Świat Oczami KaWuŻeta - lato 2004.


Motto sezonu: "Adam, ty stanowczo za dużo widzisz!" (Marek Żelichowski)


   Nad Kisajnem wisiała wielka ciemna chmura. Szymek Bełbot machnąwszy ręką powiedział "e, spokojnie, macie czas". Spojrzeliśmy na samochód, wyładowany po dach, i pełną przyczepkę, na szczycie której piętrzyła się wielka góra nowiutkich kamizelek ratunkowych. Mamy czas??? Wzięliśmy się do pracy. Silniki, akumulatory, sterta jedzenia dla pierwszego obozu, nasze ciuchy, koszulki i cała masa różnych innych drobiazgów. Trzeba było podzielić rozmiarami kamizelki, żeby jakoś równo były rozłożone po łódkach, to samo zrobić z koszulkami obozowymi. Ustalić, które jedzenie pływa u kogo. I zapakować to wszystko do bakist - tak, żeby balast był równo rozłożony i żeby zostało miejsce na rzeczy naszych dzieci.


Przygotowania do pierwszego obozu- Piotrek zaraz pójdzie po wodę. Mesa Strzybogi - Basia, Diana, kawałek Patryka i tyłem ich sternik, Karolina Kanar. Karolina i Patryk na Strzybodze, w tle Diana. Piotrek wystaje z mesy Żyszkosia. W środku widać instruktora Michała. Załoga Strzybogi nie zna jeszcze węzełków- grot na kokardki!

   Zdążyliśmy. Przyjechała Karolinka, trzecia "pani instruktor". Otaklowała sobie okręt- wsiadała na "Strzybogę" - i zaczęło padać. I tak już zostało przez kolejne dwa tygodnie...

   ...tym razem siedzę w Warszawie i walczę z magisterką. Kot mruczy śpiąc na monitorze, tam gdzie jej miejsce, a ja myślami wracam na Mazury. Znowu jedno pasmo zlewających się wspomnień. Jak je pooddzielać?? Spróbuję. Ale chronologia poszczególnych wydarzeń może zostać nieco zachwiana. Adam opisał obozy dość dokładnie, z trasą i wszystkim. Włączę zatem klasyczne "po prostu wspomnienia", kilka anegdot, luźnych wydarzeń...


Powiało... zarefowana Żyszkola i jej pierwsza tegoroczna załoga, jez. Kisajno. Żyszkola na Kisajnie. Płyniemy do Sztynortu po spóźniającą się na obóz Anię. Żagle w dół i wciągamy do Sztynortu Żyszkosia i Strzybogę. Ania przyjechała na obóz. Ciekawe czy na koniec będzie tak samo uśmiechnięta... :-) I znowu mój okręt w całej okazałości.

   Jak już wiecie, a dzieci pamiętają, w tym roku ruszyliśmy czterema NASZYMI żaglówkami. Wsiadłam oczywiście na "Żyszkolę". Adam zajął okręt flagowy, czyli "W dal". To były nasze domy przez półtora miesiąca. Na początku na "Strzybogę" wsiadła Karolina, nasza stara przyjaciółka, a na "Żyszkosia"- Michał, najmłodszy ze sterników, na początku nieco niepewny. Nie znał nas zbyt dobrze - a między naszą trójką widać na pierwszy rzut oka lata znajomości... Ale integracja nastąpiła szybko i skutecznie.

   Dzieci przyjechały, podzieliliśmy załogi - obóz ruszył. Chyba w deszczu, nie jestem pewna. Wiem jedno: gdybyśmy mieli wtedy mniej fajną grupę dzieci i mniej zaangażowaną kadrę, obóz byłby strasznie trudny zarówno dla nas, jak i dla dzieci. Pogoda nas nie rozpieszczała. Co z tego, że było na czym pływać, bo wiało ładnie, skoro bez przerwy budziły nas uderzające o kadłub krople deszczu, skoro kalosze przyrosły do stóp, a człowiek wychodząc z jachtu odruchowo ubierał się w sztormiak...


Załoga Michała robi obiad w WDW na Święcajtach. Będzie Czarnobylka! Przygląda im się Karolina, Michał kroi kapustę a Zocha pewnie cebulę. Michał miesza, Zocha patrzy - ma zadatki dziewczyna na instruktora... :-) Michałem bierze zamach na Zochę naszą łyżką do mieszania i rzucania szyszkami. WDW Węgorzewo. Karola w WDW robi wykład z ratownictwa. Ależ ją Adam wtedy wystraszył! Nasz pierwszy obóz na wykładzie. Słychać stukot deszczu o namiot...

   W WDW na Święcajtach zostajemy na dwa dni. Stał tam taki fajny namiot wojskowy ze stolikami w środku, gdzie można było wygodnie prowadzić wykłady. W przerwie Karolina zarządziła grę w chowanego. Prym wiedzie Adam. Najpierw schował się do parasola, który stał złożony przed barem czekając na więcej słońca. Karola Adama wypatrzyła, bo parasol cały podskakiwał - Adam pod spodem nie wytrzymywał ze śmiechu. Potem mój dorosły i poważny brat ubrał się w moją kurtkę i moją czapkę i usiadł jakby nigdy nic przy stole. A najlepszym jego pomysłem było schowanie się na pomoście. Chodził sobie z rękami w kieszeniach, podziwiał krajobrazy, przyglądał się szukającemu. Kryjówka okazała się w 100% skuteczna. A ile było śmiechu!

