Nasze dzieci i ja - czyli sezon 2005 we wspomnieniach Oli.


   Siedzę przed komputerem. Jest końcówka października, na dworze słonecznie - ale powietrze zaczyna być mroźne. Liście lecą z drzew, poranna mgła zasłania szare warszawskie bloki. Jesień. Szara codzienność, czyli praca i dom. Jest dobrze, ba - nawet bardzo dobrze - ale co z tego, kiedy duszę ciągle na wodę garnie, kiedy w głowie gra "byle dalej, i dalej, i dalej..."

   Tak mi się mieszają te wspomnienia - jak zwykle, jedno pasmo słońca, wiatru i uśmiechu, jedno pasmo Mazur... Ciężko jest podzielić na kawałki dwa miesiące spędzone na wodzie. Tak, wiem, że obozy tak długo nie trwają - ale, jako że prawdziwy listonosz po pracy idzie na spacer, tak i ja po obozach popłynęłam na urlop. A teraz muszę jakoś to wszystko podzielić. Od czego by tu zacząć...

   ...Może od tego, że w tym roku, w wyniku rozmaitych miłych i przyjaznych dla żeglarzy działań naszego ukochanego jedynego słusznego związku żeglarskiego nie byłam w tym roku KWŻ-tem; w sumie niewiele to zmieniło, oprócz dołożenia nam odrobiny nerwów i kombinacji... A mieliśmy tyle innych, pożyteczniejszych zajęć...

   ...Może od tego, że kiedy w przeddzień rozpoczęcia obozu siedzieliśmy u Bełbota z Magdą i Tatusiem, "uszami duszy" słyszeliśmy warkot silnika - Adam i Agnieszka prowadzili z Rynu "Krewetkę". Płynęli sobie, a my biedactwa musieliśmy ciężko pracować, rozpakowując samochód pełen naszych ciuchów i obozowego jedzenia. Szkoda, że nie ma zdjęć z tego dnia - nigdy byście nie uwierzyli, ile kadra potrafi zdziałać używając większej ilości palców niż ten jeden, tak dobrze Wam znany.


Krewetkowa Magda i jej nieodłączny lizaczek. Kuba ze zwykłym dla siebie wyrazem twarzy. Ciekawe, co też znowu chodzi mu po głowie... ;-) W tle Michał. Załoga Żyszkoli wydaje obiad w COSie w Giżycku. Śpiewanie wieczorne w COSie. Stoją: w czapce Michał, dalej Lidka i Agnieszka Turystyczna, Natalia, w białym kapturze Magda i na ławeczce dwie Ole. Obóz śpiewa - jeden z najfajniejszych śpiewanych wieczorów w tym sezonie. Stoją: Magda, Ania, Fabisz, Ania, Magda, siedzi na stole Nela, przy stole siedzą od lewej: Marek, Grześ i Agnieszka.

    Wieczorem przyjechały Lidka z Nelą oraz Ania- wnuczka Andrzeja Orłowa. Ania w tym roku na jeden obóz - dla odmiany - przyjechała do nas i coś mi się wydaje, że byliśmy z tego tak samo zadowoleni jak ona :-)

    Wieczór spędzamy taklując nasze jachty. Dużo tego, za nami ciężkie kilka dni wytężonej pracy, więc dość wcześnie jak na nas lądujemy w kojach.

    Jak się czuje człowiek, który przyjechał na Mazury po roku nieobecności - na kolejne obozy?

    Taki człowiek, to człowiek z przyjemnością wsłuchujący się w stukanie fałów o maszt. To człowiek czujący się dziwnie samotny - wyobrażacie sobie spanie w pojedynkę na Morsie, na którym normalnie mieszka sześć osób? To człowiek zmęczony - bo ostatnie dni przed wyjazdem są dość intensywne - i jednocześnie lekko stremowany - ciekawe, jakie będą te tegoroczne obozy... Śpi się mocno - nigdy potem nie śpi się tak dobrze, tak beztrosko i bez czujnika nastawionego na nocne budzenie się dzieci.


Nasze najstarsze, poważne, odpowiedzialne i lubiące rano wstawać obozowiczki: Lidka i Agnieszka. Sztynort, uczymy się węzełków: Mateusz, Ania, Michał i nie mam pojęcia kto siedzi tyłem na pomoście. Adam odbija się Magdzie w okularach. Magda uczy Natalię węzełków na kei w Sztynorcie. Węzełkologia z daleka - ładnie wygląda ten poler do cumowania w mesie Żyszkoli.

    Rano przyjeżdżają dzieci. Dużo z nich zna się z ubiegłych lat, dużo było na tym samym obozie rok temu, więc radość powitań jest całkiem spora. O dzieci kłóciliśmy się wczoraj, teraz Adam dzieli je między nas i - ruszamy. Zaczynamy obóz od zejścia z oczu rodzicom. Tak lepiej, nikt nie ma wątpliwości, kogo słuchać.

    Na pierwszy tegoroczny obóz jeden z instruktorów- Marcin, zwany Fabiszem - jeden dzień się spóźnił. Toteż na pierwszy biwak - ot, kawałek placu do zrobienia ogniska gdzieś w krzakach na Tajtach - popłynęliśmy nieco inaczej niż zwykle. Cztery łódki normalnie: Adaś tradycyjnie na W Dali, Magda - Żyszkosiem, Agnieszka - Strzybogą, ja oczywiście Żyszkolą. Ale Krewetki - naszej piątej, czarterowanej łódki - dosiadł nieco inny skład. Składem rządziła Zocha, nasza przyszła pani instruktor, która dostała do pomocy czwórkę żeglarzy. Dzielna była - rządzić tymi, których normalnie ma się za współobozowiczów, i którzy w ich opinii umieją mniej więcej tyle samo, to nie lada sztuka. Zocha zeszła z jachtu z wypisanym na czole "nigdy więcej!" Ale na szczęście szybko jej przeszło. W końcu dopłynęła bez ofiar w ludziach i sprzęcie, pochwałę dostała, uśmiech w końcu wypłynął na buzię, wściekłą na "tą okropną kadrę która kazała".

