Trzeci sezon za nami - lato 2005 według Adama


   Czyżbym zaczynał wpadać w rutynę? Najpierw trochę przygotowań, reklamy, zgłoszeń, jakiś dodatkowy czarter, obozy, egzaminy, rejs prywatny, może półprywatny, wyciąganie łódek, zdjęcia, relacja i zima? Na to zaczyna wyglądać, ale może jednak, jeszcze przez jakiś czas uda mi się tego uniknąć.

   A jak było w tym roku? Po zeszłorocznych doświadczeniach i całkiem niezłej frekwencji na obozach zacząłem myśleć nad kolejną łódką. Na razie jeszcze nie własną, ale wyczarterowaną, ale może w najbliższą wiosnę...? Potem trzeba było się zacząć kontaktować z różnymi firmami czarterowymi w poszukiwaniu jachtu, dla którego był jeden podstawowy warunek: musiał być wyposażony w sześć pełnowymiarowych koi. Ktoś się odezwał, ktoś napisał miłego maila, że jeżeli łódka ma pływać w obozie to on dziękuje, nie chce czarterować, w końcu pojechałem do Rynu i do Giżycka obejrzeć jachty. Ten z Giżycka fajny, ale baaaardzo drogi, a pan armator jakoś nie był skłonny zmniejszyć cenę, mimo, że chciałem pożyczyć łódkę na 52 dni... Nie wiem, może woli, jak łódka stoi u niego w porcie? Potem do Rynu i jest... ale ma 5,5 koi (jedną w mesie, teoretycznie podwójną, wg mnie pojedynczą). Krótkie negocjacje z armatorem i mamy piąty jacht. Na pewno go poznacie na zdjęciach, jest zupełnie inny niż nasze.

   A potem poszukiwania instruktorów, nie chcę, żeby pływali z nami ludzie, których nie znamy, którym nie do końca można zaufać... Nie chciałbym, żeby powtórzyła się zeszłoroczna sytuacja, kiedy to sternik w połowie obozu został odesłany do domu. Telefony, maile, spotkanie z Grześkiem, Marcinem. W połowie maja pojechaliśmy do Limanowej, odwiedzić nasze obozowiczki, Lidkę i Nelę, wracaliśmy przez Katowice, żeby się spotkać z Agnieszką. Czasem warto "stracić" trochę czasu, nadłożyć kilometrów, ale znać tego, kto będzie z nami pływał. I Agnieszka popłynęła z nami na pierwszy obóz, sprawdziła się i, co najważniejsze, chce jechać w przyszłym roku. Przynajmniej tak deklaruje ;-).


Agnieszka, Naczelna Turystka Mazur, zajada obiad, COS Giżycko nad Kisajnem. Obiad w COS-ie. Siedzą od lewej: Kuba, Janek, Marcin, Maciek, Krzysiek, po prawej widać głowę Marty. Drugi dzień pierwszego obozu, Żyszkola pod pełnymi żaglami na Kisajnie. Załoga Strzybogi, od lewej: Lidka, Marcin, Agnieszka (pani instruktor), Kuba, Kuba, Agnieszka vel Turystka :-). Sztynort, Natalia i pierwsze próby złożenia żagla...

   Bardzo wczesną wiosną okazało się, że patenty instruktorskie... szkoda gadać, pisać, nie będę tego komentował, w każdym bądź razie trzeba było na bardzo szybko robić stopień instruktora sportu w żeglarstwie. Udało się - część ogólną tego kursu (bo kurs instruktora sportu to tak naprawdę dwa kursy - część ogólna i specjalistyczna) robiłem wraz z kursem instruktorów fitness i kulturystyki, ale co tam, ważne, że potem mogłem wziąć udział w kursie specjalistycznym na instruktora żeglarstwa. Pływaliśmy w kwietniu, przez 10 dni, na Zalewie Zegrzyńskim, na jachtach typu Omega i regatowych: L'Equipe, 420, Laser, Optymist. Fajnie było, udało mi się pierwszy raz w karierze popływać żaglówką w ślizgu, powisieć na trapezie. Pogoda dopisała, choć ciepło nie było, któregoś dnia poniżej 10 stopni... A bez wywrotek się nie obyło - dwa razy na 420, raz na L'Equipe :-). A, i dwa razy udało mi się wypaść z żaglówki - wisiałem na trapezie, stopu miałem oparte na burcie od zewnątrz, łódka podskoczyła na fali, popłynęła, a ja zostałem... Zabawa była przednia, a roboty na takiej łódce tyle, że nawet zmarznąć nie zdążyłem - zmarzły mi jedynie stopy i czubki palców u rąk. Na koniec kursu egzamin i mogę się pochwalić - jestem Instruktorem Sportu w Żeglarstwie. :-)

   A potem maj, czerwiec, w międzyczasie jakiś zlot dużych fiatów, ale przygotowania do sezonu szły coraz mocniej. I coraz mniej czasu na cokolwiek. Pod koniec - biegiem, doba była za krótka. Jedzenie, żagle, wodowanie łódek, spotkania z rodzicami, e-maile, telefony... Dużo tego było. A 26 czerwca zbliżał się wielkimi krokami. Z domu wyruszyliśmy rankiem 24 - tak, żeby mieć dwa dni na doklarowanie łódek, zasztauowanie wszystkiego, jakieś ostatnie, drobne zakupy. I drobny relaks na tuż przed godziną "zero". I tego dnia przyjeżdża kadra - Ola, Ania, Magda i Agnieszka. Marcin dojechał dzień po rozpoczęciu obozu - niestety uczelnie bywają bezlitosne i nie zawsze biorą pod uwagę fakt, że rok szkolny kończy się wcześniej niż letnie sejse.

