Co oznacza skrót Ka Wu Żet? Widać na zdjęciu.. ;) Nad garami Anka z Maga. Stare Sady.

Świat oczami KaWuŻeta, czyli relacja z sezonu 2003 w wykonaniu Oli


   Wszystko zaczęło się od tego, ze zgasł mi silnik. Była dwudziesta pierwsza zero zero, kiedy bosman raczył nas wypuścić. A ja musiałam jeszcze przestawić "Białą Damę 8" do przystani Bełbota na jez. Tajty. Silnik. Nie chciał chodzić na obrotach innych niż najniższe, więc musiałam tak powoli pyrkocąc dopłynąć na miejsce. Pamiętam początek Niegocina: miałam oczywiście pod wiatr, wiało tak ze 4B, fala, zapadający powoli zmierzch i nadciągająca z przeciwka wielka, czarna chmura, zwana cumulonimbusem. Zdążę, nie zdążę. Piękny Kanał Niegocinski jeszcze nigdy nie wydawał mi się aż tak długi.

   Zdążyłam. Adam czekał na mnie na kei, niebieska łódka już dawno przejęta. Następnego dnia miała wybić godzina zero: początek naszego pierwszego całkiem samodzielnego sezonu.


Niebieska Łódka widziana z mostu nad kanałem Piękna Góra. Dalej, w wejściu do kanału, widać Białą Damę 8, czyli Białą Łódkę. W takim zestawie pływała Niebieska Łódka przez drugie pół Pierwszego Obozu. Krzyś, Ola i Grześ. A może Krześ i Grzyś? Ola za nic nie mogła się nauczyć... Instruktor zaczytany, myślałby kto, to tylko śpiewnik.... Mariusz Czech w mesie Niebieskiej Łódki. Ja swoje, oni swoje... I tak nieźle, słucha mnie cała 1/3 załogi! COS Giżycko.

    Oficjalnie - Adam rządzi obozem, ja szkoleniem. Nieoficjalnie - współpracujemy ze sobą po prostu. I tak jest dobrze. Jesteśmy oboje z tej samej szkoły, mamy takie same poglądy na żeglarskie kształcenie młodych ludzi, nie ma zatem niedomówień. Oby tak dalej.

    Nawiasem mówiąc, ten nieszczęsny silnik został oczywiście zamieniony na lepszy. Mniej więcej w połowie pierwszego obozu. Adam i Mariusz na zasadzie prób i błędów przesiedzieli ładnych kilka godzin w macierzystej przystani "Białej Damy 8", ja z dzieciakami czekałam na nich cierpliwie w Bełbot Marinie. Udało się.


Pizzeria Królewska w Mikołajkach. Grześ nad kartą dań. Grześ - w poszukiwaniu puszczonego fału. Adam Waligórski pisze klasówkę w mesie Niebieskiej Łódki. Druga załoga Białej Damy w fordewindzie. Biała Dama przygotowuje się do podejścia do kei w Rynie. Drugi obóz. Zdjęcie od Tomka.

    "Nasze dzieci" - tak nazywam te gromadkę, która z nami pływała; ładniej brzmi niż kursanci czy uczestnicy. Średnia wieku zresztą na to pozwala, mimo że niejeden by się obraził za słowo "dziecko". Chyba też lepiej oddaje nasz stosunek do nich, mimo złośliwych komentarzy niektórych na temat "obozów przetrwania". W naszym wykonaniu obóz przetrwania polega na tym, ze trzeba z pomocą dwóch innych osób zrobić jedzenie dla wszystkich. I co gorsza, potem po tym robieniu pozmywać. I jeszcze wiadro z mydlinami każą gdzieś do lasu głęboko wynosić, ze niby mamy nie zanieczyszczać. Zgroza. Żaden przyzwoity czternastolatek, który właśnie pierwszy raz w życiu ma w ręku zmywak do naczyń, nie przeżyje czegoś takiego bez bólu. :)

    "Nasze dzieci" zatem. No, mogę jeszcze mówić "towarzysze". Ale ja się gubię, czy to jest aktualnie poprawne, czy niepoprawne politycznie.