   Dopływa do nas przyjaciółka, Sqrcia, żeglująca z bratem i p.o. bratową. Pływają za nami przez kilka dni, Chudy, czyli brat Sqrci, robi nam wykład z pierwszej pomocy i ratownictwa. Mamy fart. Oni też, bo załapują się na posiłki. Któregoś dnia wiozą nam zostawiony w porcie garnek z kakao. Zapominalska załoga "Żyszkosia" układa przedstawienie w podziękowaniu.

   Na Kokoszce spotykamy się z Kliwrem. Instalujemy wspólne ognisko. Prym wiedzie Maciek, Kliwrowy instruktor o wiele mówiącym przydomku "Lokomotywa". Szanty, szanty, szanty. A potem cisza nocna i mała zmiana repertuaru. Świt mówi nam, że chyba czas i dla nas do koi. Umawiamy się na następny dzień w Skanale. Blisko, ale pomanewrujemy trochę. Robimy pierwszą w tym roku próbę pływania w szyku torowym. Jesteśmy zachwyceni, łódki pływają bardzo podobnie, "W dal" z "Żyszkolą" idealnie równo kręcą kółka. Cztery niebieskie łódki pływające synchronicznie - miły widok.


I widać też jak ciepło było... Od lewej siedzą: Agnieszka, Michał, Bartek, Basia, ktoś tyłem i Piotrek. Karolina i Piotrek - fantom. Ola i Michał wbrew wszystkiemu kupują sobie lody. Tym razem gotuje załoga Żyszkoli. Ania i Nela. W czasie deszczu dzieci się nudzą, to ogólnie znana rzecz... Umalowany Piotrek o otoczeniu dziewczyn: Basia z Dianą, Ola i Karolina.

   W Skanale dzieci wyczaiły blisko pole pełne poziomek, zabrały kubeczki i znoszą tony słodkiego przysmaku. Mateusz chciał schować sobie swoją porcję przed resztą załogi. Gęsi owies dał do pilnowania, bo ukrył je w koi swojego sternika a mojego brata. Adam przekonany, że to prezent od jego załogantek, pożarł poziomki i nawet się z nami podzielił. A potem leciał zbierać Mateuszowi nowe.

   Skanał był w ogóle fajny. Dorwaliśmy się z Adamem do naszych łyżek do mieszania makaronu, one mają prawie po metr długości, i zaczęliśmy sprawdzać jak daleko poleci wystrzelona za pomocą takiej łyżki szyszka. I jak celnie. Celem była mesa Karoliny. Jej załoga nie dała się długo namawiać na zabawę. Najlepsze było to, że cała gra odbywała się w kompletnej ciszy.

   A potem znowu ognisko z Kliwrem. Marcin, ich KWŻ, przysypia oparty na moim ramieniu. W którymś momencie słyszę jego "a może byśmy tak zwrot przez sztag zrobili"? Usnął na amen. Chyba czas do koi.


I wypływamy z WDW... Święcajty i... no proszę, nie pada! Basia i Diana. Bartek i Marek. Basia i Diana w charakterze papug dziobowych. Tylko trochę za zimno na bikini.

   W Sztynorcie na koncercie Jurka Porębskiego spotykamy Halinę. Ją i jej męża poznaliśmy w Skanale w ubiegłym roku. W tym roku zdzwaniamy się również i spotykamy się na ognisku na Zimnym Kącie. Miłe jest to spotkanie, pełne ciepła i nieukrywanej radości. Łapiemy za gitary i wita nas świt. Niesamowita noc - pamiętam mocno zamglone jezioro na tle sterczących masztów, a nad tym wszystkim wiszący księżyc w pełni. Na każdym obrazie uznałabym to za kicz pierwszej klasy. Ech, Mazury i poczucie estetyki Matki Natury...

   W połowie obozu- zmiana w składzie kadry. Karolina musiała wracać do Warszawy, wiedzieliśmy o tym od początku. Na jej miejsce przyjeżdża Agatka Kendracka - ta, co z nami w zeszłym roku zrobiła sobie mały urlop. Ma przygotowany dobry grunt: mocno podszkoloną załogę, której opowiedzieliśmy, jakie to Agata ma ogromne wymagania i jak się szybko złości. Była nieco zdziwiona stadkiem aniołków, jakie powitały ją na jachcie. I o to chodziło.


Z koszulką na głowie Patryk, nieprzepisowo po burcie wędruje Bartek. Pierwsza załoga Strzybogi. Zarefowany Żyszkoś, chyba Kisajno. Mamy nadzieję zdążyć przed burzą na Zimny Kąt. Kisajno. Zaraz będzie grot dół! i spadną wszystkie naraz.