   W końcu nadeszła magiczna sobota, 26 czerwca 2005. Od samego rana ubrani w koszulki kadrowe, czekamy na obozowiczów. Powoli zaczynają się zjeżdżać, mało tego, nawet trzy dziewczyny przyjeżdżają dzień wcześniej - taki czasami bywa układ pociągów, czy pekaesów, nie jesteśmy zwolennikami wcześniejszego przyjeżdżania, w końcu taki ostatni, wolny dzień jest dla nas, dla naszego odpoczynku. Ale czasem trzeba zrozumieć możliwości transportowe. Za to takie dzieci, które przyjeżdżają wcześniej natychmiast są zaganiane do roboty której zawsze jest sporo - Ania, Lidka, Nela - mam rację? Zbiórka wszystkich była zaplanowana na godzinę 12:00, ktoś ostatni pojawia się jakąś godzinę później :-(


A to ja - Adam :-) W Sztynorcie instryktor Fabisz wymyslił grę w ??? - mnóstwo zabawy i śmiecu przy tym było. Poranna procedura w Sztynorcie - pobudka, wszyscy zabierają się za klarowanie siebie i łódek, a ja zasuwam do sklepu po bułki i maślankę. Potem siadam na kei i doglądam krzątaninę :-) WDW Węgorzewo, obóz tuż przed wyjazdem Mateusza :-(. A kadrze trzeba rogi dorobić, koniecznie :-) Po posiłku zmywanie - Maciek i jego jumbo :-)

   Następnego dnia ruszamy już całą naprzód, z pobudką o ósmej, z pierwszą próbą zdążenia ze śniadaniem na godzinę 9. A potem na wodę i szkolenie. I nagle się okazuje, że żeby jacht popłynął w lewo to rumpel trzeba wychylić na prawą burtę, a co to jest rumpel, co to bryt, cuma, szekla. Dla wielu jest to nowomowa, są przestraszeni, co to będzie, a do tego jeszcze łódka się trochę przechyli... I tylko ci zeszłoroczni są pewni siebie i zadowoleni...

   Dalej na północ. Sztynort - tu manewrówka, A po niej przyszedł czas na odreagowanie - piłka, potem przeciąganie liny. Najpierw okazało się, która załoga ma najwięcej siły, a potem było starcie kadra vs. załogi. Niestety, nie mieliśmy nic do powiedzenia.

   Teraz skok na Święcajty. Na początku obozu można robić dłuższe przeloty, bo przecież trzeba się nauczyć płynąc prosto, na zadany kurs. Potem zaczynamy robić zwroty przez sztag, co też można połączyć z jakimś przelotem. Na razie nie trzeba robić manewrówek. Zwrotów przez rufę też - o ile mamy z wiatrem. Te zresztą są fajniejsze, bo można je "trzaskać" w kilkusekundowym odstępie. Dopiero trenowanie podejścia do człowieka, czy do kei zmusza nas do stania w jednym miejscu. Zatrzymaliśmy się w WDW Węgorzewo, miłe miejsce, spokój, świetne warunki do stania obozem. Czyściutkie łazienki, przemili ludzie... Naprawiliśmy okucie bomu, które się po prostu urwało, zrobiliśmy manewrówkę, dzieci zaczęły się wygłupiać na trawie, Mateusz się wywalił i... następnego dnia okazało się, że ma złamany obojczyk :-( Cały czas byłem w kontakcie z rodzicami, zapadła decyzja, że Mateusz wraca... Czwarty dzień obozu... Jak się potem okazało bardzo dobrze się stało że wrócił, bo w szpitalu w Węgorzewie został zakuty w gips, a w Warszawie poszedł do jeszcze jednego lekarza, ten mu gips zdjął, założył szelki i Mati zaczął zdrowieć. A co najważniejsze - mógł przyjechać na III obóz i na koniec zdać egzamin.

   Z WDW popłynęliśmy na Zimny Kąt, w totalnej ciszy, nic nie wiało. No, może trochę na początku, potem pospinaliśmy się w hole i wio dalej na silnikach. Na biwaku na Zimnym Kącie spotkaliśmy się z Haliną, Zdzichem i Dreamem, wielkim psiskiem (który wyżera wszystko z michy, kiedy goście wchodzą do domu; taki ma ciekawy obyczaj). Spotykamy się z nimi już trzeci rok, to z nimi mieliśmy wspólne ognisko na Skanale w 2003 roku - pierwsze ognisko od wielu lat, kiedy wszyscy żeglarze z biwaku zasiedli razem i śpiewali do białego rana. Tym razem do rana nie dotrzymaliśmy, choć było blisko :-)


W Dal pod sztormowym fokem i zarefowanym grotem na manewrówce na Święcajtach. Manewrówka na Święcajtach, W Dal, a z tyłu Żyszkoś... Te same łódki, ale trochę bliżej. :-) W Dal z profilu. Szkoda, że zarefowana, ale na manewrówkach bywa, że tak lepiej, łatwiej i spokojniej. Żyszkoś, też w refach, na zasadzie, że jak wszyscy to wszyscy. :-)

   Dalej - do Kozina. Całkiem długi przelot. Postanowiłem, że moja łódka będzie czysta, więc sam zabrałem się za szmatę, kilkanaście minut i jacht rzeczywiście był lśniący. Chodziło o to, żeby pokazać dzieciom, że sternik tez potrafi umyć pokład.

   W Kozinie - jakiś wykład, jeden z wielu, które robimy to tu, to tam, w zależności od warunków, pogody, potrzeby. Trzeba je koniecznie przeprowadzić, jeżeli dzieciaki chcą podchodzić do egzaminu na żeglarza na koniec obozu, ale czas i miejsce ma znaczenie drugorzędne. Przede wszystkim należy pływać. I klasówki - w dwa dni po każdym wykładzie wszyscy piszą sprawdzian, okazuje się co umie, czego nie, że bardzo często kandydaci na żeglarzy są lepsi od tych z patentami.

   Potem kanały i Skanał - na biwak. I znowu ognisko, śpiewy.

