potocznie mówiąc, kopa, cała reszta stoi i się wścieka. I tak było przez cztery następne dni…


2006_adam_041 2006_adam_042 2006_adam_043 2006_adam_044 2006_adam_045

   Postaliśmy na jeziorze, w końcu zrzuciliśmy żagle, uruchomiliśmy „dieselgroty” (czyli silniki) i zaciągnęliśmy się do zatoki Skanał na pierwszy biwak. Upał oczywiście panował niemiłosierny. Zawsze pierwszego dnia obozu przewiduję ognisko, kiełbaskę pieczoną na patyku, takie tam. Ale w tym roku nie było odważnego, który rozpaliłby w lesie ognisko. Ściółka przypominała pieprz, sucho było bardzo… Pożyczyłem zatem ze Starych Sadów regularnego grilla i zrobiliśmy kiełbaskę na grillu. Pierwszy raz w historii. Gusia, jako mistrzyni grilla dzielnie piekła kiełbaski, wyszły fantastyczne, wszyscy zajadali ze smakiem, aż się uszy trzęsły. I tradycyjnie – ognisko, trochę szant, poznawanie się, itd.

   Następnego dnia zaczynamy płynąć w stronę Rynu. Nie wieje. Tak dla odmiany. Nie wiało przez pierwsze cztery dni obozu. Powiało piątego dnia, tak, że dało się pływać na żaglach, za to szóstego urywało głowę, dobre 6B, nie było mowy o płynięciu. Ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.


2006_adam_046 2006_adam_047 2006_adam_048 2006_adam_049 2006_adam_050

   Rano okazało się, że „Żyszkoś” ma problemy z mieczem. Zajrzałem do skrzyni mieczowej, okazało się, że rozleciał się bloczek służący do podnoszenia miecza i „Żyszkosia” trzeba wyjąć jacht z wody, aby usunąć awarię. Do Rynu zatem musieliśmy dopłynąć, nie było wyjścia. Dopłynęliśmy, oczywiście na silnikach.

   Zatrzymaliśmy się z zaprzyjaźnionej Stanicy Stock, dzieci zostały wysłane na kąpielisko nad jeziorem Ołów (nie, nie same, poszły razem z trójką instruktorów), a ja zabrałem Anię jako pomocnika i popłynęliśmy na dźwig. Awaria na szczęście zapowiadała się na gorszą, bloczek udało się naprawić za pomocą najprostszych narzędzi i po godzinie „Żyszkoś” znalazł się znowu na wodzie.


2006_adam_051 2006_adam_052 2006_adam_053 2006_adam_054 2006_adam_055

   W Rynie mieliśmy zostać jedną noc, ale los chciał inaczej. Zaprzyjaźniony obóz Andrzeja Orłowa stracił kambuz… Ktoś ukradł… Andrzej został bez palników, czajnika, garów… Zapadła decyzja, że zostajemy dzień dłużej, wszak trzeba było im pomóc za pomocą naszego kambuza, aż ich nowo kupione wyposażenie przyjedzie na Mazury.

   13 lipca wyszliśmy z Rynu. W dwa obozy, planowaliśmy dopłynąć aż do Popielna, zahaczając po drodze o Mikołajki. Dla odmiany nie wiało. Przez pierwsze trzy godziny, na resztkach wiatru przepłynęliśmy może 2/3 jeziora Ryńskiego… Udało nam się jeszcze zrobić bitwę morską z obozem Andrzeja, naprawdę fajny jest to widok, kiedy 13 Morsów ugania się dookoła siebie.


2006_adam_056 2006_adam_057 2006_adam_058 2006_adam_059 2006_adam_060

   Wiatr zdechł do reszty, zaczęliśmy płynąć na silnikach, aż w końcu zatrzymaliśmy się na bardzo sympatycznym biwaku przy wejściu do zatoki Skanał na jeziorze Tałty.

   Nieźle – kończy się czwarty dzień obozu, a my przepłynęliśmy, głównie na silnikach, może 15 kilometrów…

   Wieczorem popadało, obóz padł wcześnie spać, rano wstajemy i co? WIEJE!!! :) Nieważne, że jest pochmurnie, nie ważne, że są przelotne opady. Wszyscy z utęsknieniem czekali na ochłodzenie i jest!!! :) Popłynęliśmy do Mikołajek.