   Obóz jest mocno twórczy, prym wiodą załogantki Adama, najstarsze dziewczynki na obozie. Układają piosenki, wykonują tańce słońca wokół ogniska celem przerwania złej pogodowej passy, wymyślają układy taneczne zapraszające na śniadanie. Tak trzymać. Kilka osób zadziwiło nas swoją dzielnością, kilka przeszło zaskakującą metamorfozę - od dziecka wymagającego od nas pełnej obsługi do samodzielnego młodego człowieka. Miło popatrzeć.

   Ten obóz był dla mnie jeszcze treningiem nerwów "okołochorobowych". Zaczęło się w Sztynorcie - Karol przyszedł z wieścią, że go głowa boli. Ponieważ minął właśnie jeden z niewielu słonecznych dni, pogodnie stwierdziłam, że pewnie się przegrzał, dałam herbaty i wysłałam spać. Spał trzy godziny, więc lekko zaniepokojona dałam mu termometr. Za kilka minut zameldował 39,6. Usiadłam. Telefon do jego Mamy - bez konsultacji z rodzicami nic nie wolno mi zrobić. Mama Karola pogodnie stwierdziła, że pewnie będzie miał anginę. Wielki ukłon w stronę władz portu w Sztynorcie - za zwrot kosztów paliwa dali mi samochód z kierowcą, który zawiózł mnie z Karolem do Węgorzowa do lekarza, potem do apteki i przywiózł z powrotem do portu. Szef portu powiedział mi krótko: "Wy się tu macie czuć bezpiecznie". Czujemy się. TIGA! DZIĘKUJEMY! Karol rzeczywiście ma anginę, ale leki zaczynają działać. Wychodzi na "siusiu" i znika. Zgarniamy go z jachtu obok, grającego w karty. Ulżyło.


Lidka, Agnieszka i Zocha na Zimnym Kącie złośliwie nucą Love Story. Spotkanie z Haliną na Zimnym Kącie. Między Olą a Haliną siedzi Zocha. Mateusz i Michał przy ognisku. Tu nam ciepło, tu nam dobrze... ... i tak do świtu.

   Pogodowy aspekt też nas wiele nauczył. Na hasło "grot dół" rzucone przy Zimnym Kącie spadły wszystkie cztery, zrzucone w ciągu kilku sekund. Podejście do brzegu na Małym Jagodnym podczas rozpoczynającej się burzy wbiło mnie w dumę z załogi na kilka dni. Wielki finał - dzień, kiedy wiało... Wychodziliśmy ze Skanału przy czwórce, do Sadów była halsówka i podejście robiliśmy już przy szóstce. Zdecydowanie i mocno dopychającej. Fala była spora, wysyłając Michała na dziób do zrzucenia grota przełknęłam lekko ślinę. Na samym takielunku pędziłam do brzegu tak, że przez myśl mi przeszło marzenie "a gdyby tak nie wykonywać tego manewru?" Nie da się. Stojący na kei Andrzej Orłow ze swoją dwudziestopięciometrową liną od razu poprawił mi nastrój. Dopływamy i dzieci dostają zakaz chodzenia po pomoście. Keja w Starych Sadach jest pływająca. Fale przelatywały nad nią górą. Potworny, rozdzierający ból głowy dodatkowo informuje o skoku ciśnienia. Dzieje się. Na Tałtach widać dziesiątki jachtów uciekających w wiatrem na samych fokach. Śmiejemy się, że w Rynie będzie tłum, bo tam im się jezioro skończy. Zabieramy dzieci na spotkanie w organizacyjne - jutro egzamin...

   Egzaminujemy się wzajemnie razem ze szkołą Andrzeja. Pływam w komisji a Adamem i pilnujemy się, żeby patrzeć na to co trzeba. Na jachcie zaraz obok zdają nasze dzieci. Stres ogromny. Chcemy, żeby dobrze wypadło. Nie każdemu się udało... ale to może i dobrze. Nie każde z nich chciałabym potem spotkać na wodzie. Niektórzy po prostu uczą się wolniej.


A Ania to nosi cudze ubrania! Spotkania z Haliną i jej ekipą ciąg dalszy. Ciepłe, lipcowe wakacje. Chudy robi nam właśnie wykład z pierwszej pomocy. Nela, Zocha, Karol, Piotrek, Ola i folia NRC. Ola z Dianą przykryły Anię folią NRC. I niech jej choć raz na tym obozie ciepło będzie. Z braku wiatru trenujemy odejścia i podejścia na pagajach w Kozinie.

   Żal żegnać się z dziećmi. Ale i miło pomyśleć o tym, że czeka nas wieczór urlopu, kiedy nie będziemy się musieli niepokoić o nikogo. Dzień zwany "Dniem Świstaka" obchodzimy w Starych Sadach razem z Andrzejem i jego kadrą - oni też mają urlop. Znowu przypłynął Marcin, znowu śpiewamy. Razem z Agatką zaliczamy największą chyba głupawkę w tym sezonie. Nasz Tata przywozi zapasy na kolejny obóz. Oraz wielki kosz czereśni. Mama dzielnie nazbierała wiedząc, że sami nie zjemy, że stado sępów czyha na takie okazje.