   Ze Skanału do Rynu - krótki przelot, w Rynie manewrówka i wielka atrakcja. Piotr, szef Stanicy Stock udostępnił nam 420-kę (taką małą, regatową żaglówkę). Marcin vel Fabisz, nasz sternik, wsiada na nią i ćwiczy wywrotki. Nie wszystkim udało się ją wywalić - ćwiczenia te były ograniczone możliwościami Fabisza, jak i czasem. Gdybyśmy chcieli wywalać się ze wszystkimi to zajęło by to cały dzień. Ale kilka osób było w wodzie, razem z łódką, niedaleko kei, zatem cała reszta mogła dokładnie zobaczyć jak się zachować w momencie wywrotki jachtu. I dobrze, że możemy poćwiczyć na małej, odkrytopokładowej łódce.


Manewrowa załoga Żyszkosia, od lewej: Magda (sternik), Natalia, Krzysiek, Marta, Ania. Chyba najbardziej szalona załoga I obozu - Strzyboga - Marcin, Kuba, Lidka i Kuba. Turystka z Agnieszką gdzies się schowały. Tu już prawie w komplecie :-) Kuba, siadaj!!! A to ja - Adam Żyszkowski - udaję zeszły rok :-) A to moja załoga: Nela, Zocha (przyszła pani sternik :-)), Janek i odwrócona Ola.

   Egzamin już coraz bliżej, z Rynu popłynęliśmy do Popielna, manewrując po drodze. A, zrobiliśmy też bitwę morską, która rozładowała napięte nerwy u kilku osób. W Popielnie - wycieczka "na małpy", czyli zwiedzanie stacji doświadczalnej PAN. Ostatnie klasówki, ostatni wykład. Po drodze do Popielna zahaczyliśmy o Mikołajki - kartki do domu trzeba wysłać, wydać ostatnie kieszonkowe, pójść na frytki, co niektórzy na rybę... Ja - zawsze na smażone sielawki. Pycha rybki.

   Stamtąd już krótki skok do Starych Sadów. Tam - ostatnie manewrowanie przed egzaminem, nerwy, stresy i dla tych, którzy chcą zdawać i dla nas - tych, którzy uczyli. Czyli tradycja. Nie wszyscy zdali, ktoś poległ na węzełkach, ktoś na teorii, ktoś na manewrówce :-( Cóż, tak bywa, chciałbym, żeby zdawali wszyscy, robimy wszystko, co w naszej mocy, ale niektórym po prostu nie chce się uczyć, innych zjadają nerwy :-( Szkoda, ale trudno, nie możemy być fabryką patentów. Nie o to chodzi, zresztą pisałem o tym w relacjach z poprzednich sezonów.

   Jakoś pod górę z tę tegoroczną relacją, już wszystko miało być dawno gotowe, i pojawić się jednocześnie z przebudowaną stroną... Niestety to drugie idzie dość wolno, zatem relacja pojawi się jeszcze na starej wersji strony.


Kadra też potrafi klarować jacht!!! Płyniemy przez kanały, Zocha za sterem, siedzą Ola i Nela. Wyprzedziliśmy Żyszkolę holującą Krewetkę Strzyboga z Żyszkosiem na holu. W Dal już z przodu, a za nami dwa hole.

   W niedzielę obóz się skończył, dzieci wyjechały. Chwila przerwy, odpoczynku, odsapnięcia, nie ciągłego oglądania się na keję, na jachty, na dzieci. Chwila na wyspanie się, na nie-pływanie. Tego dnia przyjechała nowa kadra, czyli Grzesiek i Ania. Aga i Magda pojechały do domu. Przyjechał prowiant na następny obóz, wszystko trzeba było zasztauować na łódkach. Pogadać, poznać, pograć i pośpiewać coś mniej cenzuralnego, wreszcie można trochę napić się piwa, naszykować się psychicznie na przyjazd dzieci.

   Poniedziałek, 11 lipca. Od rana zaczynają przyjeżdżać dzieciaki, znowu pojawiają się znajome twarze, te zeszłoroczne i te sprzed dwóch lat. Ja jak zwykle - żołądek w gardle, stres i tak do wypłynięcia. Wreszcie wszyscy są, podział załóg i na jachty. I mała przesiadka - Marcin przesiada się na "Strzybogę", Grzesiek wsiada na "Krewetkę". Powód banalny - na "Krewetce" maszt kładzie się i podnosi dość ciężko, musi to robić duży facet - sternik, a Grzesiek będzie rządził "Krewetką" do końca trzeciego obozu. Uniknie więc tak nie lubianej przez sterników przeprowadzki z jachtu na jacht. Płyniemy. Rozwiało się całkiem ładnie, będziemy płynąć na żaglach. Tymczasem nasza kotwica, jak to w Starych Sadach bywa , złapała tak bardzo mocno, że we trzech nie mogliśmy jej wyrwać. W końcu wyluzowałem linę kotwiczną do końca, uruchomiłem silnik, dałem całą naprzód i... udało się wyrwać żelastwo. Popłynęliśmy pełnym wiatrem na biwak w zatoce Skanał.

   Po drodze nagłe oprzytomnienie. Woda. Nie zabraliśmy wody pitnej :-) ot, taka mała przygoda. Na szczęście któraś z naszych łódek była w pobliżu, zabrałem od nich duży, 20 - litrowy baniak i popłynęliśmy z powrotem do Sadów. Zamiast wody na pokładzie miałem Alzheimera ;-) Trudno. Na szczęście nie było bardzo daleko, zatankowaliśmy się i popłynęliśmy na biwak. Tam - jak zawsze na początku obozu. Ognisko, pieczona kiełbaska, poznawanie się, poznawanie łódek, jakaś zabawa integracyjna, mała pogadanka na temat co wolno, czego nie wolno. A generalnie spokój i "nicnierobienie".


Obóz w kanałach - tu na jeziorze Kotek Wielki, koło Zielonego Gaju. Ryn i przewrócona 420-tka. Nela próbuje ją postawić. Popielno. Wycieczka do Stacji Doświadczalnej PAN. Popielno, Stacja PAN. I takie zwięrzątka są tam hodowane. Łania. Jeleń - byk, z jeszcze niewykształconym porożem w scypule.