    Nie sposób zrelacjonować trzech obozów za jednym zamachem. Za każdym razem inaczej, inne dzieci oczywiście, inni ludzie spotkani na drodze, inna pogoda. Wszystko inaczej.

    Ludzie, których spotkaliśmy, łączyły dwie rzeczy: miłość do żeglowania (w rożnych, gorszych lub lepszych wydaniach) oraz przekonanie, ze jesteśmy małżeństwem. Nie, nie jesteśmy. Od urodzenia jestem Młodszą Siostrą. :-)

    Siedzę teraz w akademiku w małym uniwersyteckim miasteczku w Belgii i usiłuję sobie uporządkować obozy, co się kiedy działo, kto kiedy pływał. Coś tam pewnie niejednokrotnie przeskrobali, na pewno było trochę spięć, ale wspominam te obozy jak takie jasne, mile pasmo. Oby tak dalej, oby dzieciaki wspominały je tak samo.

    No dobra, do roboty.


Był grot dół i jeszcze na wodzie ślad po kręceniu oberka. Zdjęcie od Tomka. Fok dół! Zdjęcie od Tomka. Biegnąca po falach w pełnej krasie. No to mamy manewry awaryjne, zabrakło prędkości i zwiewa w bok. Zdjęcie od Tomka. Cumy, szpringi, odbijacze - i zaraz będzie: tak stoimy. Ryn-Stock. Zdjęcie od Tomka.

   OBOZ PIERWSZY zatem - najmniejszy, ale za to z największą ilością kadry: Mariusz Czech dosiadł "Białej Damy 8", ja wsiadłam na niebieskiego morsa, Adam trochę z nami pływał, trochę jeździł za nami samochodem. Do mnie na jacht wsiadają Krzyś, Grześ i Maciek, do Mariusza - Adam, Kuba i Robert. I płyniemy. Rodzinnie. Dziewięć osób, trzy rodzeństwa.

    Każdy Mors, mimo podobnych przecież bardzo konstrukcyjnych zasad, pływa nieco inaczej. Siedzimy na nich pierwszy raz w życiu i uczymy się naszych łódek. Wtedy jeszcze nie wiem, ze pół roku później niebieski mors i trzy jego bliźniacze siostry będą już własnością Szkoły :-). A pierwsze dni pływania mamy w trudnych warunkach: przez pięć dni ani razu nie udaje nam się dopłynąć tam, gdzie rano planowaliśmy. Trasę Giżycko- Sztynort kończymy na Zimnym Kącie, bo pogoda jest taka: burza-slonce-burza-burza. Ze Sztynortu na Przystań wypływamy po południu- rano wieje za mocno. Trasę na Przystań kończymy w Węgorzewie, tam przynajmniej z wiatrem. Nie chcemy jechać z dziećmi pod wiatr o sile 6B, to ma być przecież bezpieczne. Nasi chłopcy nie należą do najpotężniejszych, nie dość, ze nie ma kim balastować (Grześ i Krzyś razem wzięci ważą na pewno znacznie mniej niż Adam), to jeszcze szoty w rękach ciężko utrzymać. No, ale po kilku dniach wicher się uspokoił i szkolenie rozpędziło się na dobre. My- robimy dochodzenie, czy Grześ aby na pewno jest pierwszy raz w życiu na jachcie. Krzyś odkrywa, że jak na jachcie są trzy osoby, a nie osiem (jak miał na obozie w ubiegłym roku), to pracy jest trochę więcej. Adam z Maćkiem w każdym porcie, nawet jak to jest środek lasu, szukają stołu bilardowego. Robert i Kuba dochodzą do wniosku, ze pływanie wystawia przyjaźń na próbę, to w końcu dwa tygodnie razem na bardzo malej przestrzeni. Maciek natomiast po raz czwarty w życiu dochodzi do wniosku, ze nie lubi tego całego pływania. Wypuszczamy go do domu. Dość zaskakujący widok: Maciek się cieszy, ze resztę wakacji spędzi w Warszawie. Jest 29 czerwca.


Agatka z Dominiką zmywają, wyleguje się druga Agatka. Małe Jagodne. Dominika cierpi na nadczynność kciuka prawej dłoni. Piotrek. Kozin, omawiamy jakiś sprawdzian. A baby w kuchni... Dwie Agaty i Dominika.