   W Mikołajkach zwiedzanie miasteczka, sklepów, portów, jak zwykle zajęło nam to dwie godziny. Zatrzymaliśmy się w porcie Cicha Zatoka, kilkanaście minut na piechotę od centrum. Dlatego, że a/ jest tam spokojniej b/ w Wiosce Żeglarskiej po prostu nie było miejsca. Aha, dosiadł się do nas Grzesiek – nasz zeszłoroczny instruktor, który miał przyjechać na następny obóz w tym sezonie. A teraz przyjechał popływać, na weekend.

   Z Mikołajek wyszliśmy w stronę Popielna, a że wiało nam w plecy postanowiliśmy płynąć tylko na fokach. I całe szczęście – powtórzył się zeszłoroczny scenariusz. Jak byliśmy na wysokości Wierzby wiatr stężał z 2B do 6B. W ciągu 10 minut. (jak zapewne pamiętacie w zeszłym roku też wychodziliśmy z Mikołajek, z Cichej Zatoki, wiatr stężał do 6B w ciągu kilku minut i staliśmy w Wierzbie przez 3 dni). Weszliśmy, z nerwami, do Popielna i zostaliśmy tam na cały następny dzień.


2006_adam_061 2006_adam_062 2006_adam_063 2006_adam_064 2006_adam_065

   15 lipca gwizdało zdecydowanie za mocno aby pływać. Jak to w Popielnie – zrobiliśmy wycieczkę na zwiedzanie Stacji PAN, potem poszedł jeden wykład, drugi, mecz w piłkę… Cos trzeba robić, gdy pogoda nie pozwala na żeglowanie.

   Następnego dnia postanowiliśmy popłynąć przez Śniardwy, na jeziora Seksty i Kaczerajno. Wiatr trochę się uspokoił, zatem postawiliśmy sztormowe foki i tylko na tych żaglach zaczęliśmy płynąć na południe, z wiatrem. Szło zupełnie dobrze, baksztagowa fala wybujała nas za wszystkie czasy. Na wysokości wyspy Czarciej pękła płetwa sterowa na „Krewetce” - Nerwy, wyszedłem z Popielna jako ostatni, z daleka zauważyłem że coś się dzieje. Szybko złapałem za telefon i już wiem. Najpierw Kula wziął „Krewetkę” na hol, potem ja przejąłem uszkodzony jacht. Łukasz zrobił awaryjny ster z jakiegoś pagaja i tak weszliśmy na Seksty, gdzie już się uspokoiło (przede wszystkim nie było fal) i spokojnie dopłynęliśmy do Zdor. W Zdorach znaleźliśmy jakiś nieduży port, ładnie osłonięty od wiatru. Obóz odpoczywał po wrażeniach z baksztagu na Śniardwach i po połamanym, krewetkowym sterze. A ja wisiałem na telefonie i szukałem drugiej płetwy sterowej (żeby było łatwiej telefon komórkowy w Zdorach działa ledwo, ledwo, ot, brak zasięgu). Udało się znaleźć pasującą płetwę w Ruciane-Nidzie, w porcie „Pod Dębem” pana Marka Tumińskiego. DZIĘKUJĘ!

   Wynająłem samochód, pojechałem z jarzmem i po dwóch godzinach wróciłem na miejsce. Z tym, że akcja pt. nowa płetwa odbyła się następnego dnia. W czasie, kiedy ja byłem w Rucianem obóz wyszedł na manewrówkę na Seksty, a załoga „Krewetki” została rozrzucona po innych jachtach.


2006_adam_066 2006_adam_067 2006_adam_068 2006_adam_069 2006_adam_070

   Zaraz po powrocie zamontowałem ster i wyszedłem na „Krewetce” na wodę. Sam. Wreszcie miałem okazję popływać samemu, bez nikogo na pokładzie. Pływało się świetnie, ale niechcący narobiłem tzw. „maniany”, bo nie zdjąłem odbijacza. Jednego. Trzy trafiły do mesy, czwarty został na burcie. Dzieci nie omieszkały udokumentować tego za pomocą aparatów fotograficznych. :) Obóz triumfował. :)

   Po manewrówce popłynęliśmy do Kanału Jeglińskiego i zatrzymaliśmy się przy śluzie Karwik. Ania przeprowadziła tam zajęcia z locji, dokładnie omówiła zasady zachowania się w śluzie (akurat śluzowało się kilka jachtów, więc mogła dać przykłady). A pozostała część kadry przygotowała w tym czasie obiad. Po obiedzie popłynęliśmy na biwak na jeziorze Kaczerajno, z ogniskiem, śpiewaniem, itd.