   Obóz drugi. Zmienia się tylko jeden instruktor. Michał wyjeżdża i w jego miejsce przyjeżdża Mateusz. O Mateuszu Adam pisał w swojej relacji. Cieszę się, że Mariusz, który go zastąpił w połowie obozu, mógł przyjechać z dnia na dzień. W kwestii bezpieczeństwa naszych dzieci nie możemy iść na żadne kompromisy. Po wyjeździe Mateusza codziennie widziałam coraz więcej potwierdzeń słuszności naszej decyzji. A nie była to decyzja łatwa. Ale może przejdźmy do tych miłych rzeczy...


Strzyboga trenuje w Kozinie podejścia do kei. Odejścia też. Od rana nam powiało... Zarefowana Ola. Pierwsza załoga Żyszkoli: na lewej burcie Michał, na prawej- Ania i Piotrek, za sterem siedzi Maciek. Tak ładnie staliśmy w Skanale. Załoga Strzybogi w Starych Sadach: Patryk, Diana, Marek, Basia, Bartek i ich szefowa - Agatka.

   W przywoływaniu wspomnień z drugiego obozu pomógł mi niesłychanie Piotrek z Leszna, również zaopatrzony w stałe łącze. Mam te wspomnienia spisane na karteczce i teraz mi pomogą.

   Ale najpierw chwila przerwy. Mojemu łowcy mamutów obiad jakiś trzeba skombinować, nie ma dzieci to nie ma komu kazać... Widzicie, kochani, bo w ciągu roku to ja czasem robię coś sama i używam do tego większej ilość palców niż tylko wskazujący :-)

   Wspominam dalej... Ruszyliśmy w słoneczny, ładny dzień ze Starych Sadów, stanęliśmy w Skanale. Mokro było niemożebnie, w końcu jak inaczej mogło być po dwóch tygodniach ciągłego deszczu?


Pani Pendracka w Starych Sadach. Tak oto dobrnęliśmy do egzaminu... Stare Sady, pierwszy obóz. Agatka i Ola pilnują dzieci na egzaminie. Egzamin ustny - Maks i nasza Ania. Moja pierwsza załoga w komplecie: Nela, Michał, Maciek, Ania, Piotrek.

   Piotrek, który do mnie pisał przed chwilką o obozie, zwrócił uwagę na coś, co dla mnie jest tak oczywiste, że mi nawet do głowy nie przyszło opisywanie tego drobiazgu. Otóż, płyniemy przeloty zawsze wszyscy razem, niby nie ma znaczenia, w jakiej kolejności. Ale tak naprawdę to jest jeden wielki wyścig. Niby nie ma regat, ale ciągle wszyscy kombinują, co zrobić, żeby było szybciej. To jest atrakcyjne zwłaszcza wtedy, kiedy pływa się żaglówkami o mniej więcej tych samych własnościach, bo satysfakcja z wyprzedzania jest tym większa.

   Z tym obozem popłynęliśmy na wycieczkę do ośrodka PAN w Popielnie. Spotkało nas rozczarowanie - żubronia nie ma. Szkoda. Ale za to Popielno ugościło nas jak zawsze. Nowy, ładny budynek, widać że się port rozwija, a mamy nadzieję, że uda im się załatwić całą tę biurokrację z którą mają problemy. Żeby chociaż ten port był trochę głębszy... (A te naleśniki... paluszki lizać... - A.Ż.)


Pierwsza załoga Adama, czyli W Dal: Ania, Michał, Mateusz, Lidka, Agnieszka. Załoga Michała: Karol, Piotrek, Zocha i Michałek. Drugi obóz, pierwszy wieczór: Kasia i Paweł, rodzeństwo przy ognisku. Kasia i Mateusz upiekli sobie kiełbaskę. Integrujemy się śpiewając: Agata, Marta, Michał i Sucha, za Martą stoi Daria.

   W tym terminie w załodze Agatki pływał z nami Jadźka, zeszłoroczny żeglarz, którego wszędzie widać i wszędzie słychać. Jadźkę przyłapałam, któregoś dnia, na "używaniu wyrazów powszechnie uznanych za obraźliwe" i dostał za to dość specyficzną karę: sześćdziesiąt minut kompletnego milczenia. Bardziej dotkliwie być nie mogło i potem Jadźka szalenie się pilnował, żeby tych wyrazów nie używać... w zasięgu moich uszu :-)

   Hucznie obeszliśmy urodziny Suchej. Michał, jej chłopak, cały dzień chodził za mną prosząc, żeby mógł ją wrzucić do wody. Nie, nie, nie, już przecież rano ją Mariusz wrzucił, wystarczy... Miejsce było dobre - WDW Węgorzewo, tam jest kąpielisko, więc w miarę bezpiecznie. W końcu się zgodziłam, ale poszłam za nimi i jak Michał wziął rozmach i Kasia poleciała do wody, delikatnie dotknęłam dłonią jego pleców. Poleciał również. Oczywiście postanowił się zemścić i chwilę później pół WDW podziwiało determinację Michała i paru chłopaków oraz moje wysiłki, żeby nie dać się wrzucić do wody. Ach, ileż kończyn może mieć zagrożony instruktor... A wszystko zgodnie z zasadą: nie hańba dać się wrzucić do wody, hańba wpaść samemu! W efekcie w wodzie ląduję ja i wszyscy ci, co ze mną walczą.