    Tradycyjne integracyjne ognisko... Muszę powiedzieć, że rozpoczęłam grę integracyjną z głupim wrażeniem, że potrzebna jest tylko instruktorom do poznania imion - obóz już był zżyty. Ognisko zostało przepędzone przez jakąś deszczoburzę, ale nikt się tym nie zmartwił za bardzo - tyle rzeczy jest do omówienia tego pierwszego wieczoru!

    Rano przyjeżdża Marcin, skomentowany szybciutko przez Anię, że "wirtualny był ładniejszy". Wprowadza się na jacht, przygotowujemy się do wypłynięcia i - w drogę!


Zarefowana Żyszkola na Święcajtach. Żyszkola manewruje. Załoga Żyszkoli: Ola siedzi w kapeluszu, za sterem Michał, na lewej burcie Ania i Natalia, na prawej przy Oli - Magda, z zejściówki wystaje Marek. Manewrowa załoga W Dal: rządzi Fabisz w czapce, za sterem zakapturzona Zocha (haha, i tak widać że to Ty!), w czerwonej bluzie Magda, ruda Nela i Janek. Żyszkoś i Strzyboga trenują zwroty na Święcajtach.

    Najpierw tradycyjnie popłynęliśmy na północ. Wspominam z dużą przyjemnością śpiewany wieczór przy stoliku w Centralnym Ośrodku Sportu, gdzie nasze dzieci z zapałem uczyły się śpiewać. Uczą się również zakładać kamizelki ratunkowe, skakać w nich do wody i zawiązywać w wodzie węzeł ratowniczy - mam nadzieję, że w życiu im się nie przyda ta umiejętność...

    Jest wesoło, mieliśmy rację co do tego, że się dzieciaki zżyły ze sobą w trybie ekspresowym. Było im - i nam - o tyle łatwo, że wiele osób znało się z ubiegłych lat, duża część w poprzednim sezonie zaliczyła również pierwszy obóz, ten ciężki z małą ilością słońca i ciągłym deszczem. Myślę też, że można tu zastosować powiedzenie "jaki treser, takie małpki", którym mój pan dyrektor gromił moją wychowawczynię w LO. Chodzi o to, że równie szybko zżyła się kadra. Było nam ze sobą dobrze i wesoło - dzieci to czuły, więc czuły się z nami dobrze i bezpiecznie. Takie przynajmniej robiły wrażenie.

    Na Zimnym Kącie spotykamy się z Haliną i jej Mężem - tradycyjnie już w jej imieniny, też tradycyjnie dostaje od nas w prezencie firmową koszulkę. A my kolekcję piosenek Waligórskiego, których obiecuję się pilnie uczyć. I tradycyjnie wyśpiewujemy do wczesnych godzin porannych. Decydujemy, że MUSIMY zimą pojechać do Lublina w odwiedziny. Jak nas znam, to pojedziemy... Halina jest w końcu z nami od początku istnienia firmy! :-)

    W Sztynorcie stoimy dłużej niż mieliśmy w planach - wiatr "łeb urywa", wieje za mocno nawet na to, żeby wypłynąć na Sztynorckie na manewrówkę. Podganiamy więc teorię, ten duży namiot Lecha, który tam stoi, to naprawdę przydatna rzecz. A! i jeszcze załapujemy się na koncert ballady żeglarskiej w wykonaniu Andrzeja Koryckiego i Dominiki - fajnie było, lubię Koryckiego śpiewanie. Aczkolwiek słowo "szanta" w odniesieniu do tych utworów niekoniecznie mi przechodzi przez gardło.


I znów Żyszkoś i Strzyboga Załoga manewrówkowa Żyszkosia Wicher wieje na Mamrach - spięliśmy się w hole i płyniemy na biwak. Dwie Agnieszki i Lidka, czyli kawałek szalonej załogi Strzybogi Zimny Kąt i tradycyjny śpiewany wieczór z Haliną (Halina ma na sobie genialną latarkę czołówkę).

    Ze Sztynortu wypływamy do WDW na Święcajty. Wieje... cóż, ogólnie mówiąc, mocno. Porządnie zarefowanie żagle, małe foki, niewielki kłębek adrenaliny i - cumę dziobową oddaj! Nie udaje nam się tam dotrzeć jednym rzutem. Nad Węgorzowa maszeruje do nas burza, w tempie takim dość ekspresowym. Zawracamy pod most, do kei. Pierwszy podmuch spod chmury wprowadza w przechył łódkę bez żagli i na silniku, z drugą łódką w holu. Magda i ja rozpinamy hol, odwracamy się rufą do wiatru i płyniemy sobie w krzaki. Dzieci pod pokład - po co mają moknąć jak nie ma potrzeby- a my siedzimy sobie na pokładzie i uskuteczniamy pogawędkę lekko szkoleniową. Magdzie adrenalina wylewa się uszami i miesza się ze strugami wody cieknącymi po sztormiaku. Już nie będziemy schodzić do mesy, wody się niepotrzebnie naleje. Z naszego miejsca w krzakach ładnie widać wielkie Tango trałujące kotwicę po Kirsajtach, i maszty pozostałych naszych trzech jachtów stojących na kotwicach. Burza mija, Adam wyciąga Magdę i mnie z trzcin, płyniemy dalej. Na Mamrach ostry baksztag i siłą rzeczy - baksztagowa fala. Ster w dwóch rękach, mocny uchwyt i niepewne "Olaaa, a niby jak ja mam utrzymać kurs?" "Skutecznie!". To jest dopiero żeglowanie! Łódki płyną jak szalone, widzimy z przeciwka wychodzących ze Święcajt niezarefowanych szaleńców, świeci słońce, my w sztormiakach i czapkach i z szerokimi uśmiechami na twarzach. No i oczywiście "My się wcale a wcale nie ścigamy!"