   Kaczerajna zrobiliśmy dłuuugi przelot do Starych Sadów. Zarefowani, cały czas bejdewindem, zajęło nam to sześć godzin. Po drodze były jeszcze Mikołajki i trzy mosty, gdzie trzeba było położyć maszty. Po tym etapie obóz był mocno zmęczony, po obiedzie, który okazał się obiadokolacją, postanowiliśmy nic nie robić. Ot, taki czas wolny, ale na terenie portu. Czasem trzeba po prostu odpocząć. Furorę robiły piłkarzyki, mecze były bardzo zacięte :)


2006_adam_071 2006_adam_072 2006_adam_073 2006_adam_074 2006_adam_075

   Sadów popłynęliśmy przez kanały, na Małe Jagodne, gdzie zatrzymaliśmy się na biwaku. Biwak ten jest znany z tego, że trzeba wystawiać nocne wachty, zdarzało się tu, że ginęły jakieś rzeczy z pokładów, a nawet silniki. Sternicy dzielą się nocą, rozpalamy ognisko, gitara i w ten sposób spędzamy pół nocy. Nie wyganiamy dzieci spać, część usypia w śpiworach przy ognisku, część sama przenosi się do koi. Ja tradycyjnie biorę poranną wachtę, od szóstej rano. Lubię te poranki, już dzień i totalna, całkowita cisza, przerywana tylko przez ptaki. Rozpalam na nowo ognisko, robię sobie kawę i dopiero wtedy mam czas na np. poczytanie książki. („Heban”, który pożyczyłem od Gusi na początku pierwszego obozu skończyłem dopiero w drugiej połowie sierpnia na półprywatnym pływaniu).

   20 lipca rano zrobiliśmy manewrówkę, potem wiatr zdechł i popłynęliśmy na silnikach do Kozina. Po obiedzie, przy totalnym braku wiatru, ruszyła nauka manewrowania na pagajach. Każdy miał zrobić przynajmniej jedno odejście i podejście do kei, pamiętając o prawidłowej pracy cumami, kotwicą, pagajami. A na koniec – overholung, który wydaje się być banalnym, a czasem jest duuuużym kłopotem dla osoby dowodzącej manewrem.

   Wieczorem, przed kolacją – sesja zdjęciowa. Wykorzystaliśmy dobre humory i warunki na robienie zdjęć. A, i kadra wpadła na pomysł, aby ustawić jachty w identyczny sposób, po kolei (wg numerów rejestracyjnych). Wyszło super, są zdjęcia.


2006_adam_076 2006_adam_077 2006_adam_078 2006_adam_079 2006_adam_080

   Dziewczyny wpadły na pomysł, żeby wrzucić sternika Kulę do wody. Dostały moje pozwolenie (nie jestem zwolennikiem wrzucania kogokolwiek do wody z kei, zbyt łatwo można zrobić temu komuś krzywdę), wybrały sobie miejsce i czas. Kula oczywiście poleciał, nie miał szans z prawie dziesięcioma przedstawicielkami płci słabej :)

   Następnego dnia zostawiliśmy Kozin za rufą i popłynęliśmy do Giżycka, do COS-u. Wiało całkiem przyzwoicie, takie 3 do 4B, więc zapadła decyzja o zarefowaniu grotów i założeniu sztormowych foków. Morsy lubią pływać zarefowane a i dzieci i my czujemy się pewniej. Efektem jest to, że łódka nie płynie w nadmiernym przechyle, nie ma problemu z wybalastowaniem jej, z prawidłowym wybraniem żagli i płynie wtedy dużo szybciej.

   Obóz miał się już ku końcowi. W COS-ie postaliśmy do 22 lipca (d. E. Wedel, kto pamięta takie napisy? ;-)) robiąc ostatni wykład, klasówkę, jakieś dodatkowe zajęcia. Przeszła jakaś gwałtowna burza, dużo wody wylało się z nieba.