Agatka w Popielnie. Wykład z ratownictwa i pierwszej pomocy w wykonaniu Chudego. Na pierwszym planie - Zuza i Miłosz, z lewej strony siedzi Daria, stoją od lewej: Piotrek, Marysia i Marynia. Sucha się chyba zmęczyła tymi ratowniczymi ćwiczeniami. Agata na manewrówce. No proszę, bez sztormiaków... Drugi obóz przyniósł miłą zmianę pogody. Żyszkola z drugą załogą.

   Odwiedziliśmy również bunkry przy Kanale Mazurskim. Każdy z kadry był tam po kilka razy, więc licytacja "kto idzie na wycieczkę" trochę trwała. Poszedł w końcu nasz naczelny "Mięśniak Sterydowy" w postaci Mariusza. Mariusz trenuje sztuki walki o różnych dziwnych nazwach złapanych przez nas wspólnym mianownikiem "karaoke". Cóż, widać było, że w ciągu roku robi to znacznie intensywniej niż w wakacje. Śmiesznie dość wyglądało, jak przy jakimś stoliku Mariusz wykonywał szereg młynków czy czegoś, a potem kończył ruch z pięścią tuż przez czyimś nosem, na co słyszał zwykle "Ależ Ty jesteś nudny..."

   W Sztynorcie trwa promocja keczupu, zrobiona mocno pod dzieci i młodzież. Nasi najstarsi chłopcy, Mikołaj i Paweł, dwójka rozrabiaków z ubiegłego sezonu, lecą startować w konkursach i przynoszą nam pięć litrów keczupu - wygrali w konkursie odbijania balonika.


Instruktor Ola jak zwykle pokazuje palcem. Na lewej burcie siedzą Piotrek, Marynia i tymczasowo Tomek, na prawej- Jurek, Ola i sterująca Sucha. Płyniemy na Seksty. Wspaniałe trio: Piotrek, dowodzący Jadźka i Paweł wzbudzili radość i zaciekawienie wszystkich na biwaku. Ognisko na półwyspie Kaczor. Od lewej: Ola, Marta, Daria i Agata. Nasze dwie naczelne Lowestory: Sucha z Michałem i Zuza z Miłoszem. W tle Ola, Daria i Agata. Nadal ognisko na półwyspie Kaczor. Sucha, Michał, Zuza, Miłosz, Mateusz, Ola i czapka Agaty.

   W WDW spotkaliśmy grupę ze Śląskiego Yacht Clubu, z którymi udało się trochę pośpiewać. Przemiło było. Zrobili ze mną wywiad na temat nazw naszych jachtów, zaczynając go od "wy powinniście to czarterować Niemcom". Okazuje się, że nazwy jednak się da zapamiętać - miesiąc później, już w czasie prywatnego pływania, spotkaliśmy się w tawernie w Węgorzewie, gdzie Tomek przedstawił mnie swojemu koledze "to jest Ola Żyszkowska z Strzybogi". I o to chodzi. :-)

   Ten obóz też odbył się trochę pod hasłem "pływający szpital". Tym razem "Strzyboga" stała się izolatką. Dziećmi zaopiekowali się lekarze pracujący dla Mazurskiego WOPR w WDW, którzy ku naszemu wzruszeniu przychodzili po kilka razy dziennie pytać, jak się czują nasi pacjenci. W związku z tym szpitalem zostaliśmy tam na manewrówce. W związku z pogodą, która również nie była najłaskawsza - raz ciepło raz zimno - informacja o tym, że ktoś ma gorączkę, katar czy inne przypadłości, robiła na mnie coraz mniejsze wrażenie. Normalka.


Pędzimy na silniku kogoś za sobą ciągnąc. Co oni robią na dziobie??? (Piotrek i Marynia) Aha, zdjęcia. Załoga Strzybogi robi obiad w Kozinie. Tyłem stoi Krzyś, przy stole Kasia i chyba Paweł. Pędzący Krzyś i Ostatni Dzień Małej Pokrywki. Co to za leczo bez kiełbasy? Dla odmiany Kozin... Krzysiek i Kasia. Jeszcze Mateuszowa załoga...

   Manewrówka na Święcajtach była dość wesoła. Adaś zabrał na jacht ekipę turystyczną, Mariusz i ja szkoliliśmy, Agata została w porcie. Adam zszedł na chwilę do mesy i zaraz usłyszał krzyk Mariusza, do którego chłopcy za blisko podpłynęli. Komentarz był taki: "spadamy do portu, pakujemy się i w nogi, bo on wróci i użyje na nas tego swojego karaoke..."

   Bardziej hermetycznie, bo wewnątrzzałogowo, wspominam Piotrka i jego "py,py,py, długo jeszcze?" na przelotach. Oczywiście cytował Shrekowego osiołka. Piotrek, najstarszy załogant na obozie, miał ciekawą zabawę, w której brałam czynny udział, ku radości reszty załogi. Otóż, zanurzony w jeziorze ciężarek rzutkowy na końcu szota świetnie nasiąka wodą i jak się go wyjmie wystarczająco energicznie, łatwo ochlapać wroga. Piękna zabawa.