    Któregoś dnia, jeszcze przed wyjazdem Maćka, budzę się rano z dziwnym uczuciem, że coś mi nie gra. Że ta łódka jakoś mi się za bardzo rusza. Nie stukam o pomost, wiec to nie kotwica. Podnoszę głowę - nie taki krajobraz pamiętam z wczorajszego wieczoru, i w dodatku ten krajobraz mi jeździ praaawo - leeewo. Wystawiam się na pokład już właściwie wiedząc, co zobaczę. Oczywiście, stoję na środku jeziora. Budzę chłopaków, łapiemy z Maćkiem za pagaje i jazda budzić Mariusza, łobuzującego instruktora.

    Jak to było? Razem z Adamem, tym młodszym (Adam- szef wtedy chwilowo pływał z Andrzejem, któremu na trzy dni zabrakło instruktora), wypagajowali nas na środek jeziora, postawili na kotwicy i wrócili wpław do brzegu. W kamizelkach, z pagajami w zębach.... żeglarstwo ma i takie strony :). Wspominamy, jak to z Mariuszem i innymi instruktorami kładliśmy maszty na "Eolu", jak kradłam bom, jak Adam woził worek z piaskiem...

    Gonimy do Popielna, tam jest Adam, woli nas mieć wszystkich na oku. Duże, fajne ognisko razem z "Orlandem". Rano- wycieczka do bobrów i innych ciekawostek ośrodka PAN.

    Egzamin? Krzyś musi jeszcze rok poczekać. Robert i Kuba ciągle zmieniają zdanie: Robert jak trzeba otworzyć książkę, Kuba jak trzeba pływać. Nie naciskamy, to ma być ich decyzja i ich przyjemność. W końcu rezygnują. Zostali - Adam i Grześ. Trzymam za nich kciuki w drodze do Skierniewic, na wesele przyjaciół. Trzymanie kciuków ma dobre skutki: obaj jadą do domu jako pełnoprawni żeglarze. Zdążyłam im pogratulować, zanim pojechali do Łowicza. To było wesele w trybie przyspieszonym. Tylko z jakichś przyczyn wszyscy mnie pytali, czemu mi skora schodzi z nosa.


Koniec wydawania posiłku! Drugi obóz, Małe Jagodne, trenujemy węzełki. Mało w skali Beauforta, boczny hol, Ola i Agata Kendracka - instruktor na wakacjach. Rozrośnięty o jedna załogę obóz na biwaku w zatoce Rominek, jez. Ryńskie. Tuż przed śniadaniem. Drugi obóz w komplecie- koniec kei w Starych Sadach.

    OBOZ DRUGI zaczynamy z mniejszą tremą i w liczniejszym składzie. Przesiadam się na "Białą Damę", na niebieskiego morsa wsiada Adam. Ze mną - Piotrek, najstarszy i z całej siły unikający zdominowania przez dziewczyny, i cztery zgrane kobietki: dwie Agaty, Ilona i Dominika. Z Adamem - skład męski: Paweł, Łukasz, Mikołaj, Kacper i Adaś, nasz jedyny pełnoprawny żeglarz. Podział załóg powoduje stworzenie się podgrup, ale ekipa w końcu się zżywa i chyba dobrze się bawią. Są znacznie starsi niż poprzednicy i bardziej doświadczeni żeglarsko, będzie łatwiej.

    Od razu pierwszego wieczoru stojąc w zatoce Skanał oglądamy niecodzienny widok: dziewczyna wyskakuje z jachtu do wody chcąc oddać cumę, ale jej nogi zostają zaplątane w koszu dziobowym na jachcie. Jest głębiej niż myślała, traci równowagę i - ubranie do zmiany. To jest Ania. Razem z drugą Anią i Tomkiem, tatą drugiej Ani, pływają na Sportinie 680 "MAG". Tomek i dwie Anki towarzysza nam aż do końca swoich kilku dni na Mazurach. Zatem obóz nam się nieformalnie powiększa. Jest miło.