2006_adam_081 2006_adam_082 2006_adam_083 2006_adam_084 2006_adam_085

   23 lipca, na dwa dni przed egzaminem zrobiliśmy krótki przelot do docelowego portu – Marina Bełbot Yacht Charter w Wilkasach. Na ostatnie manewrówki, już w załogach złożonych z osób podchodzących do egzaminu. Wieczorem – pierwsza część egzaminu, czyli prace bosmańskie.

   Dzień przed końcem obozu – egzamin. Do egzaminu podeszło sześć osób, zdały cztery. Dwóch chłopaków odpadło na części teoretycznej. Jeżeli ktoś odpada na egzaminie praktycznym to zawsze mam mieszane uczucia. Zastanawiam się gdzie zrobiliśmy błąd, czego było za mało. A na teoretycznym? Cóż, uważam, że robimy bardzo dużo, tutaj trzeba jeszcze samodzielnie popracować. Dużo dają zwłaszcza nasze klasówki, pomagają ułożyć sobie wiadomości, zapamiętać je. Na części teoretycznej jest 30 pytań, do zdobycia 60 punktów (0, 1 albo dwa punkty za każde pytanie). Zalicza 33 i więcej punktów. Zazwyczaj osoby które zdają egzamin mają sporo ponad 40, a te które nie zdają maja grubo poniżej 30.

   Wieczorem, już po egzaminie, kiedy wszyscy są rozluźnieni i odstresowani robimy oficjalne zakończenie obozu, rozdajemy dyplomy, ściskamy sobie dłonie, omawiamy to, co nas czeka ostatniego dnia obozu, czyli sposób klarowania jachtów.


2006_adam_086 2006_adam_087 2006_adam_088 2006_adam_089 2006_adam_090

   A na koniec – wielki klar. Jachty muszą być „wylizane”, czyściutki, takie, jakie były na początku. Pełen klar to około dwie godziny uczciwej pracy, jedna załoga potrafi to zrobić szybciej, a inna wolniej. Rekordziści szybkości oddają czysty jacht około 11, a rekordziści, ale w drugą stronę, oddali jacht dopiero o 16…

   Potem przyjeżdżają rodzice i… koniec obozu. Do zobaczenia za rok.

   A dla mnie zaczyna się chwila „urlopu” :) Obóz kończy się we wtorek, następny zaczyna się w sobotę. Mam trzy dni przerwy, na załatwienie mniej więcej miliarda spraw.


2006_adam_091 2006_adam_092 2006_adam_093 2006_adam_094 2006_adam_095

   Obóz III. 29 lipca 2006. Sobota. Dla mnie zaczęło się dzień wcześniej, przyjechałem już w piątek, z zaopatrzeniem, tego dnia zjechała kadra i… część obozowiczów.

   Kadra. Ja oczywiście zostaję na swoim statku, Magda zaczyna drugi obóz na „Monadzie”, na „Żyszkosia” wsiada Grzesiek (pływał z nami w zeszłym roku), na „Żyszkoli” Zocha, Łukasz zostawia „Krewetkę” dla „Strzybogi”, a na „Krewetce” (robiącej oczywiście za warzywniak) płynie Fabisz.

   Jak zawsze ktoś się spóźnia, czekamy wytrwale, w końcu jest komplet, szybka zbiórka i płyniemy. Załoga „W DAL” to pięć osób: Adam (czyli ja, sternik), Lidka, Asia, Agnieszka i Chochel (ogłaszam konkurs: jak Chochel ma na imię? – kto pierwszy odpowie dostanie obozową koszulkę – serio! Konkurs dotyczy obozowiczów, Chochel, Ty wygrasz jeżeli nikt nie odpowie).


2006_adam_096 2006_adam_097 2006_adam_098 2006_adam_099 2006_adam_100

   Dziwny jest to obóz. Pod jednym względem. Na 27 uczestników 16 jest takich, którzy płyną z nami drugi, trzeci, czy nawet czwarty (Chochel, Piotrek (tu mamy konkurs w drugą stronę – jaką ksywkę ma Piotrek? Zasady jak z Chochlem, kadra nie gra, nagroda taka sama) i Krzysiek – ta trójka pływa z nami corocznie, od pierwszego sezonu funkcjonowania Szkoły Żeglowania W DAL, oprócz nich jest jeszcze kilka takich osób) raz w swojej żeglarskiej karierze. Wśród tej szesnastki jest dość duża grupa – siedem osób – która płynie po raz drugi. W TYM ROKU… Znaczy obozy działają :) :) :)