    W WDW też stoimy dwa dni. Nie pamiętam pogody, pamiętam za to Mateusza, który tak niefortunnie poleciał na trawę, że pan w szpitalu kazał go zagipsować. Pamiętam ten moment, kiedy weszłam do namiotu, gdzie Marcin wykładał ratownictwo. Mówię "Mam Wam coś do powiedzenia" - i zapadła taka cisza, że aż mi w uszach zagwizdało. Terry Pratchett pisze, że nie należy mylić ciszy z brakiem dźwięków. To, co usłyszałam tam w namiocie, to była cisza właśnie.

    Mateusz pojechał do domu, ku naszemu niezadowoleniu. Dostał laurkę od wszystkich i propozycję od nas, żeby się szybko zagoił i wracał na trzeci obóz. W Warszawie natychmiast zdjęli mu gips i założyli taką specjalną uprząż, co znacznie ułatwiło mu życie. No i mógł do nas później wrócić : Duży ukłon należy skierować w stronę rodziców Mateusza, którzy wyszli z założenia, że jak kilkunastoletni syn jedzie na obóz, należy liczyć się z możliwością uszkodzenia ciała, kiedy ilość energii przekroczy tego ciała wytrzymałość. Postawa taka oszczędziła nam wiele nerwów, których i tak było niemało.


Wieczoru na Zimnym Kącie ciąg dalszy. Siedzą od lewej: Magda, stoi druga Magda, siedzi Natalia, Ola, Aga Turystka, stoi Lidka. Wypływamy z Zimnego Kąta. I kolejny rozśpiewany wieczór: Ola, Nela, Zocha, Magda i Marta. Krewetka Żyszkoś

    Płyniemy dalej - odwiedzamy Węgorzewo, wysyłamy kartki, bierzemy wodę, robimy słodyczowe zakupy i wystarczy. W Węgorzewie pamiętam kadrę tańczącą na schodkach sklepu spożywczego i Zochę z Nelą, które na ten widok zaczęły zasłaniać logo na koszulkach. Ale cóż mogliśmy poradzić na to, że w tym składzie kadry i z tym składem dzieci było nam dobrze i wesoło do bólu?

    Na północ już nie bardzo jest dokąd płynąć, wracamy więc na południe. Jakaś biała plama we wspomnieniach, nie bardzo pamiętam, gdzie po drodze nocowaliśmy. W Kozinie na pewno - tam spłynęliśmy się z obozem Andrzeja, który poprowadził dla dwóch obozów wykład z meteorologii. Spotykamy się ze znajomymi z Andrzeja obozów, nasza Ania nie bardzo wie, gdzie się podziać, bo chciałaby i tu, i tu. W czasie wykładu kadrą poszliśmy po drewno na ognisko, które można tam kupić, bo zebrać nie bardzo jest gdzie.

    Ognisko było miłe, najwytrwalsi, co się przecież rok nie widzieli, dopalili całe przyniesione drewno do końca kosztem mocno skróconej nocy. Okazało się, że dzieci z obozu Andrzeja czekały cierpliwie, aż pójdziemy spać, żeby z "Żyszkoli" ukraść bom i go schować. Ale cierpliwości im zabrakło... i się chłopcy nacięli, bo jak zdecydowali się działać, było już jasno i było ich bardzo wyraźnie widać... Wykorzystaliśmy najskuteczniejszą metodę spuszczania zbyt dużej ilości nocnej energii: pagajowanie na pomoście.

    Następnego dnia obiecuję sobie solennie, że "dzisiaj pójdę wcześniej spać". Biwakujemy w zatoce Skanał, gdzie jest ognisko, ale zmęczony wrażeniami obóz ląduje w kojach około dwudziestej trzeciej. A nam się tak dobrze rozmawiało...


Strzyboga Ryn - Marek pod opieką Fabisza uczy się stawiać przewróconą żaglówkę. Żyszkola z Krewetką lubią swoje towarzystwo - płyniemy przez Ryńskie. Zaraz będzie bitwa morska! Ta paskudna kadra robi klasówki... Tyłem na trawie siedzi Ania, przy stoliku: w czarnym Janek, z tej samej strony Krzysiek, z drugiej w czapce Grześ i lekko przysypiający Maciek. Wycieczka do bobrów.

    Potem Ryn, tam dzięki uprzejmości właścicieli Stocka trenujemy stawianie jachtu po wywrotce. Jachtem tym jest tamtejsza 420stka. Mija właśnie połowa obozu, wychodzi z dzieci zmęczenie - żyjemy intensywnie i szybko, jak najwięcej czasu spędzamy na wodzie, ale też dużo śpiewamy wieczorami, co negatywnie wpływa na stan wyspania - i jakieś rozprężenie ogólne. Spinamy obóz do galopu organizując po drodze bitwę morską. Tam też było fajnie, bo hasło do bitwy miał dać Adam wylewając pierwsze wiadro. Nieźle się musiał spinać, żeby dogonić Magdę... ale dogonił, i zabawa była przednia. Pokłady się całkiem nieźle wypłukały, a my się nieco ochłodziliśmy - upał był niemiłosierny. Zaczęło się lato, mieliśmy w tym roku trzy tygodnie z rzędu ostrego słońca i trzydziestostopniowej temperatury. Dobrze, że wiało.