Nareszcie ciepło! Ola pokazuje jak się nie robi. Za sterem Piotrek, na lewej burcie Sucha, Michał i Marynia, z mesy wystaje Jurek. Dwie lowestory na dwóch dziobach w COSie w Giżycku. Pani Kawużet w COSie robi za cel, w który się rzuca... Liną. Miłosz uczy się rzucać liną. COS Giżycko. Ola udziela instrukcji obsługi liny. Mikołaj, Marta, Tomek, Paweł.

   Szkolenie, szkolenie.. Po dwóch tygodniach intensywnego pływania- egzamin. Tym razem na Tajtach. Wiatru nie było za dużo i trochę kręcił. Znowu razem z Andrzeja obozem egzaminujemy się wzajemnie. Znowu Dzień Świstaka, czyli nasz jeden wieczór urlopu. Znowu dostawa na kolejny obóz. Tym razem w ramach niespodzianki Tata przywiózł nam torbę schabowych, o których marzymy po miesiącu obozowego jedzenia. Pycha!

   Płyniemy do Giżycka po Marcina, instruktora na trzeci obóz. Idziemy na obiad do "Groty", gdzie wita nas nasz ulubiony kelner, pamiętający, co kto jadł ostatnio. Wracamy do portu na imprezę. Mariusz w środku nocy robi Andrzejowym sternikom wykład z samoobrony. Miło popatrzeć: pięciu chłopa dostaje bęcki od jednego i są z tego powodu niesłychanie szczęśliwi. Agatka przeprowadza się na Andrzejkowego "Lika". Tym razem będzie pływać z nimi. My na trzecim obozie popłyniemy z Marcinem i Mariuszem.


Marta i Daria jedzą najdroższe chyba lody na całych Mazurach. W tle zatoka Tracz. Marynia w COSie. Tak się zwykle kończą ćwiczenia z prac bosmańskich i rzutu liną... Wiiiicher wieje... Załoga Żyszkosia, już z Mariuszem. Za sterem stoi Miłosz. Na prawej burcie Mariusz i Marysia, na lewej - Marta, Daria i Zuza. Ten sam wicher i Piotr steruje Żyszkolą. Ola czyta Samotność w sieci. Przy zejściówce Sucha z Michałem, bliżej rufy Jurek.

   Powoli zaczyna się zbliżać koniec. Czas leci na tyle szybko, że do nas nie do końca dociera, że to już ostatni obóz. Tym razem zdecydowana przewaga facetów: nie dość, że jestem jedyną dziewczyną z kadry, to jeszcze obozowiczek jest całe sześć. Ale nie narzekają. Do załogi dostaję pięciu chłopaków, będzie wesoło.

   Pamiętny dzień trzeciego obozu to przelot na resztkach wiatru z Przystani na Święcajty. W tym samym czasie obóz Andrzeja płynie ze Święcajt do Kietlic, mijamy się po drodze. Obserwując z daleka zbliżającą się grupę morsów, przygotowuję wiaderko. To jest niesamowite wrażenie, jak w pewnym momencie nad jeziorem zawiesza się pełna wyczekiwania aura bitwy morskiej. Dzwonię do Adama - nie będę krzyczeć nic o wiadrach przez całe jezioro. Zbliżamy się do siebie powoli, bo prawie nie ma wiatru. Zamykamy łódkę, wyciągamy jeszcze menażki. Pierwsze mijające się łódki to "Żyszkola" i "Dek" z Wojtkiem Stańskim na pokładzie. Woda leci w kokpity. Sygnał do walki.


Wszyscy razem na silniku. Ten etap płynęliśmy kawałkami- trochę na silniku, trochę na żaglach. Cała nasza miniflota jedno za drugim. Zbiórka na śniadanie w WDW. Załogi od lewej: Żyszkoś (Daria, Marysia, Miłosz, Zuza, Marta), Strzyboga (Krzyś, Jadźka, Kasia, Mateusz- Paweł był piąty ale wyjechał na zawody), Żyszkola (Jurek, Marynia, Kasia, Michał, Piotrek) i W DAL (Manuela, Tomek, Marta, Mikołaj, Paweł). A Sucha ma dzisiaj urodziny! Ola z Kasią, z tyłu Mariusz - Czechu i Agatka - Pani Pendracka. sto lat, sto lat...

   Przez kilkanaście minut grupa morsów pływa w kółko, słychać "W kokpit! W kokpit", "Ognia!", oraz ciekawsze hasła: "Prawy ostry!"- zameldował Sawik Mariuszowi, na co usłyszał w odpowiedzi zawzięte "Lewy tępy!". "Ola, ja nie mam sterowności", krzyczy do mnie Agatka, na co odparłam radośnie i z satysfakcją "Ale ja mam!" Stoję za sterem, nie uniknę więc wody... Kończymy bitwę i rozpływamy się każdy w swoją stronę. Na wszystkich jachtach obu obozów będzie teraz wielkie przebieranie się.