   Tak duża grupa dzieci, które są któryś tam raz z rzędu na obozie to jest bardzo duże ułatwienie dla kadry. Ta ekipa zna zasady funkcjonowania obozu, wie jakie są nasze wymagania, co wolno, czego nie wolno, na ile można sobie pozwolić (a każdy sternik ma inny próg tolerancji), zna porty, zna biwaki, jest szansa, że potrafi żeglować… Ta ekipa pomoże nowym obozowiczom rozkręcić się, zacząć działać w obozie. Skróci czas aklimatyzacji nowych osób. Starzy bywalcy nigdy nie trafią na jeden jacht. Wręcz przeciwnie, zostaną „rozrzuceni” po wszystkich załogach, oni odróżniają dziób od rufy, wiedzą jak prawidłowo rzucić kotwicę, jak zaknagować, itd. Po prostu wyszkolony załogant to gigantyczna pomoc dla sternika.

   No dobra. Płyniemy. Pierwszego dnia uciekamy na Kisajno, prognozy nie są korzystne, zatem zatrzymujemy się w COS-ie. Susza trwa nadal, znowu jest grill (a już mam sygnały, że kiełbasa z grilla jest lepsza niż z ogniska, więc może w przyszłym roku pozostaniemy przy grillu? Jak myślicie?). Poza tym w tym porcie jest bardzo dobre kąpielisko i możemy tu zrobić praktyczne zajęcia z ratownictwa, następnego dnia.


2006_adam_101 2006_adam_102 2006_adam_103 2006_adam_104 2006_adam_105

   30 lipca. Po śniadaniu – a pogoda raczej była taka sobie – robimy zajęcia z węzełkologii i tuż przed obiadem ratownictwo. Jak na każdym obozie – każdy MUSI wskoczyć do wody w kamizelce ratunkowej, wejść do koła, zawiązać na sobie węzeł ratowniczy. Zajęcia te odbyły się bardzo sprawnie, więc czym prędzej wsiedliśmy na jachty i popłynęliśmy do Sztynortu. Temperatura była taka sobie, nawet wyciągnąłem z jaskółki zimowa czapkę. Zawsze cieplej i bezpieczniej – wszak ja nie mogę sobie pozwolić na jakiekolwiek przeziębienie, muszę być czynny cały czas.

   Ze Sztynortu popłynęliśmy do WDW. Poziom wody w jeziorach był bardzo niski, przepłynęliśmy niedaleko słynnych Głazów Sztynorckich (niebezpieczna, kamienna rafa, niemalże na środku jeziora, dopiero od kilku lat oznakowana). Dwa kamienie wystawały ponad powierzchnię wody, na innych stały ptaszyska, miały zanurzone tylko stopy…

   Wiatr oczywiście zdechł prawie zupełnie, na Mamry udało się dopłynąć na żaglach, Potem zrobiła się absolutna cisza, woda przypominała lustro. Zrzuciliśmy żagle, odpaliliśmy silniki i w holach popłynęliśmy do portu docelowego. Humory wszystkim dopisywały, zaczęły się rozsądne wygłupy, ale do łez doprowadziły wszystkich dwie osoby z załogi „Żyszkosia”. Okazało się bowiem, że zepsuł się (!) pokrowiec na grota. No nijak nie można go było założyć. Przy pięcie bomu jakiś taki ciasny był, z drugiej strony, przy noku był jakiś taki luźny, zwisający… Dopiero po 40 minutach przedniej zabawy (naszej) te dwie sierotki zorientowały się, że zakładają pokrowiec tyłem do przodu :)


2006_adam_106 2006_adam_107 2006_adam_108 2006_adam_109 2006_adam_110

   Pierwszego sierpnia dogoniła nas Agnieszka (nasza pani sternik z pierwszego obozu, tym razem na prywatnym pływaniu) i Ania (też sternik, z I i II obozu). Zrobiło się wesoło, Ania z załoga poszła do Węgorzewa, a my a tym czasie ustawiliśmy ich jacht między dalbami, tak, aby nie można było nań wejść nie korzystając z pokładu innego jachtu. Ot, taki dowcip :)