    Odwiedzamy Popielno, lądujemy na chwilę w Mikołajkach i ostatnia nasza przystań na tym obozie - Stare Sady. Tu już ostatnie ćwiczenia przed egzaminem. Pogoda była całkiem niezła, ale w dzień egzaminu wiatr zrobił dzieciom dowcip i przywiał z innej strony, niż do tej pory. Nie każdy sobie z tym poradził. Cóż - zwykle chcielibyśmy, żeby wszyscy zdali, nie zawsze jest to możliwe, piszemy o tym co roku - niewiele osób po dwóch tygodniach szkolenia zdobywa umiejętności pozwalające na samodzielne prowadzenie jachtu. Jedni uczą się szybciej, drudzy wolniej i trzeba się z tym pogodzić. Czasem trafiają się perełki, które komentujemy później: "I przychodzi taki ciężki moment w życiu egzaminatora, kiedy nie ma się do czego przyczepić..."

    Ostatni wieczór przed wyjazdem. Siedzę sobie na ławeczce przy kei. Lubię tam siedzieć, widać wszystkie jachty, widać co się dzieje, a jezioro takie spokojne i taka miła cisza... I nagle słyszę za plecami głos "Czy ty RAZ nie możesz pójść prosto na łódkę????" No i znowu pogawędki do późnych godzin nocnych, nie szkodzi, jutro się wyśpimy - jak dzieci pojadą do domu.

    A jak nam szkoda było, że się ten obóz kończył! W ostatnie wolne miejsce na drugim obozie wskakuje Lidka, więc obejrzy sobie dzisiaj zjawisko o tytule "dzień świstaka, czyli kadra ma urlop". Kadra zupełnie nie ma ochoty kończyć współpracy. Ale cóż - taki czas niedobry, że szybko płynie zupełnie nie wtedy, kiedy byśmy chcieli.


Stałym elementem wyprawy do bobrów w Popielnie są superdzikie konie. Końcówka obozu - zdjęcie piramidka w Starych Sadach. Marcinek robi nam na śniadanie kanapki z kotlecikami z kiełbasy. Pierwsze wspólne ognisko - brązowooki Antek. Ten człowiek z dziwną miną to Piotrek, nasz przyszły instruktor. Na tym zdjęciu widać jeszcze buzię Asi, kawałeczek Antka, bezgłowy profil instruktora Grzesia, długie włosy Róży albo Marysi i pasiastą bluzę Marcina.

    Drugi obóz zaczynamy w nieco zmienionym składzie kadry. Na Krewetkę wsiada Grzesiek, na Żyszkosia - Ania, na Strzybogę przesiada się Marcin. Dzieci też nieco nie te - po tych szalonych, wiecznie roześmianych i wygłupiających się buziach z pierwszego ten wydaje nam się podejrzanie spokojny i grzeczny.

    31 października. Świeci słońce, ale około zera. Większość znajomych jeździ i zapala znicze. Siedzę w pracy. I znowu myślami wypływam... i się zastanawiam: jak to się dzieje, że pierwszy obóz zawsze pamiętam najlepiej, a przy dwóch pozostałych muszę mocno wysilać umysł?

    Drugi obóz upłynął pod hasłem "produktów z konia", jako że nasza Diana rzuciła jedzenie czerwonego mięsa i ogłaszała światu głośno swą miłość do koni. No a jak się nas tak prowokuje... Mielonka z konia, dżem z konia, tuńczyk z konia i makaron też z konia. A co!

    To również obóz odkryć. Na W Dal wsiada do Adasia Lidka ("Adaś, dam Ci Lidkę, jeśli Ty mi na trzecim dasz Piotrka Kliksa") i czterech facetów. Nie ma Agnieszki - Lidkowej obozowej "połowicy" - i nagle się okazuje, że z półtorej wiecznie wygłupiającej się wariatki Lidka zmieniła się w niesamowicie odpowiedzialną, poważną dziewczynę. Że jak nie może sobie pozwolić na ciągłe wygłupy, to sobie nie pozwala i nawet robi różne dziwne rzeczy, jak na przykład "nie, nie pójdę rano pod prysznic, bo zginę i nic nie będzie zrobione na czas". Oczy nam się szeroko otwierają ze zdziwienia.


Strzyboga wypływa ze Skanału. Żyszkola ze swoją drugą załogą. Żyszkola i Żyszkoś. Krewetka Nasze dzieci na kąpielisku w Rynie.

    Drugie miłe zaskoczenie to Chochlik, znaczy Karol. W Kozinie z powodu totalnego braku wiatru wsadzamy Chochlika i Piotrka O. na łódki do prowadzenia manewrówki - odejścia i podejścia na pagajach, z rzucaniem kotwicy i overholungami. Piotrka O. szkolimy sobie na kadrę od trzech lat, Chochlik dostał takie zadanie na próbę i na zasadzie "ciekawe, jak sobie poradzi". Poradzili sobie znakomicie obaj - co jest warte odnotowanie, bo postawa "teraz nie jestem kolegą, tylko sternikiem, i ja tutaj rządzę" wcale nie jest łatwa. Zwłaszcza dla pozostałych osób na tej żaglówce. A takie sceny, jak Piotrek i Karol znakomicie sobie radzący w takiej sytuacji - to serce rosnące satysfakcją i dumą.

    No i Piotrek, któremu w zeszłym roku wyraźnie uderzył do głowy "wiek nastoletni", w tym roku jest znowu sobą. Najładniej było to widać na zakończenie: Ania musiała wyjechać wcześniej, miała egzamin na uczelni. Piotrek pływał z nią - i to on objął dowodzenie na Żyszkosiu. Staliśmy już wtedy w porcie końcowym, u Bełbota. Załapał się na wachtę kambuzową ("Ola, idź sobie, jak będę miał problem to cię zawołam") i oczywiście rządził klarem końcowym. Poszło mu to całkiem fajnie.