    Pierwszy wieczór tego obozu pamiętam bardzo mocno. Pierwszy od wielu lat, kiedy cale towarzystwo z zatoki zebrało się przy jednym ognisku. Cisza nocna naszej młodzieży rozpoczęła się zdecydowanie za wcześnie, to normalne... Nam, przy szantach i wielu innych pieśniach, przy Chyle i Waligórskim, dane jest dotrwać do świtu. Rano zostały nam ze śniadania kanapki, więc zanosimy je sąsiadom, ku ich radości. Żegnamy się i w drogę. W Kozinie wsiada do nas Agata, instruktor po pracy na obozie u Andrzeja. Zostanie z nami przez kilka dni, za zgodą całego obozu. Od razu w Kozinie prowadzi wykład z locji - jak już przyjechała, to niech chociaż zarobi na te kanapki - śmiejemy się.

    Z Kozina mały przelot, tylko na Małe Jagodne. Nie miało tak być, ale zawróciliśmy - spotkać się z Andrzejem. Ognisko. Śpiewanie. Ustalamy nocne wachty, na tym biwaku niestety trzeba. Moja wypada o świtaniu. Czytam raport poprzednich wacht. Siedzieli przy gacku, malej lampce gazowej. W raporcie czytam: "gacek nie dal rady, trachnął go ząb czasu". Towarzyszy mi Agata. Zachwycamy się jeziorem o świcie. Matka Natura ma nieprawdopodobny zmysł estetyczny.


Ruciane Nida, my i nasze dzieci z dyplomami z okazji przetrwania obozu. Trzecia załoga Białej Damy. Rominek, jez. Ryńskie. Kotwicę rwij! Trzeci obóz rusza z Rominka. Tylko zdejmijcie te odbijacze!!!; zdjęcie od Tomka Runda honorowa przed Magiem, to było nasze ostatnie spotkanie w tym sezonie. Trzeci obóz. Zdjęcie od Tomka. Kuba. Czy Pani wie, mamo Kuby, jak Kuba lubi sprzątać? ;)

    Jedziemy na południe, w kanały, widzimy za plecami burzę. Decydujemy się zatrzymać w Zielonym Gaju. Dalej możemy nie zdążyć. Adam do Gaju dopływa w sama porę, nam zabrakło kilkuset metrów. Te kilkadziesiąt sekund, to niezauważony ubytek paliwa w baku. Niestety, benzyny czasem trzeba dolać... Przypływamy do Gaju na sam początek burzy. Sztormiaki narzucone na stroje kąpielowe. Cumujemy i idziemy na herbatę. Pani w Gaju patrzy na nas i każe nam zostawić sztormiaki przy drzwiach. Woda leje się z nich jak z kranu. Uśmiechy na paszczach takie, że omal głowy nie popękają. Zimno, mokro, wiatr głowę urywa, a żeglarz szczęśliwy.

    Mikołajki, środek obozu. Agata-instruktor odjeżdża na zlot żaglowców do Gdyni. Piotrek zakłada się z chłopakami, że zrobi 60 pompek. Przegrał na 57mej. My jesteśmy pod wrażeniem, on jest załamany. Szkoda. Już jest ciemno, jak przypływa jakiś obóz. Pięknie, cichutko, gdyby nie to, ze siedzimy na kei, nie zauważylibyśmy ich. Tak trzeba. Znowu śpiewamy. Pierwszy raz, kiedy człowiek wieczorem nie zakłada na siebie wszystkich posiadanych swetrów. Nareszcie lato. Jest polowa lipca.

    Z tego obozu pamiętam jeszcze najdłuższy nasz przelot: z Kaczegorajna do Starych Sadów. Oczywiście mieliśmy pod wiatr, ale w Sadach czekał na nas Andrzej, mieliśmy zasiąść w komisji egzaminacyjnej. Przelot długi, męczący i atrakcyjny: na Śniardwach 5B. Mors skacze na falach, woda pryska w twarz. Agatka schodzi pod pokład i za chwilę wychodzi bladozielona. Jak huśta, to się siedzi na wierzchu - oto jej dzisiejsza lekcja. Jest pięknie, ciepło i wieje. W takich chwilach człowiek zapada się w żeglarstwo po same uszy.