   Ze Skanału do Rynu. W Rynie, korzystając z bardzo upalnej pogody, poszliśmy niemalże całym obozem (zostały chyba tylko dwie osoby do pilnowania łódek) na miejskie kąpielisko nad jeziorem Ołów. I już wiem, że będziemy tam chodzić co roku, dobre warunki do kąpieli i niesamowicie czysta i przejrzysta woda. I druga atrakcja, która mam nadzieję, że wejdzie w tradycję - 420-tka i wywrotki. I znowu nie było wiatru i znowu nie było okazji do popływania w ślizgu, i znowu trzeba było wywalać łódkę "na siłę". Ale i tak wszyscy mieli okazję do zobaczenia co i jak po wywrotce.

   A pogoda? - przez pierwsze trzy tygodnie naszego pobytu na Mazurach, a więc przez cały pierwszy obóz i pół drugiego było więcej niż rewelacyjnie. Słoneczko grzało niemiłosiernie, chyba najczęściej narzekaliśmy na brak wiatru. Naprawdę zimno zrobiło się w pierwszej połowie sierpnia - temperatura spadła poniżej 10 stopni, ale o tym napiszę później. Wszyscy byli mocno opaleni i toczyliśmy ciągłą walkę o to, żeby dzieci chodziły ciągle w czapkach. Zdarzało się, że z powodu słońca mieliśmy na głowach czapki nawet podczas posiłków. Kogoś chyba raz przegrzało, miał książkowe objawy udaru słonecznego, książkowo tez ozdrowiał. Bywa i tak, najważniejsze w takiej sytuacji nie panikować. Cień, picie i spać. Kilka, kilkanaście godzin takiej kuracji i człowiek jak nowy :-)

   Z Rynu popłynęliśmy do Popielna, zahaczając o Mikołajki. Tu oczywiście chwila "wolnego", wszyscy wychodzą do miasta w obozowych koszulkach. Powód banalny - pomijając kwestie reklamowe, które akurat tu są najmniej ważne, to łatwo nam zauważać nasze dzieci - gdzie są i co robią. Ja zazwyczaj chodzę ubrany jakoś inaczej - po to, żeby nie rzucać się w oczy... Ot, takie "zasadzki".


Stare Sady, końcówka obozu. Stoją od lewej i od góry: Michał (w szarej koszulce), Marcin, Ania, Ania, Magda, Natalia, Natalia, Magda. Niżej: Michał, Janek, nad nim Marta, Grześ, Krzysiek, Maciek, Nela, Zocha, Kuba, Ola. Siedzą od lewej: Magda, Agnieszka, Marcin, pod nim Adam, Lidka, Agnieszka, Ola i Kuba. Balon nad Starymi Sadami, Dzień Świstaka :-) Drugi obóz, pierwszy biwak w zatoce Skanał na Tałtach. Sterniczka Ania, po lewej sternik Fabisz i Róża, po prawej Kuba. Michał i Bartek. Pierwsze ognisko na drugim obozie. Integracja postępuje, jakaś gra, a ja łażę z ciasteczkami - nagrodami.

   Po wyjściu z Mikołajek postanowiliśmy popływać na wstecznym. Wiała piękna dwójka, w plecy, więc odwróciliśmy jachty dziobami do wiatru, wypchnęliśmy groty na wiatr, daleko, do want, chwila zawahania... i łódki popłynęły. Tylko miałem, i do tej pory mam problem: fordewindem? Baksztagiem? Czy czym? Jak nazwać ten kurs względem wiatru?

   W Popielnie wycieczka do Stacji Doświadczalnej PAN, obejrzeć koniki, przy okazji Diana się dowiedziała, że z tych koni jest zrobiona nasza, obozowa kiełbasa :-) Diana kocha konie, jeździ całkiem sporo i przy każdym posiłku pytała się o rodzaj mięsa... Jakżeż można było odpowiedzieć inaczej? Wszystko było "z konia, przecież Ty je tak lubisz" :-)

   Popielno za nami, atakujemy Kozin. W kanałach zabieramy na hol obóz Andrzeja Orłowa - padły im silniki. Za kanałami mieliśmy stawiać żagle, popłynąć z wiatrem, ale za nami było widać wielką, czarną chmurę... trudno, nie pożeglujemy, tak będzie bezpieczniej. Oczywiście się okazało, że z wielkiej chmury mały deszcz, ale ja dużo bardziej wolę takie bezpieczniejsze rozwiązania.


Maciek i jego drugi dzień na żaglówce. Krzyś Czech, który pływał z nami dwa lata temu i był o dwie głowy niższy :-) Lidka, która została z nami na drugi obóz :-) Ryn i kolejna seria wywrotek na 420-ce. Tym razem leżą Fabisz (etatowy wywalacz 420-ki) i Zocha. Część załogi Żyszkosia: Karolina, Ania (sternik), Szymon i Adam.

   Robimy tu też mecz siatkówki z obozem "Horn'a", niestety dla nas przegrany :-( Walka była zacięta, ale cóż, oni - wielkie chłopy, wszystko studenci, a my? Nas troje robiło za jednego zawodnika z ich drużyny. Wygrali, ich kapitan dostał "wdalową" koszulkę.

   Ciągle się pojawiają w opisach te same porty. Może się wydawać, że mamy jedną trasę. Akwen Wielkich Jezior Mazurskich jest dość duży, ale całość można spokojnie opłynąć w ciągu 10 dniowego urlopu. Na obozie jednak w każdym w odwiedzanych portów stoimy dzień, może dwa, w skrajnych przypadkach (np. załamanie pogody) trzy dni. Dla mnie, czy dla kogoś, kto pływa, przez 3 obozy może się to wydawać nudne, ale wydaje mi się, że w ciągu 16 dni, bo tyle trwa obóz, nie ma się kiedy znudzić. Poza tym mamy ulubione, pewne, sprawdzone, bezpieczne, miejsca. Miejsca, gdzie pływając obozem spokojnie możemy się zatrzymać. Natomiast na pewno nie zdecyduję się na nocleg w miejscu którego nie znam. W tym roku udało mi się, na przykład, opłynąć jezioro Dobskie i już wiem, że popłyniemy tam w przyszłym roku. Piękne biwaki, w sumie rzadkość na jeziorach północnych aż korcą aby je odwiedzić.