    Dobrze, ale może jakoś tak bardziej po kolei. Z drugim obozem popłynęliśmy najpierw do Popielna, oglądać bobry i żubronia. Dalej na Śniardwy się nie pchaliśmy z powodu nie najlepszej prognozy pogody. Potem Mikołajki i w Rynie wywracanie 420stki. Część dzieci w charakterze widowni siedzi na jachtach, część poprzebierana w kąpielówki stepuje na pomoście czekając niecierpliwie na swoją kolej. Fabisz jak rutyniarz - podejście, wymiana załoganta, odejście, wywrotka, postawienie i do kei. Trochę był potem zmęczony i obolały, ale w końcu sam chciał! :-)

    No i potem na północ. Dużo więcej intensywnego treningu niż na pierwszym obozie, też pogoda pozwalała nam na więcej pływania.


Piotrek kombinuje, jak postawić łódkę nie wpadając przy tym do wody. Piotrek i Fabisz przy 420stce w Rynie. Na wycieczce do Popielna Diana tuli się do konia. Przygląda się jej Bartek. Jurek i Grzesiek. Jakiś kanał nas czeka...

    Oglądając zdjęcia przypomniałam sobie kanały. Spotkaliśmy się tradycyjnie z Andrzejem i przez kanały płynęliśmy jednocześnie. Z małą przygodą - większość silników odmówiła współpracy i w rezultacie płyniemy dwoma obozami na dwóch ( porywach do trzech) silnikach. Śmiesznie było, kiedy się spinaliśmy w hole: Adam dzwonił do mnie i mi mówił, kto kogo zabiera i w jakie hole się łączymy. Pracował u niego silnik, więc do telefonu mówił na tyle głośno, że wszystkie zainteresowane jachty od razu znały instrukcje.

    W COS-ie oczywiście ćwiczymy ratownictwo. Mamy też standardowo obrazki nazwane przez nas Telewizją Tracz (tak się nazywa zatoka, przy której jest COS) - kiedy wieje tam wiatr dopychający do kei, zarówno wysiłki pseudożeglarzy podchodzących do kei, jak i wysiłki tych, którzy próbują się wyhalsować na Kisajno, to lekcja pod tytułem "kochane dzieci, chodźcie i zobaczcie jak się nie robi". Zatoka Tracz naprawdę obfituje w obrazki, dzięki którym wiele można nauczyć nasze dzieci - na cudzych błędach. A przecież lepiej się uczyć na cudzych błędach niż na własnych, prawda?

    Pamiętam Sztynort, gdzie mój Łukasz zwany Bananem znalazł pisklę jaskółki - zabrał je na łódkę, nocowała z nami, karmiona bułeczką i robalami. Obudziło nas rano ciche ćwierkanie - taki dźwięk bardzo dobrze wpływa na nastrój. Udało nam się znaleźć dom, gdzie ludzie mieli mnóstwo gniazd jaskółczych na strychu i zajmowali się takimi zagubionymi maleństwami - mam nadzieję, że małej udało się przeżyć i odleciała szczęśliwie do ciepłych krajów... A wtedy ze wzruszonym uśmiechem obserwowałam Bananę, który tak ślicznie i z troską opiekował się pisklęciem.

    Pamiętam oczywiście Święcajty - staliśmy sobie na noc w WDW. Pogoda była taka, że manewrówka trwała dopóki jeszcze dało się pływać. Wiało okropnie mocno, a my na nawietrznym brzegu. Trzeba było poprzestawiać jachty. To był wieczór pełen wrażeń: przestawialiśmy najpierw nasze łódki tak, żeby stały dziobami do fal, a potem cudze - na prośbę właścicieli tychże. A potem jeszcze W Dal. Przypłynęli sobie ludzie, jakiś taki miniobozik, i ponieważ nie złapała im kotwica, zacumowali się Adamowi do kosza dziobowego. Pomijam drobiazg, że bez jakiegokolwiek uzgodnienia tego z Adamem- ale dwa jachty zacumowane do kosza na wysokiej fali... cóż, koszowi się to nie podobało i przestawiliśmy W Dal w zaciszniejsze miejsce.


Druga załoga Żyszkoli: za sterem Bartek z Olą, klaruje linę Róża, siedzi w białej koszulce Łukasz, a w czarnej Kuba. Kozin i rozegrany mecz siatkówki, kiedy to kolacja miała być gotowa jak skończą grać. Grześ wyraźnie organizuje swojej załodze każdą chwilę. Teraz będą grać w piłkę plażową. Łukasz vel. Banana myje pokład. Żyszkosiowy

    Adam w czasie tych manewrów stanął za bardzo z boku achterklapy i skręcił sobie nogę, mi natomiast następnego dnia posłuszeństwa odmówiły ścięgna przedramienia. Zrobił się rejs kalek...

    Tam na Święcajtach spałam jak królik. Staliśmy dziobem do fal. Na naszych jachtach kosze dziobowe są strasznie niewygodne, jeśli myśli się o wchodzeniu tamtędy na pokład. A ja miałam w załodze Bartka, który - cóż - najwyższy nie jest. Bałam się, że jak wyjdzie w nocy do toalety, to wracając zwali się do wody pomiędzy jachty. Żeby się na pewno obudzić, jak ktoś będzie wychodzić - postawiłam na stopniu wiaderko z dwiema menażkami w środku w charakterze budzika, z myślą, że jak ktoś w to wlezie - a wierzcie mi, wlezie na pewno, jeśli tylko będzie chciał się wydostać z mesy - to się niewątpliwie obudzę. Na szczęście moje dzieci wzięły poważnie moją wieczorną prośbę o niewychodzenie w nocy i moja pułapka okazała się niepotrzebna.

    Drugi obóz to też obóz ciekawych teorii - na przykład, dowiedzieliśmy się, że na statku Białej Floty niepotrzebny jest miecz, bo statek taki ma balast w postaci pasażerów. Inne też były, równie odkrywcze... Przypuszczam, że odkrywca się czerwieni na samą myśl, że mógł takie wysnuć...