   02.08 zepsuła się pogoda. Rano padało, potem zaczęło dmuchać dość mocno i zastanawialiśmy się, czy w ogóle wychodzić na wodę. Po obiedzie jednak zapadła decyzja: wychodzimy. Zarefowaliśmy groty, założyliśmy sztormowe foki i postanowiliśmy płynąc do Skłodowa, nad zatoką Bodma na Mamrach (niektórzy uważają, że Bodma to osobne jezioro). Po wyjściu na Mamry uznałem, że lepiej tam nie wchodzić, bo do portu prowadzi płytki, 150m kanałek i mielibyśmy silny, boczny wiatr. Znacznie lepszym rozwiązaniem było popłynąć do Kietlic, które są na podwietrznym brzegu, akurat wtedy dobrze osłonięte od wiatru i fal.

   Zmęczony wiatrem i pogodą obóz padł dosyć szybko, wcześniej wszyscy poszli pod prysznic – Kietlice to jeden z niewielu portów na Mazurach, gdzie ciepła kąpiel jest wliczona w opłatę portową.


2006_adam_111 2006_adam_112 2006_adam_113 2006_adam_114 2006_adam_115

   Dowiedziałem się też, że na „Strzybodze” zaczęła pękać kolumnwanta. Zatem następny dzień rozpoczął się wykładem dla obozu, a dla mnie wyprawą do Sztynortu, gdzie jest sklep żeglarski i warsztat. Wróciłem z dorobioną wantą :)

   Z Kietlic popłynęliśmy na biwak na Zimny Kąt. Tuż przed Kątem była śmieszna sytuacja. 20 metrów za nami płynęła Magda na „Monadzie”. Szła równo po naszym kilwaterze. My przepłynęliśmy obok trzcin, „Monada” stanęła na mieczu. Nikt się tego nie spodziewał, udało im się zejść z mielizny dopiero po zrzuceniu żagli i uruchomieniu pagajów i pychówki. Tak naprawdę planowaliśmy stanąć gdzieś indziej, a na Kącie zatrzymać się tylko na obiad, ale zrobiło się tak fajnie, że postanowiliśmy zostać do rana. Dzieci przyniosły całe mnóstwo drewna na ognisko, Fabisz oczywiście dorwał siekierę i wszystko porąbał. Ognisko paliło się do rana, wystawiliśmy nocne wachty, zatem miał kto dokładać do ognia. Ja tradycyjnie, wachlowałem od szóstej rano.

   Następnego dnia pogoda siadła W deszczu, przy braku wiatru przestawiliśmy się do COS-u. Zrobiliśmy jakieś wykłady, obiad, a po obiedzie obóz poszedł na wycieczkę do Giżycka. Wreszcie jakieś miasto na trasie rejsu.


2006_adam_116 2006_adam_117 2006_adam_118 2006_adam_119 2006_adam_120

   5 sierpnia dosiadł się do nas gość – Marianna. Udało jej się złapać kilka dni wolnego w firmie, przyjechała do nas. Miło :) Umówiliśmy się, że weźmiemy ją na pokład w kanale. Czekała na nas tuż przed mostem zwodzonym. Dla nas tez było to dodatkowe zadanie, bo most jest otwierany o konkretnych godzinach, trzeba było wypłynąć z COS-u tak, żeby trafić na most w określonym momencie.

   Udało się wyjść na Niegocin. Pogoda była nie za szczególna, nic to, ubraliśmy się ciepło, postawiliśmy maszty, żagle i wio dalej. Wiał bardzo fajny, równy wiatr, ot, taka dwójeczka w skali Beauforta.

   Fabisz bardzo narzekał, że „Krewetka” wolno pływa.. Wykorzystał to, że ten jacht ma dwa równoległe sztagi i zrobił z niej kuter. Na forsztagu stanął duży fok marszowy, a na sztagu (tym krótszym, wewnętrznym) fok sztormowy. Wyglądało to bardzo efektownie, a i łódka dostała porządnego „kopa” i zaczęła iść równo z pozostałymi jachtami.


2006_adam_121 2006_adam_122 2006_adam_123 2006_adam_124 2006_adam_125

   Dopłynęliśmy do Kozina. Pogoda zaczęła się poprawiać (niestety, jak się okazało następnego dnia tylko na chwilę), po obiedzie zrobiliśmy kolejną klasówkę i zaraz po niej wykład.