   W Kozinie Andrzej robi wykład z meteorologii dla dwóch obozów, kadra ma chwilę odpoczynku. Na wykłady chodzą wszyscy, nawet żeglarze. Na pewno im to nie zaszkodzi. Przy wydawaniu obiadu ciekawe zdarzenie. Róża schyliła się nad garnkiem, w którym był sos obiadowy i na jej plecy weszła jaszczurka. Nie przestraszyły się nawzajem, jaszczurka przez kilka chwil zaglądała do gara wyraźnie sprawdzając co mamy na obiad :-) Wszyscy zamarli, ja poleciałem po aparat i udało się - są zdjęcia, całkiem niezłe.


Żyszkoś od rufy, macha Piotrek vel Kula. Lidka, a na wstecznym płynie Strzyboga. Krewetka na holu. Jezioro Szymoneckie, holujemy zaprzyjaźniony obóz. Ciągle w holu, Lidka dostała, jak widać, głupawki. :-)

   Z Kozina do COS-u, gdzie robimy sprawdzian pływacki. Zajęcia te powinny odbyć się duuużo wcześniej ale w COS-ie są najlepsze ku temu warunki (drugie takie miejsce to WDW Węgorzewo, ale ten port jest jeszcze dalej na północy).

   Dalej - Sztynort. Tu pamiętam, że załoga złożona z żeglarzy - Lidka, Piotrek i Karol - dostaje zadanie, bardzo proste do realizacji. Overholung. Idealne warunki, dużo miejsca, cuma na kei, cuma na boi, wiatr odpychający. Żeglarze "zabrali" się do roboty, niestety nie używając głowy do tego celu. Efekt był taki, że oddali cumy i wylądowali na kei na przeciwko. Wstyd. Ja machnąłem ręką, nie było niebezpiecznie, niech się martwią, dostali zadanie do wykonania i tyle. Pozostałe dzieci tarzały się ze śmiechu, a Grześkowi, instruktorowi, po kilkunastu minutach puściły nerwy. Poszedł i zrobił porządek z łódką. W końcu to on dowodził "Krewetką" na tym obozie.

   W Sztynorcie robimy manewrówkę na tamtejszym jeziorze, bardzo dobre warunki do uczenia się zwrotów, odpadania, ostrzenia itd. Jednym wychodzi lepiej, innym gorzej, a my typujemy już tych, którzy popłyną w kadrze za rok, może za dwa :-).


Holujemy się do Kozina, a w tle chmura, która potwierdziła teorię, że z dużej chmury mały deszcz. :-) Załoga W Dal też czasmi musi coś ugotować. Od lewej: Krzyś (tyłem), Maciek, Michał, Lidka, a Antek pewnie został po coś wysłany... Jaszczurka, która przyszła sprawdzić co będziemy jedli na obiad. Siedzi na ramieniu Róży. Jaszczurka jeszcze raz. Ładna, prawda? Zajęcia z ratownictwa na kąpielisku w COS-ie. Każdy musi, między innymi, wskoczyć do wody w kamizelce.

   Ze Sztynortu skok do WDW Węgorzewo. Dopłynęliśmy i niestety siadła pogoda. Na dwa dni. Nie ruszyliśmy się stamtąd przez dwa dni. Pierwszego dnia zaczęło się rozwiewać, wieczorem było zdrowo ponad 6B. Przypuszczam, że 7, może w porywach 8B. Ile dokładnie - nie wiem, nie mieliśmy wiatromierza, a w nocy zawsze wiatr wydaje się silniejszy. Wieczorem okazało się, że musimy poprzestawiać jachty - dmuchało z południa, keja na brzegu północnym, zatem nawietrznym, dużo wody przed nami, fala była dość wysoka. Jachtami szarpało, zaczęły urywać się cumy. Kadra wzięła się do roboty, do pomocy mieliśmy jednego, czy dwóch najlepszych żeglarzy. Dwie godziny walczyliśmy, zaraz na początku musiałem wejść na jeden z jachtów robiąc długi krok. Stanąłem na brzegu achterklapy, stopa mi się podwinęła, jęknąłem, za chwilę zwinąłem się z bólu, ale przeszło, dalej do roboty. Wieczorem, jak już skończyliśmy całą akcję i wszedłem na "W DAL" żeby się położyć to nie byłem w stanie zdjąć kalosza. Noga w kostce spuchła, but zdejmowaliśmy we dwóch. Zszedł :-). Nóżka była skręcona jak malowanie, następnego dnia najpierw poszedłem do doktora z Mazurskiego WOPR, potem pojechałem do Węgorzewa na prześwietlenie. Na szczęście obeszło się bez gipsu. Ola w tym samym czasie nadwyrężyła sobie któryś z mięśni ręki i prawa ręka poszła na temblak. Nie ma to jak zdrowa kadra.

   Tego wieczoru zdarzyło się jeszcze coś. Otóż przyszedł do nas człowiek z innego jachtu, powiedział, że ma trójkę dzieci na pokładzie, boi się i nie wie co zrobić i poprosił, żeby pomóc mu przestawić jacht. Pomogliśmy. Nie chodzi tu o to jacy to jesteśmy "genialni", lecz o to, że facet nie wstydził się powiedzieć "nie wiem, pomóżcie". Zachowanie takie jest niewiarygodnie rzadko spotykane, to mniej więcej tak jak z kierowcami - każdy jest mistrzem kierownicy. Brawo dla tego pana. I naszym dzieciom staramy się zawsze wpoić, że to nie wstyd powiedzieć "nie wiem".