    Każdą chwilę staramy się wykorzystać na manewrówkę. Prym wiedzie Grzesiek, który wyciąga nas na wodę nawet wtedy, kiedy nam się już koszmarnie nie chce i mamy tego po dziurki w nosie. Po dwóch godzinach intensywnych ćwiczeń dzieci zaczynają być zmęczone i coraz mniej efektywnie pływać - a od nas tym bardziej manewrówka wymaga skupienia. Więc spływamy, zarządzamy przerwę, i po tej przerwie już nam się taaaak nie chce, bo tu cieplej i sucho. A Grześ bierze załogę i wypływa. No to reszta też... Jak już się wypłynie, to się człowiek cieszy że wypłynął i jest fajnie. Zwłaszcza, kiedy ktoś na przykład wyjedzie z portu na żaglach na wstecznym- jest powód do dumy.


Ćwiczymy ratownictwo - sądząc z miny Asi, woda nie jest najcieplejsza. Róża i Bartek. Takie oto kanapki Lidka wyprodukowała dla Oli. Obóz w komplecie - WDW na Święcajtach.

    Diana i Lidka prześcigają się... estetycznie. Dawno nie jadłam takich ładnych kanapek. Produkują specjalnie dla mnie sówki, kotki, żaglówki, elegancko podane na tacy z dużą ilością warzywek. Przemiłe.

    Obóz kończymy u Bełbota. Ostatnie dni to czysty trening, pływamy w kółko po Tajtach, odpowiadamy na milion pytań z teorii, po raz tysiąc osiemset czterdziesty trzeci tłumaczymy, że teraz nie będziemy iść do sklepu i że nie wiemy, czy pójdziemy tam dzisiaj.

    Przypomina mi się tutaj Pan Kapitan Bogdan Olszewski, który zarówno mojego brata, jak i mnie, przygotowywał do egzaminu na stopnie instruktorskie. Pan Kapitan mawiał tak: "Ile dzieci potrafią zadać pytań w ciągu dziesięciu minut, to się w pale nie mieści - a już na pewno nie mieści się w tych dziesięciu minutach." Nic dodać, nic ująć. Otwieram szeroko oczy, słuchając tego "idziemy do sklepuuuu?" zadanego po raz kolejny. Cóż - odpowiedź na nie, będąca odpowiedzią najczęściej udzielaną przez instruktora, nie jest trudna i nie wymaga myślenia. Dziwię się, bo jeszcze nie wiem, co będzie za tydzień... kiedy na trzeci obóz przyjedzie Tomek...

    Drugi obóz się kończy. Egzamin, rozdanie dyplomów, wymiana adresów, klar końcowy, który Niech Już Wreszcie Się Skończy, rozmowy z rodzicami ciekawymi postępów swych pociech. Drugi obóz się skończył. Smutno, ale jednocześnie cieszymy się, że się udał.


Żyszkola na manewrówce na Święcajtach. Łukasz  wyraźnie lubi pływać w kamizelce... Żyszkoś zarefowany manewruje. Załoga Żyszkosia przygotowuje się do wypłynięcia: Tyłem Szymek, w szarej koszulce Ania, stoją Karolina i Piotrek, siedzi Adam. Asia klaruje achterdek.

    Mój komputer mnie dzisiaj nie lubi. Ja tutaj wenę twórczą mam, dobrze mi się pisze, pomysłu do głowy przychodzą, a on się nagle wyłącza i w dodatku mówi, że się nie zamierza włączyć z powrotem. A tu już listopad, relacja musi być gotowa! Oj, jak dobrze jest mieć w domu informatyka...

    Potem był urlop. Pomysł urlopu podrzucili nam rodzice, którzy stwierdzili, że w weekend się wygodniej odwozi dzieci na wakacje. Nam się pomysł spodobał tym bardziej, że pozwolił nam złapać oddech i zrobić pranie pomiędzy obozami, z czego ważniejsze jest złapanie oddechu.

    Zawsze mnie bawią SMS-y od znajomych piszących do nas "ale Wam dobrze, pływacie sobie, miłego odpoczynku"... Jeżeli komuś się wydaje, że szesnastodniowy obóz z przeszło dwudziestką cudzych dzieci, wprawdzie kochanych ale pomysłowych przez całą dobę, można nazwać odpoczynkiem - och jak grubo się ten ktoś myli. Po dwóch obozach jesteśmy wystarczająco zmęczeni, żeby ten urlop powitać z radością. Jadę do Warszawy, w te trzy dni załatwiam pranie, milion spraw superpilnych oraz przewiezienie mebli.

    Moja ręka, nadwyrężona na Święcajtach, nadal nieco odmawia współpracy. Obawiamy się, że mogę nie dać rady na trzecim obozie, z nową załogą, którą przecież pewnie trzeba będzie nieco nauczyć, zanim sami będą klarować, stawiać żagle, zrzucać żagle i tak dalej. Decydujemy się więc na Instruktora Zapasowego. W ten właśnie sposób na trzeci obóz trafiła do nas Magda - ta sama, która pływała na Żyszkosiu na pierwszym.


Powoli kończymy drugi obóz - zdjęcie piramidka w przystani Bełbota. Ostatnie treningi przed egzaminem - Marysia ćwiczy podchodzenie do pomostu. Zaraz będzie: cumę dziobową podaj!. I udało się dopłynąć. Antek pisze egzamin. W takich właśnie warunkach zdobywa się najlepsze wyniki.

    Wsiadamy więc z Magdą w pociąg i ruszamy na Mazury. Dobrze nam się jedzie. Nienawidzimy schodów na dworcu w Białymstoku, ale na szczęście zdążamy po nich przebiec do następnego. Czytamy sobie, chichoczę nad Pratchettem i cytuję Magdzie ciekawsze kawałki. Wreszcie jezioro...