   Wieczorem Chochel stoczył bój z Martą, celem było wrzucenie Marty do wody, wygrał, ale ledwo ledwo, sam wyszedł z tej wojny mokry.

   W niedzielę, szóstego sierpnia, jedną załogą popłynęliśmy do Rydzewa – tu jest kościół, a pozostała część obozu popłynęła na manewrówkę. Trudna to była manewrówka, wiatr był dość porywisty i zaczął tężeć. Grzesiek, któremu oddałem dowodzenie manewrami zadzwonił, że generalnie jest spokojnie, ale lepiej odpuścić już manewrowanie i płynąć do kanałów. Zadzwoniłem czym prędzej do Starych Sadów z pytaniem o warunki w porcie. Wiało wzdłuż jeziora Tałty, od strony Rynu, zatem w Sadach było w miarę spokojnie.


2006_adam_126 2006_adam_127 2006_adam_128 2006_adam_129 2006_adam_130

   Popłynęliśmy do Sadów. W Sadach Grzesiek oddał i omówił kartkówki z teorii żeglowania, potem zaczęły się zajęcia w podgrupach – jedna ekipa zaczęła oblegać piłkarzyki, Piotrek przez pół dnia chodził i uczył się żonglować jabłkami, a reszta obozu zaanektowała świetlicę. Tam też rozstawiliśmy się z kambuzem – padał deszcz, posiłki wygodniej jest przygotowywać, kiedy nie leje się na głowę. Wieczorem obóz wylądował w piwnicy, gdzie zrobiło się śpiewanie szant. Magda grała na gitarze, obóz śpiewał.

   Rano, 8 sierpnia, jeszcze przed śniadaniem obeszliśmy 18 urodziny długiego Piotrka. Dostał od nas rękawiczki żeglarskie, porządne lloydy, moc ścisków i życzeń, 18 razy pagajem w to miejsce, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę, a na koniec kanapkę. Znaczy kanapka została zrobiona z Piotrka, za pomocą obozowiczów :)

   Właśnie się zorientowałem, przeglądając zdjęcia do relacji, że data nie zawsze się zgadza – coś się poprzestawiało w aparacie i numer dnia zmieniał mu się około 10 rano :) Niezły mam refleks, nie?


2006_adam_131 2006_adam_132 2006_adam_133 2006_adam_134 2006_adam_135

   Z Sadów popłynęliśmy do Mikołajek, gdzie zatrzymaliśmy się na dwie godziny. Wioska Żeglarska, czyli główny port w Mikołajkach był pełen jachtów, więc zatrzymaliśmy się w Cichej Zatoce. Po Mikołajkach, gdzie mniej więcej pół obozu spotkało się w jednym miejscu na smażonej rybie, popłynęliśmy do Popielna.

   W Popielnie stała się rzecz niemalże niezwykła. Nie poszliśmy na wycieczkę do Stacji PAN. Głównie dlatego, że ponad pół obozu już tam było, a poza tym były zupełnie niezłe warunki do manewrówki, którą koniecznie trzeba było zrobić.

   5 załóg wyszło ćwiczyć manewry, a ja, jedną łódką, wraz z nietypowa załogą – Lidka, Chochel, Długi Piotrek i Igor popłynęliśmy do Mikołajek odstawić Mariannę, która w południe miała pociąg do Ełku. Ponadto coś tam jeszcze trzeba było kupić.


2006_adam_136 2006_adam_137 2006_adam_138 2006_adam_139 2006_adam_140

   Po wyjściu z Mikołajek spotkaliśmy się z resztą obozu na wysokości Wierzby i dalej, już kupą, popłynęliśmy przez Bełdany. Dziwne to było pływanie, trochę na żaglach, trochę na silniku, wiatr wiał jak chciał. Udało nam się dopłynąć na tzw. patelnię na Bełdanach, między Piaskami a Wygrynami, gdzie znowu zrobiliśmy manewrówkę. Tym razem krótką – zmęczenie materiału było już dość duże i takie pływanie na siłę mogło przynieść więcej złego niż dobrego.

   Podpłynęliśmy do śluzy Guzianka, ale okazało się, że na śluzowanie trzeba by czekać około 3 godziny… Rozejrzałem się dookoła, wszystkie biwaki były pozajmowane, więc zatrzymaliśmy się w ośrodku Narodowego Banku Polskiego.