   Znowu WDW. Znowu leje, a co gorsza, żołnierze rozebrali namiot i nie mamy gdzie poprowadzić wykładu. Zarządzamy wycieczkę do Węgorzowa. Adam z Marcinem idą, Mariusz i ja zostajemy na dyżurze. Cieszymy się z decyzji - po piętnastu minutach kolejna ulewa. Dzieciaki wracają zmęczone, bo okazało się dalej niż chłopcy przypuszczali, ale szczęśliwe i o parę groszy lżejsze.


...niech żyje, żyje nam! No to może uczciwie powiedzieć, że skończyła 15 lat. Sucha wyłazi z wody. Z okazji urodzin Sucha została obrzucona kilogramem cukierków. Trwa wielkie zbieranie. Agata i Mariusz w oczekiwaniu na śniadanie. Proszę państwa, oto Miś... znaczy chciałam powiedzieć Piotrek.

   Urodziny tym razem obchodzi Marcin Kęsik. Uroczyste urodzinowe ognisko mogłoby trwać kilka dni, drewno zbierały dwa obozy: my i Kliwer, który pod dowództwem "Obiada" przypłynął złożyć Marcinowi życzenia. Ogniskiem znowu rządzi Maciek "Lokomotywa", tym razem pływający prywatnie. Jest miło. Punktualnie o północy Marcin, nazwany przez Mariusza "Admirałem Kęsem", dostaje od nas cały kilogram cukierków.

   Razem z Adamem cieszymy się z komfortu posiadania dobrej kadry. Nie musimy się martwić o stan jachtów, o bezpieczeństwo dzieci, o to czy obiad zrobią na czas czy nie. A w dodatku jest nam wesoło, mimo że już jesteśmy nieco zmęczeni.


Ostatnie ćwiczenia na Tajtach. Bartek, Kasia i Piotrek. I po egzaminie... Kasia, Mateusz, Sucha i Michał. Sucha odbiera dyplom. Ja ją ostemplowałam na czole, Czechu, jako mięśniak sterydowy, preferuje stemplować inne części ciała :-) Tomek i Marta w nerwowym oczekiwaniu na spotkanie z pagajem Czecha. Adaś życzy Marcie silnych wiatrów i stopy wody...

   Na Małym Jagodnem stajemy razem z obozem Andrzeja. Z manewrówki zgania nas burza. Po obiedzie Andrzej robi dzieciom wykład z teorii żeglowania, my licytujemy się "kto ma dłuższą kotwiczną". Wygrywam w przedbiegach, bo moja kotwica leży sobie w achterpiku. Znowu wspólne ognisko. Znowu, jak to na tym biwaku, wystawiamy nocne wachty. Siadam z Marcinem, wypada nam wachta o świcie. Zimno, ale prześlicznie, świat nabiera barw. Rozgrzewamy się dorzucając do ogniska.

   Na Nidzkim, tuż przed egzaminem, zaskakujemy nasze dzieci pływaniem pod nadzorem. Pływamy z nimi, po czym każemy się wydelegować do cumy rufowej. Cumę oddaj i - radźcie sobie, kochani! Odejście, człowiek, podejście! Moja załoga wita zaistniałą sytuację wielkim i radosnym wybuchem śmiechu. Nie każdy umie skorzystać z sytuacji, cieszą się samodzielnym żeglowaniem zamiast trenować do egzaminu. Ale przychodzi taki moment, że muszę sobie i im powiedzieć "ja już mam patent. Teraz wszystko w waszych rękach". Nie jest to łatwe, przywiązałam się do nich i denerwuję się tym egzaminem bardziej niż oni sami. Mój Antek jest najmłodszym ze zdających z obu obozów.


To już drugi taki dyplom w kolekcji Jadźki... Paweł i Miłosz chcą Adama wrzucić do wody. Załoga Czecha: na lewej burcie Marysia z Martą, na prawej - Miłosz, Zuza i Daria. Ola i Piotrek. W tle Daria. Koniec drugiego obozu. Keja u Bełbota. Od lewej: Michał, Marta, Ola, Miłosz, Piotrek, Agata, Kasia, na dole Adam i Zuza.

   W obu grupach widać ładnie efekty prowadzonych przez nas kartkówek. Mnóstwo roboty ze sprawdzaniem tego, ale kartkówki wymuszają systematyczność. I tylko na początku budzą w dzieciach bunt. Nic dziwnego- sierpień, środek wakacji, a my zawracamy głowę jakimiś wykładami i sprawdzianami z teorii... Nam nie brak inwencji twórczej: na poprawie kartkówki z locji rysuję "znak prawie kardynalny": ma dół "nie od kompletu". Okropna jestem, wiem :-)

   Egzamin. Zdumiewa nas Łukasz swoim "nie chcę nic robić byle jak, podejdę w przyszłym roku". Szanujemy te decyzje, aczkolwiek w niektórych przypadkach trochę żal.


Koniec drugiego obozu. Keja u Bełbota. Od lewej: Michał, Marta, Ola, Miłosz, Piotrek, Agata, Kasia, na dole Adam i Zuza. Trzeci obóz ruszył... Płyniemy sobie wąskim przejściem przy Upałtach. Niewielka keja przy bunkrach na jeziorze Przystań. Dopływamy. Rufa W Dali, na środku jeziora tyłem płynie Strzyboga. Po lewej stronie Żyszkoś.