Sternicy - Marcin i Grzesiek. Ratownictwo trwa. Diana w locie. Szymon sprawdza jak komuś wyszedł węzeł ratowniczy na sobie w wodzie. Grzesiek naciąga wanty na Krewetce. W Dal na Kisajnie.

   Z WDW skok do COS-u, na nocleg i następnego dnia na jezioro Tajty, do portu Marina Bełbot Yacht Charter. Ania, pani sternik, musiała wyjechać od nas 24 lipca. Powód wcześniejszego wyjazdu był banalny - egzamin na uczelni. Zawsze się wydaje, że sesja letnia kończy się najdalej na początku lipca, ale na owej uczelni było jakieś zamieszanie z egzaminami, i efekt wiadomy. Najważniejsze, że ów egzamin Ania zdała na 5.

   W tym porcie obóz się kończył, tam tez odbyły się ostatnie manewrówki i egzamin. I znowu ktoś w ostatniej chwili rezygnuje z podchodzenia do egzaminu. Zawsze cenię takie odważne decyzje, kiedy ktoś rezygnuje twierdząc, że nie potrafi wystarczająco dużo i nawet jak zda, to będzie miał świadomość, że nie zasłużył na patent. A egzamin? Ktoś pada na bosmance, ktoś na teorii, ktoś na praktycznym. Mnie zawsze najbardziej bolą porażki na egzaminie praktycznym. Teorii wystarczy się nauczyć, węzełki wyćwiczyć, a praktyczny... Zawsze mam pretensje do siebie, że komuś poświęciłem za mało czasu, z kimś można było zrobić, doszlifować jeszcze jakiś manewr, źle wytłumaczyłem... Cóż, egzamin jest poważny i takie rozmyślania nie mają tu miejsca, zresztą, nie ja egzaminuję naszych obozowiczów. I gratulacje dla Antka - najmłodszy ze zdających, z dwóch obozów. Najlepiej zdał tak teorię, jak i praktyczny. Też z dwóch obozów. A co weszło do "nowej świeckiej tradycji" to już tylko my wiemy, prawda Antek?

   A na koniec - rozdanie dyplomów, ocieranie łez smutku po "umoczonym" egzaminie, ocieranie łez radości po zdanym... I ostatniego dnia największy "sajgon", czyli klarowanie jachtów. Mycie i trzepanie wszystkiego. I na sam koniec klaru, kiedy łódki były już sprzątnięte, rzeczy wyniesione pod daszki przyszła wielka, czarna chmura i... z nieba wylała się woda. Wszystko było pozalewane, ciuchy, plecaki poprzemakały, dokumenty zamokły, zalało jakiś telefon (Lidka - Twój chyba, prawda?). A schody w porcie popłynęły do jeziora. Ulewa była niesamowita, popadało przez godzinę, potem wylazło słońce i było OK. I całe szczęście, że ta przygoda z deszczem była na koniec, a nie na początku obozu... Bo tym razem wszystkie ciuchy kwalifikowały się do prania, a to, że były mokre? Żadna różnica.


Sztynort - Krewetka robiąc overholung za pomoca patentowanej załogi wylądowała na kei obok... Robimy śniadanie w WDW Węgorzewo. Lidka, Krzyś, Michał i Antek. Lidka z Antkiem. Płyniemy po Kisajnie - rozwiało się, trzeba było ubrać się w kamizelki i naszarpać z linami i sterem :-) Michał i Krzyś. W tle Żyszkola. Krewetka.

   Między II a III obozem mieliśmy trzy dni przerwy. Miały to być trzy dni odpoczynku, ja wróciłem na Mazury bardziej zmęczony niż po jednym obozie. Powód był banalny - przygody z samochodami, padło Volvo, padł Fiacior, ten drugi na dzień przed wyjazdem na obóz, wieczorem, w Łodzi, 50km od domu. Na szczęści znajomi "fiatofile" pomogli, zaciągnęli przyczepkę z prowiantem do Strzybogi, a auto zostało w Łodzi. A na Mazury zaciągnął mnie Andrzej Orłow. Dziękuję Andrzej.

   Trzeci obóz zaczęliśmy w upalną sobotę. Przyjechali wszyscy, ktoś tradycyjnie się spóźnił. W upale podział załóg, pakowanie się na łódki, taklowanie, zdenerwowani rodzice chodzący po kei... Wszystko razem, w końcu odpływamy na biwak gdzieś na Tajty. Na bardzo ciasny biwak, jak się potem okazuje. Potem COS, zajęcia z "węzełkologii", nauka ratowniczego i zajęcia z ratownictwa, połączone ze sprawdzianem pływackim.

   Wszyscy dzielnie wskakują do wody w kamizelce ratunkowej, wiążą w wodzie węzeł ratowniczy na sobie, pokazują, że umieją pływać, co nas bardzo cieszy. Jedna Misia, nasza najmłodsza i najmniejsza obozowiczka trochę się bała. Ale w końcu zdecydowała się wejść, nie musiała skakać jak wszyscy, do wody w kamizelce.


COS, przygotowanie jachtu do odejścia. Załoga W Dali szykuje się do samodzielnego położenia masztu. Maszt jedzie w dół... ... i prawie gotowe. Manewrówka przed egzaminem na Tajtach. Żyszkoś zrzuca żagle. Złapać boję, złapać boję, złapać boję, złapać boję... :-)

   Z zajęć tych zwolniony był tylko Mateusz - ten Mateusz, który wyjechał z pierwszego obozu z połamanym obojczykiem. Na szczęście udało mu się tak ustawić następne wyjazdy, że mógł do nas przyjechać.

   Przyjechała też Magda - pani sternik z pierwszego obozu. Ściągnęliśmy ją do pomocy, w związku z kontuzją Oli. Poza tym fajnie, jak jest nas więcej - możemy się zastępować.