    Jest nam dobrze i miło. Kadra już dojechała, dojechał też Piotrek Kliks. Mamy gości - nasze zeszłoroczne dzieci pływają sobie Sasanką. Jutro przyjedzie obóz. Podzielimy się na załogi i ruszymy w Mazury.

    Poza Magdą i nami jest jeszcze Grześ na Krewetce, Ania na Żyszkosiu oraz Agatka na Strzybodze. Od razu na początku obozu w COSie dołącza do nas Samotna Pani Kapitan - Marysia. Spełnia właśnie marzenie swojego życia: samotne żeglowanie Omegą. Dobrze się stało, że pływała za nami- nie lało jej się na głowę, kiedy nam w nocy pogoda zaczęła... hm... dopisywać...

    Pod paroma względami trzeci tegoroczny obóz był dla mnie wyjątkowy. Po pierwsze, jeszcze nigdy nie miałam na jachcie zapasowego instruktora - to wielka pomoc i w sumie dużo dająca dzieciom, bo gdy jedna z nas już nie ma siły, druga ją zmienia i manewrówka może trwać bez obniżania jej jakości. Po dugie, hasło "ja tu umyję, bo jakoś brudno jest", każdego normalnego instruktora przyprawi o bez mała zawał serca, a co najmniej o odruch szczypania się w rozmaite części ciała. Sen to czy nie sen?


Krzyś trzepie materace - klar końcowy. Banana zamiast zmywania garów po kolacji jako karniaka wybrał sobie mycie wszystkich achterpików. Początek trzeciego obozu - załoga Żyszkoli przygotowuje się do wypłynięcia. Na pierwszym planie Wojtek, siedzi Olga, wędruje po pokładzie Tomek. Rodzice Piotrka czekają, aż odpłyniemy. Jeszcze chwila i oddamy cumy - Ola maszeruje na swój jacht.

   Po trzecie, Tomek. Tomek jest zjawiskiem samym w sobie: zadaje pytania. Ale nie są to pytania nieprzemyślane i zadawane dla samej przyjemności zadawania pytań, o nie. Każde z nich jest przemyślane i odpowiadacz musi się liczyć z konsekwencją udzielonej odpowiedzi: z niej właśnie wypłynie kolejne pytanie. Albo działanie, co czasem jest jeszcze ciekawsze. Dla niejednego szkolnego nauczyciela taki człowiek jak Tomek to zgroza czająca się na krzesełku, bo czort wie, czy na następne pytanie będzie się znało odpowiedź. A ja akurat mam tak, że lubię, kiedy pytania zmuszają mnie do myślenia (a nie do mechanicznego odpowiadania "Nie"). No i Tomka reakcje na odpowiedzi... Podeprę się historyjką.

   Płyniemy sobie gdzieś tam, wesoło nam jak zwykle. Siedzimy z Piotrem na przeciwległych burtach. Każde z nas na końcu dostępnego, wolnego szota zawiązało węzeł rzutkowy, moczymy ów węzeł w jeziorze i chlapiemy się zdobytym w ten sposób zapasem wody (jak na instruktorkę i najstarszego obozowicza przystało). Tomek, po dłuższej chwili przyglądania się tej zabawie, zadaje pytanie: Dlaczego węzeł rzutkowy, ósemka była zła? Na co ja odpowiadam dość nieopatrznie: bo w węźle rzutkowym mieści się więcej wody.

   Dzień następny. Olga siedzi z dłońmi obok siebie ustawionymi w kształt miseczek, Tomek z długim krawatem siedzi przed nią. Na jednym końcu krawata - ósemka, na drugim - węzeł rzutkowy. Tomek sprawdza doświadczalnie, w którym z tych węzełków mieści się więcej wody.

   Niesamowita postać. On tych odpowiedzi naprawdę słucha i naprawdę przemyśliwuje pytania. Przynosi to efekty: obłędnie napisany egzamin z teorii i najlepiej z obu obozów zdana manewrówka. Można tylko gratulować. Poza tym można jeszcze bić głową w ścianę, co parę razy nam się zdarzyło, kiedy dialog pytanie - odpowiedź doprowadzał nas do granic absurdu. Bo Tomek nie ma skończonej ilości pytań, my za to mamy skończoną ilość odpowiedzi. Tym właśnie różni się dorosły od dziecka.


Zwiało nas do COSu - Wojtek uczy się węzła ratowniczego. Śpiewamy w COSie - w zielonym kapturze Gusia, obok Mateusz, Ola, tył głowy Agaty i obok niej profil Piotrka. Śpiewanek ciąg dalszy - Piotrek, Ola, Gusia. Załoga Żyszkoli: za sterem Magda (instruktor zapasowy), w zejściówce Ola, na lewej burcie Olga i Wojtek, na prawej Tomek i machający Piotrek. Strzyboga pod dowództwem Agatki.

   Mamy na tym obozie ciekawy kontrast wzrostowy. Misia nie dotyka stopami do ziemi, noszona ciągle i przez wszystkich na rękach - jest malutka, więc aż się ją chce podnosić. Misia mogłaby wyższemu z Piotrków przebiec między nogami bez jakiegoś specjalnego wysiłku.

    Pogoda.... Pogoda, jakby to oględnie powiedzieć, nie rozpieszcza nas. Albo leje deszcz, albo wieje tak że głowę urywa, albo nie wieje wcale i też pada. Chyba było nie za wiele dni bez deszczu; rekordem jest Wierzba, gdzie fale wlewają się na prom, a prognoza pokazuje temperaturę odczuwalną około czterech stopni. Sierpień, tak?