    Na egzaminie - niestety, na 9 zdających osób tylko 6 wróciło z patentami. Ktoś oblał teorię. Kogoś zjadł stres egzaminacyjny, ale niestety, w żeglarstwie ze stresem trzeba się liczyć. No i pogoda zweryfikowała umiejętności. Komisja czekała na wiatr. Po dwóch tygodniach pięknej żeglarskiej pogody - trudny jest taki egzamin, kiedy się pływa na podmuchach. Ale i tu łut szczęścia gra rolę. Szkoda. Jednak nie możemy robić fabryki patentów. Mamy się przecież później spotkać na wodzie.

    Obóz kończymy w Rucianem. Ku naszej radości, towarzystwo umawia się na przyszły rok. Nasz Tata przywozi żarcie na kolejny obóz. Trzeba to rozpakować. Potem z Tatą jemy obiad, dajemy mu Adasia, i jadą we dwóch do Warszawy. My - do jutra urlop. W stanie beztroskiej głupawki chodzimy po Rucianem. Dostaję wielki czerwony kapelusz od słońca. Będzie mnie widać z drugiego końca jeziora.


Paulinka i dzikie ptactwo w COSie. Jadźka uczy się jeść pieczarki pod czujnym okiem kadry. Kozin. Pierwszy biwak trzeciego obozu, Mała Guzianka, Jadźka i Krzyś. Paulinka. Ciężko pracujący KWŻet- chora Ola w COSie, końcówka trzeciego obozu.

    OBÓZ TRZECI na niebieskiej łódce rozpoczynają: Piotrek O., Amanda, Hania, Kuba i Krzysio. Na białą wsiadają Maks, Paulina, Bartek (żeglarz patentowany i moja wielka pomoc, którą sobie wyszkoliłam wiosna na Zegrzu), Karol i Piotrek K. Maks, Paulina i Piotrek K. spóźnią się, dojadą na biwak. Płyniemy na śluzę, ale widząc tam kolejkę na kilka godzin i dwa statki Białej Floty, rezygnujemy i zatrzymujemy się w krzakach jeszcze przed śluzą. Zanim spóźnialscy dotrą, obóz zdąży się już zżyć tak, jakby się znali sto lat - sami się potem temu dziwili. No i Piotrek K. został Jadzią. Na własne imię po dwóch dniach przestał reagować.

   Musimy się przestawić na to, że są sporo młodsi niż poprzednicy, ze wszystkimi tego konsekwencjami (schowaj głęboko słodko powlekaną witaminkę c!). Kuba na przykład zrzuca sobie ser z bułki sprawdzając, która jest godzina. Ktoś na kartkówce z locji przerysowuje znaki z widocznego z daleka mostu, bardzo sprytnie, tyle że na tym moście wiszą też reklamy. No i - bycie instruktorem-wychowawcą wyrabia niebywale umiejętność powtarzania tej samej rzeczy trzydzieści razy. Dziennie oczywiście. Za to nie musieliśmy gonić nikogo na ciszę nocną, sami chodzili spać. I uczyli się pilnie teorii. Rzadkość. Niektórzy nabyli jeszcze innych, nie mniej niż manewrowanie jachtem przydatnych umiejętności, jak na przykład krojenie pomidorów. I mielonki. Patrząc na nasze dzieci z trzeciego obozu stwierdziliśmy, że na następne bierzemy tylko mielonkę i dżem. Wszystko inne jest niejadalne ;-).

    Jest przełom lipca i sierpnia, niemal codziennie z wody spędzają nas burze. Taka nadciągającą burzę widać bardzo długo, nie wyskakuje zza krzaka. W Kozinie na przykład czekaliśmy ze dwie godziny. Cumulonimbus był potężny, wisiał i straszył, siedzieliśmy na ławeczce czekając na efekty. Popadało piec minut i poszło. Ale - nigdy nie wiadomo, co z takiej chmury wyniknie, lepiej swoje poczekać niżby mieli potem mówić o nas w telewizji, że nas "burza zaskoczyła". Burza nie zaskakuje, burza ostrzega.

    Po każdym Teleexpresie, w którym są wiadomości o burzach na Mazurach, mamy nawałnicę... telefonów od rodziców naszych dzieci. Do naszych - dzwonimy sami. Co się mają denerwować.