   Wiatr na trzecim obozie egzaminowanych nie rozpieścił. Kręci paskudnie, nawet komisja chwilami głupieje. Bierzemy pod uwagę wszelkie odkrętki, ale egzaminowani nie do końca to wiedzą. Wiele osób ponosi porażkę właśnie z tego powodu: stres połączony z warunkami spowodował, że nie wiedzieli, co robić dalej.

   Nasz Maks na egzaminie z prac bosmańskich rozbawił wszystkie komisje dosłownie przyjmując polecenie "rzuć buchtą". Buchta, pięknie zakończona, leci ładnym łukiem i ląduje pod nogami egzaminatora. Ach, te niekonkretne polecenia... ;-)


Załoga Żyszkoli robi obiad. Łukasz zwany Piotrkiem, Ola, Łukasz i Antek. Kuba na wachcie. Obóz na wycieczce do bunkrów. Patrzcie, patrzcie, klaruję foka! Holujemy się gdzieś. Rufa Strzybogi pod żaglami.

   No i koniec. Po raz ostatni klarujemy łódki, śpiewając piosenki wymyślone przez nasze dzieci. Przyjeżdżają rodzice, cierpliwie czekają aż pociechy skończą sprzątać. Odnosimy sprzęt do hangaru. Wiele rzeczy zostaje - za trzy dni tu wracamy. Wsiadamy Tacie do samochodu i w ruszamy w drogę do domu. Oczyma duszy widzę swoje własne, szerokie, wygodne łóżko, w którym nie uderzam się w głowę siadając. Widzę wannę pełną ciepłej wody z pianą. Cieszę się, że jadę do domu.

   Zakończyliśmy sezon zmęczeni, ale z lekkimi sercami. Łódki są zdecydowanie trafioną inwestycją. Dzieci wyglądały na zadowolone, my wypatrujemy wśród nich naszej przyszłej kadry. Dostaję e-maile, dostaję sms-y i kartki z wakacji. Gadu- Gadu pęka w szwach od numerów naszych dzieci. Kontakt nawiązany. Chcą go utrzymać - i to mnie szalenie cieszy.



   Zatem, do przyszłego lata...


   I tyle napisała Ola. Jak widać liczba zdjęć odrobinę przekracza objętość tekstu, zatem część obrazków zostaje pod spodem.


powrót do głównej



No i znowu zimno... Takie pływanie lubię najbardziej. Patrzę na to zdjęcie i mi się znowu chce na Mazury. A to dopiero październik... Płyniemy pełnym wiatrem... Żyszkoś pędzi przez... chyba Kisajno. Wspólny wykład z teorii żeglowania dla dwóch obozów. Prowadzi Andrzej (widać jego plecy).

Sternik Mariusz. Sternik Marcin, czyli Admirał Kęs. Nasze Dzieci na wykładzie z teorii żeglowania. Żyszkoś i jego załoga podchodzą do Śluzy Guzianka. Żyszkola i Strzyboga czekają na śluzowanie.

Strzyboga i jej odbicie czekają w kolejce do śluzy. Żyszkoś na Nidzkim. Pływanie pod nadzorem na Nidzkim. Chyba ktoś coś schrzanił - widac po minach załogi i Oli... Marcin i jego załoga ćwiczą manewrowanie jachtem. Zaprzyjaźniona z nami załoga wrocławskiego Beza 4.

Egzamin z węzełkologii - po lewej komisja: Ola i Sawik. Druga komisja Mieszko i Agata (po lewej) znęcają się nad Lizą i Antkiem. Paweł i Krzysiek. Krzysiek, Max i Kranczer. Żyszkoś i jego załoga. Tylko dlaczego oni stoją!!! :-)

Nasz mięśniak sterydowy, czyli sternik Mariusz. Neofici w oczekiwaniu na chrzest i stanięcie przed obliczem Neptuna i Prozerpiny. Prozerpina i Neptun. Prawda, że dobrana z nich para? Już prawie ochrzczona Ruda. Zbiórka przed ostatnim śniadaniem. Paweł, Asia, Liza, Kuba, Michał, Łukasz,Martyna, Daniel, Paweł, Antek, Łukasz, Michał (Kranczer).

Tuż przed ostatnim śniadaniem. Asia. Jasiek odebrał dyplom i jeszcze uścisk dłoni Kadry. Niby nic tu nie widać, ale jakoś lubię to zdjęcie. :-) Gusia odbiera dyplom. Po lewej Ola i Mariusz. Załoga W Dali: Paweł, Łukasz, Daniel, Kranczer, Martyna, Adam.

Rozrośnięta załoga Strzybogi: Marcin, Asia, Liza, Krzsiek, Paweł, Max, Michał. Załoga Żyszkosia: Maciek, Marcin, Mariusz, Gusia, Krzysiek i Ruda. Już po obozie. Jeszcze odstawiamy Pawła na dworzec autobusowy w Piszu. I zaraz ruszamy w drogę powrotną do domu...