    Płyniemy najpierw na północ. Odwiedzamy bunkry, robimy drobne zakupy w Węgorzewie, nocujemy w WDW - lubimy ten port, jest tam miło i przyjaźnie. Potem odstawiamy Marysi Omegę do Giżycka. "Cudowny" etap - większość z niego przepłynęliśmy na silnikach: nie dość, że nie wiało, to jeszcze siadała coraz gęstsza mgła i w dodatku siąpił obrzydliwy deszczyk. Z Giżycka uciekamy do Kozina, porywając Marysię - a co tam, w Kozinie wsiądzie sobie w PKS i wróci tam gdzie startuje rejs. W Kozinie Łukasz - zwany u nas Murzynem - przemalowuje się sadzą na czarno, a Jadźka z Krzysiem karniaka odpracowują podając wszystkim bułeczki na śniadanie. Elegancko ubrani, z białymi ręcznikami na rękach.

    Pływając w kółko, jak to obozem, rozpoczynamy żeglugę na południe. We wspomnianej Wierzbie spędzamy dwie i pół doby. Strach wypływać. Port zapakowany do bólu, a stała ekipa w okolicach sklepu i baru pozwala nawiązać znajomości. Ogólnie to miło się tam stało, tylko czemu tak okropnie długo! Teoria cała już zrobiona, z rozpędu przygotowuję próbny egzamin i go przeprowadzamy. Mam dzięki temu do sprawdzenia górę kartek.


Żyszkoś w holu za kimś, a za Żyszkosiem - Marysia, Samotna Pani Kapitan na Omedze. Żyszkola zmienia foka. Wojtek uczy się od Oli tajników szeklowania fałów. No co, każdemu zdarza się umyć zęby w wakacje, nawet kadrze! Olga, Misia i Tomek czekają na obiad.

   I znów nie mogę sobie wyobrazić tych, którzy "jeżdżą rowerem ciągle po tym samym podwórku", jak mój Brat określa obozy stacjonarne. Drugiego dnia postoju tam dzieci maszerują do ośrodka w Popielnie, żeby od tego ciągłego kiszenia się na jachtach nie dostały odleżyn.

    W końcu ruszamy dalej. Na biwaku przed śluzą twarda babska kadra postanawia wykąpać się w jeziorze. Pomysł niezły, tylko nie wiem, czemu ktoś nam nawrzucał do jeziora kostek lodu. W śluzie oczywiście pokaz kultury żeglarskiej w wykonaniu kogoś, kto Musi Być Wszędzie Pierwszy. I płyniemy do Nidy, do naszej końcowej przystani - Pod Dębem. Tradycyjnie ostra manewrówka i - dzień egzaminu.


Najmniejsza i Największy - Misia i Piotrek. COS, wykład z przepisów. Wojtek, Piotrek,Mateusz i tyłem Tomek, który pewnie przygotowuje pytania, jakie mi zada na wykładzie... Hej, popłynąłbym tak kiedyś... Żyszkoś. Powoli spływamy na południe. Strzyboga, ładnie widać jak siada pogoda...

    Ten egzamin po trzecim obozie, to był najgorszy chyba egzamin w moim życiu. Razem z Agatką egzaminowałyśmy załogę, gdzie dziewczyna zrzuciła żagle i podjęła człowieka płynąc na pagajach. A potem popłynęła do portu i ... sześć godzin czekaliśmy na wiatr. Sześć godzin. Wyobraźcie sobie sześć godzin czekania na egzamin, do którego przygotowujecie się od rana do nocy przez dwa tygodnie. To jest sześć godzin obrzydliwego napięcia nerwów i chęci, żeby mieć to wreszcie za sobą. Kiedy sobie to czekanie przypomnę, po prostu opadają mi ręce...

    Ostatni klar końcowy w tym sezonie. Nasze żaglówki jeszcze będą pływać. Silna grupa pod dowództwem Ani wsiada na Krewetkę, żeby odstawić ją z powrotem do Rynu. Dzieci powoli rozjeżdżają się w swoje strony, ostatnie uściski, wymiany adresów, obietnice spotkań w przyszłym roku. Razem z Magdą pakujemy się do samochodu Taty Jadźki i ruszamy w stronę Polski Centralnej.


Krewetka nas dzielnie goni. Żyszkola. Jaki ładny moment Adam wybrał na robienie tych zdjęć, każdy lubi fotografować _dzioby_ innych jachtów! I dalej płyniemy. Kozin - tak wyglądał Łukasz vel Murzyn na zbiórce na kolację. Igor pisze kartkówkę.

    Właśnie się skończył nasz kolejny sezon. Znowu żal. Ale i ulga, że się udało, że było miło, fajnie, że dzieciaki deklarują chęć powrotu. Wierzymy, że wiele z nich do nas wróci. Wiemy, że część z nich pojawi się u nas jako nasza kadra. Niektórzy za kilka dni wypłyną w morze - dostaną tam w kość, ale zdobędą doświadczenie i respekt dla wody i wiatru. Dla wody i dla wiatru trzeba mieć bardzo wiele respektu. Zawsze.


powrót do głównej



Z braku wiatru ćwiczymy podejścia i odejścia na pagajach. Kozin. Przejęta Gusia dowodzi szkolącą się załogą w Kozinie. Steruje Krzysiek, pagajuje Wojtek. W Dal podchodzi do pomostu, Żyszkola robi overholung. Trzeci obóz też poszedł na wycieczkę do Popielna. Mieli trochę dalej niż wszyscy, bo szli tam z Wierzby. Tak wygląda bóbr.

Oczekiwanie przed śluzą Guzianka. Płyniemy do śluzy. Tak wygląda Guzianka wtedy, kiedy nie ma w niej jachtów, o takiej godzinie, której nie ma na żadnym turystycznym zegarku. Kończy się trzeci obóz - zdjęcie piramidka w przystani Pod Dębem. Państwo kadra: od lewej Agatka, Madzia, Ola, Ania i Grześ. Adam robi zdjęcie.

Rozdajemy dyplomy przetrwania szkoły przetrwania. Olga też dostanie swój, a co. Jadźce należy się dobry cios pagajem... :-)