   10 sierpnia, a więc na dwa dni przed egzaminem wstaliśmy wyjątkowo o 7 rano. Po to, żeby na spokojnie zjeść śniadanie i zdążyć się prześluzować, na spokojnie, bez nerwów. Dokładnie tak było, spokój w śluzie panował wyjątkowy.


2006_adam_141 2006_adam_142 2006_adam_143 2006_adam_144 2006_adam_145

   Popłynęliśmy na jezioro Nidzkie, do portu „Pod Dębem”. Tam powstały dwie załogi, złożone z osób, które miały podchodzić do egzaminu. Chęć zdawania deklarowało 9 osób. Te dwie załogi miały kręcić „piruety”, pozostałe 4 miały wyjść na pływanie turystyczne. Miały… Brak wiatru pokrzyżował te plany… Znowu zrobił się kłopot z wiatrem, kłopot o tyle większy, że byliśmy w zasadzie na tuż przed egzaminem. I trzeba ćwiczyć i nie ma na czym… Bo ile można manewrować na pagajach?

   Trochę powiało na dzień przed… popływaliśmy ile się dało, sternicy się zmieniali, załogi zdające egzamin dostały w kość bardzo, chyba nawet trochę za bardzo… Cóż, czasem tak trzeba.

   Egzamin. Piekielnie trudne warunki… Wiatru mało, pływaliśmy na tzw. przeciągach, które tu i ówdzie na jeziorze się pojawiały. Wyglądało to tak, że na silniku zasuwaliśmy do miejsca, gdzie coś wiało, i tam próbowaliśmy robić jakieś manewry. Do egzaminu podeszło 9 osób, zdało 5. Jedna osoba padła na teorii, trzy na praktycznym


2006_adam_146 2006_adam_147 2006_adam_148 2006_adam_149 2006_adam_150

   A na koniec – jak zawsze – rozdanie dyplomów, uścisk dłoni prezesa, krótki omówienie obozu, klap pagajem :)

   I jedna mama zaproponowała… ech, szkoda gadać, pisać, jednym słowem żenada…

   I tak dojechaliśmy do końca obozów. Pogoda była bardzo uprzejma (choć, o zgrozo, w czasie klaru wiała równa dwójka), bo pozwoliła nam sklarować jachty, zwinąć pozostałości po obozie i dopiero wtedy zaczęło padać. O 14 zostałem sam. Wielka ULGA. Uff, kolejny sezon zamknięty, zamknięty sukcesem, bez żadnych strat w ludziach (w czasie trzech obozów tylko RAZ byliśmy o doktora!), sprzęcie. Był to kolejny sezon, w którym iluś tam młodych ludzi zostało zarażonych żeglarstwem (oto fragment rozmowy telefonicznej z jedną z Mam: „Panie Adamie, co wyście z nim zrobili, on o niczym innym nie gada, czy macie jeszcze miejsce na trzecim turnusie?”). Kolejny, czwarty już sezon funkcjonowania Szkoły Żeglowania W DAL. Sezon, w którym udało się odkryć nowe miejsce i tak niewiele zabrakło do odkrycia następnego. Sezon bardzo szalony, miły, sympatyczny :) teraz mamy koniec września, a ja odbieram sms („kiedy będzie relacja?!”), e-maile („Z utęsknieniem czekamy na pamiątkę w postaci zdjęć z obozu, Klaudia bardzo mile go wspomina. Oczywiście, proszę ją zapisać na I turnus w kolejnym roku, chciałaby się spotkać z żeglarzami z tego lata.”). Sezon, w którym urodziło się kilka nowych pomysłów, zostaje je tylko zrealizować…


DO ZOBACZYSKA!!!

Strzyboga, 28 września 2006


powrót do głównej


2006_adam_151 2006_adam_152 2006_adam_153 2006_adam_154 2006_adam_155

2006_adam_156 2006_adam_157 2006_adam_158 2006_adam_159 2006_adam_160

2006_adam_161 2006_adam_162 2006_adam_163 2006_adam_164 2006_adam_165

2006_adam_166 2006_adam_167 2006_adam_168 2006_adam_169 2006_adam_170

2006_adam_171 2006_adam_172 2006_adam_173 2006_adam_174 2006_adam_175