   Na tym obozie przez kilka dni mamy "ogon" - na Omedze pływa, sama, bardzo mocno zaprzyjaźniona z nami Marysia. Zdecydowała się na samotne pływanie, pierwszy raz w swojej karierze, cała zadowolona, że miała obstawę w postaci obozu. A ja jedną łódkę do ogarnięcia więcej. I do oglądania się na nią, gdzie jest i co robi.

   Na początku popłynęliśmy na północ - Sztynort, potem na Mamry, gdzie zatrzymaliśmy się przy bunkrach nad Kanałem Mazurskim. Na szczęście pojawiło się jeszcze jedno pole biwakowe, kawałek na południe od wejścia do kanału. To pole namiotowe, które jest tuż nad kanałem jest tragiczne - drogo, tłok, brudno i bardzo niesympatyczny pan właściciel. Naprawdę nie warto się tam zatrzymywać. Zrobiliśmy wycieczkę "na bunkry", a potem Węgorzewo. W mieście krótki postój i skok do WDW. Tam zostaliśmy jedną noc, potem COS, Marysia oddała swoja Omegę i do Kozina, przy paskudnej aurze, mniej więcej takiej, jaka jest teraz za oknem.


Strzyboga ze zrzuconymi żaglami podchodzi do kei. Wieczór przed ostatnim dniem. Od lewej: Antek, Lidka, Krzyś, Maciek, Michał, Róża, Kuba, wychylony Piotrek, Asia, poniżej kawałek Adama, Karolina, Szymon, z tyłu Bartek i Tomek. :-))))))))))))) Agata czyli Gusia, Magda - Ruda i Krzysiek zastanawiają się jak to było... COS i zajęcia z węzełkologii :-) Igor, Piotrek, Dominika i Asia, która została z II na III obóz. :-)

   W Kozinie Jadźka z Krzysiem coś narozrabiali, już nie pamiętam co, i mieli wymyślić sobie karę. Za karę. I wymyślili. Chłopcy postanowili, że przy śniadaniu wszyscy sobie grzecznie usiądą, a oni będą donosili wszystkim kanapki. Ubrali się elegancko, oczywiście jak na obozowe warunki i robili za kelnerów. Śmiechu było co niemiara. A potem standardowo - klasówka, wykład i popłynęliśmy do Starych Sadów. Niedaleko, ale wiatr siadł i nie było sensu holować się dalej.

   W Sadach jak zwykle przemiło i fajnie. Po trudniejszych latach, kiedy Sady niestety podupadły wreszcie są gospodarze i widać gospodarską rękę. Naprawdę jest coraz fajniej i jednocześnie przemiło i domowo. Potrzebne są takie miejsca. Trzymam kciuki za ich plany unowocześnienia Stanicy.

   Z Sadów popłynęliśmy do Mikołajek, dwie godziny "wolnego". Standard. Zatrzymaliśmy się w "Cichej Zatoce", dobry port do takiego krótkiego postoju, lepszy od wioski bo mniejszy i spokojniejszy. Wypłynęliśmy stamtąd do Wierzby, wiało w plecy, i tak jakoś wyszło, że postawione mieliśmy tylko foki sztormowe. I był to dobry pomysł. Wychodziliśmy przy 2B, jak dochodziliśmy do Wierzby do wiało dobre 6B. Wieczorem zaczęło padać.


Zajęcia z ratownictwa, obowiązkowo na kąpielisku. Z przodu stoi Misia, nasza najmniejsza obozowiczka. Misia w wodzie. Trzecia załoga Żyszkosia w sezonie 2005 - Krzyś, Piotrek (obaj trzeci sezon z nami), Paweł, Misia, Olga, Ania - sternik. Trzecia załoga Strzybogi - Asia, Igor, Dominika, Piotrek, instruktor Agata (tyłem) i Mateusz, który ukrył się w mesie. Krewetka.

   Lało całą noc. Cały dzień. Całą noc. Do południa. Wiało dużo za dużo całą noc, dzień, noc, dzień, noc i dopiero trzeciego dnia zaczęło się powoli uspokajać. Prom w Wierzbie nie kursował - na Bełdanach fala miała około 40cm, my na szczęście staliśmy przy zawietrznym brzegu. A temperatura... rzeczywista wahała się w okolicach 10 - 12 stopni, a odczuwalna 5 - 8 stopni. Było naprawdę zimno i mokro, wszyscy mieli na sobie wszystko co mogli założyć. Robiliśmy, w miarę możliwości wykłady i klasówki, wykorzystując do tego celu wiatę, która codziennie, od godziny 12 robiła za knajpę. W końcu, jak przestało padać, poszliśmy na wycieczkę do Popielna, z Wierzby jest to 20 minut na piechotę. Wreszcie mogliśmy czymś zająć dzieci. Na szczęście one tez nie krzywdowały sobie - pierwszego dnia, kiedy non stop lało to po prostu wszyscy odsypiali zaległości. Zresztą pogoda była wybitnie śpiąca...

   Wreszcie się wypogodziło i skok z Wierzby pod śluzę. Pod śluzą zameldowaliśmy się wieczorem 11 sierpnia. O śluzowaniu nie było mowy - kolejka na 2 godziny. Stanęliśmy na biwaku przed śluzą, rano, 12 sierpnia pobudka pół godziny wcześniej, sprawnie wydane śniadanie i na spokojnie mogliśmy się prześluzować.

   Szybko popłynęliśmy do portu "Pod Dębem" zrobiliśmy dwie załogi manewrujące, z patentowanych żeglarzy zrobiliśmy wachtę kambuzową i cała naprzód z doszlifowaniem szkolenia. Egzamin był zaplanowany na 13.08.


Załoga Strzybogi jeszcze raz: Igor, Mateusz (który musiał wyjechać z I obozu ale udało mu się wrócić do nas na trzeci :-)), Asia, Agata. Zmieniamy foki na Mamrach. Wycieczka na bunkry w Mamerkach nad Mamrami. Kawałek Jadźki, Igor, Tomek, Wojtek, Mateusz. Bunkier zdobyty, idziemy do następnego. Załoga Strzybogi szukuje śniadanie na biwaku nad Mamrami.

   Wiatr, który całkiem niedawno dał nam popalić był z dnia na dzień coraz słabszy. W dzień egzaminu postanowił nie wiać. Zrobiliśmy teoretyczny, węzełki poszły 12-go wieczorem. Po teoretycznym na wodę. I co? I nic. Po 30 minutach walki zadzwoniłem do Andrzeja, przewodniczącego komisji, że spływamy, szkoda czasu, to nie ma sensu. I zaczęło się czekanie na wiatr, nerwy. Ja łaziłem po porcie naładowany, gotów do eksplozji, zły jak osa. Zestresowani zdający - jeszcze bardziej. Wreszcie wieczorem powiało i udało się przeprowadzić egzamin. W międzyczasie, czekając na wiatr, powiedzieliśmy sobie kilka słów na temat zakończenia obozu, rozdaliśmy dyplomy... a potem, 14 sierpnia. THE END. Klar, dzieci pojechały, cisza i spokój. Miałem w planie dzień totalnego lenistwa, moja następna załoga miała przyjechać dopiero 16 sierpnia. I ten plan zrealizowałem bardzo dokładnie.

   A potem - 10 dni pływania półprywatnego, potem powrót do domu - niestety byłem pilnie potrzebny, zatem sezon skończył się dość wcześnie. Na początku września pojechaliśmy na Mazury, "W DAL" i "Żyszkola" trafiły do hangaru, "Strzyboga" i "Żyszkoś" są w Strzybodze, czekają na wiosenne remonty.

   Wybierałem się jesienią na kurs instruktorski, zabrakło mi determinacji, chyba nastąpił przesyt, nie pojechałem. Pojadę na wiosnę. Na pewno.

   I tyle - do zobaczenia latem, a do przeczytania czy usłyszenia zimą, jesienią czy wiosną :-). Internet działa.


Mateusz i Piotrek, a w zasadzie jego pół... :-) ... i już cały. :-) Po lewej Ola. A Krewetka płynie z odbijaczami :-). Łukasz i Grzesiek na pokładzie. Mateusz czyli Chęciel za sterem na W Dali, wychodzimy z COS-u... ...i płyniemy do kanałów Piękna Góra i Niegocińskiego, aby dostać się na Niegocin.

   A tak naprawdę to już mnie roznosi, popłynąłbym gdzieś, zwłaszcza, że jesień w tym roku jest wyjątkowo piękna. Zimę przeznaczam na remonty łódek, właśnie dlatego "Strzyboga" i "Żyszkoś" stoją na trawniku przed domem. Zostaną odmalowane, poprawimy to i owo, przy odrobinie szczęścia dostaną nowe żagle i kabestany po podnoszenia miecza. Marzą mi się samoknagujące "Lewmary" albo "Harkeny". Wyszlifuję kadłuby, dna, miecze, łódki zapewne dostaną skrzydeł. I już nie mogę się doczekać czerwca, obozy zapewne rozpoczną się 24 czerwca przyszłego roku. Czekam na te uśmiechnięte twarze, na powitania, wspólne, kolejne pływanie, śpiewy, ogniska. Kto wie, może będzie nas więcej? Sześć, góra siedem jachtów. Na pewno nie więcej. Bo jak nas będzie za dużo to nie będzie tak fajnie i sympatycznie.

DO ZOBACZYSKA!!!


Żyszkoś na Niegocinie. A w załodze: Misia, Olga, Krzyś, Jadźka, Ania i Paweł. A to ja :-) Cały obóz w Kozinie, wśród nas Marysia (w brązowej bluzie), która pływała samotnie czerwoną Omegą - tu dobiła do nas już bez łódki, towarzysko. I blondyn Łukasz, który od dzieci dostał przezwisko Murzyn, z twarzą usmarowaną na czarno :-) Sternik Ania. Tuz przed śniadaniem w Kozinie, gdzie...

   A jeżeli coś było nie tak, ktoś sobie coś inaczej wyobrażał, czegos brakowało, czegoś było za mało, za dużo... - proszę, napiszcie mi o tym. Na pewno wiele jeszcze można poprawić, taka krytyka jest mile widziana :-)

Strzyboga, listopad 2005

powrót do głównej



...Jadźka z Krzysiem, za karę, robili za kelnerów :-) Wychodzimy z Mikołajek, na sztormowych fokach, tylko, co sie chwilę później okazało, że na szczęście. Dwa zimne dni w Wierzbie - jakaś klasówka, a jak było zimno widać po ubraniach na dzieciach... ... i sternikach... ... a jak było zimno widac na prognozie pogody, przygotowanej przez ICM...

... i po mnie. Oprócz tego wściekłość na nicnierobienie... Podejście do śluzy Guzianka. Załoga Strzybogi w porcie Pod Dębem w Rucianem-Nidzie. Asia, Igor, Agata (sternik), Piotrek, niżej Dominika i Mateusz. I cały obóz: stoją od lewej: Magda, Olga, Igor, Ruda, Piotrek, Jadźka, Piotrek, Krzyś, Michał (który dojechał na sam egzamin), za nim schowana Gusia, dalej Wojtek, Olga, Dominika, Daniel, Asia, Krzysiek, Patryk. Siedzą od lewej: Mateusz, Ania, o nią oparta Misia, Chęciel, Tomek, Paweł, Ola, Agata, nad Agatą Adam i Marysia :-). A to zdjęcie pozostawię bez komentarza...

... o, to juz lepsze ;-) Korzystając z braku wiatru i przerwy w egzaminie robimy zakończenie obozu... ... rozdając dyplomy i sciskając sobie ręce :-) A to zakończenie sezonu, wyjątkowo wcześnie tym razem i Strzyboga w locie na przyczepę... Strzyboga w Strzybodze :-)