    Przed jedną nie zdążyliśmy, spieszyliśmy się na Rominek, chcieliśmy dopłynąć jak najdalej. Jadźka śmiał się głośno i radośnie, i był strasznie rozczarowany, że zwialiśmy w pierwsze krzaki. Nawet tam nie było dojścia do brzegu. Moknąc, rozkładamy ceratki w kluczowych miejscach pokładu Białej Damy. Żeby dzieciom nie ciekło na koje. Specyfika jachtu. Żeglarstwo ma i takie strony. Siedzimy, deszcz stuka o pokład, czekamy. Potem przeskakujemy na Rominek, tam umówiliśmy się z Tomkiem z "Maga", który znów pojawił się na chwilę na Mazurach. Stajemy na samym końcu zatoki, za takim wąskim przesmykiem między zasiekami z sieci. Znowu pada. Pijemy z Tomkiem herbatę, dzieci schowane w jachcie grają w karty. Zaglądam do nich i zarządzam komisyjne mycie nóg przy pierwszej okazji.


Śluza Guzianka- ciepła krew poleje się strugami... Kokpit Białej Damy: Karol, Maks steruje, Piotrek (Jadźka) i czerwony kapelusz Oli. Na dziobie Bartek. No i jak tu nie kochać Mazur? Tanie landszafty jeden koło drugiego...

    Miejsce na Rominku jest dziwne, blisko droga, dobry dojazd do biwaku. Decydujemy się na noc uciec na wodę. Związujemy się kilometrami lin, kolejne kilometry zakładamy jako liny kotwiczne. Muszą dobrze trzymać. Jako zestaw sprzężony spadamy na wodę. My mamy trochę spokojniejszy sen, dzieciaki mają atrakcje spania "na środku oceanu".

    Szkolenie, szkolenie... sztagi, rufy, ósemki, podejście do człowieka. Sztynort, upał jak sto nieszczęść, pewnie znowu będzie jakaś burza. Wchodzimy do sklepu, Adam zimny Tymbark, ja - zimne Frugo i katastrofalne skutki... Następnego dnia budzi mnie ból gardła. Myślę, że przejdzie. Ale w nocy wyganiam Bartka po Adama, żeby mnie poprzykrywali żaglami. 38,6 i dalej temperatura rośnie. Maciek, Bartka Tata, na odległość Warszawa- Giżycko postawił mnie na nogi w trzy dni. Przeraziła mnie ilość paracetamolu, jaką kazał mi wziąć pierwszego wieczoru na zbicie gorączki. Ale pomogło. Budzę się w nocy mokra, wycieram się prześcieradłem. Jest lepiej.

    Dwa dni przeleżałam na posłaniu pod drzewami w giżyckim COSie. Posłanie - tent, materac, śpiwór, na wierzch dwa żagle. Adam pływa manewry z tymi, co chcą zdawać egzamin. Krzysio i Paulinka jeszcze nie mogą, Bartek już nie musi. Zostają ze mną na brzegu, pilnuje ich, usiłując jednocześnie spać. Nie wychodzi, rezygnuję ze spania.

    Dzieciaki wracają z wody, rozsiadają się dookoła mnie. Adam przynosi mi mnóstwo soku, to jak Święty Mikołaj w środku lata. Towarzystwo, pozazdrościwszy, złapało za śpiwory i urzędują na tej trawie razem ze mną. Pytają o milion rzeczy, opowiadają. Milo, ze tu siedzą i im dobrze. Maks wpada na pomyśl- ułóżmy się w napis "W DAL"! Świetnie! Akcja odbywa się następnego dnia. Marysia, Adama koleżanka, która nas odwiedziła, zostaje na chwilę fotografem. Jakiś ostatni wykład i przeskakujemy do Bełbota. Tam jest egzamin. W przeddzień- ostatnia manewrówka. Amanda i Hania decydują się przełożyć egzamin na przyszły rok. Brawo. Taka decyzja, kiedy się jest na szkoleniowym przecież obozie, jest strasznie trudna i wymaga ogromnej dojrzałości. Jesteśmy dumni z dziewczyn. Piotrek robi podejście do kei od razu rufą, pełen niepewności. Wyszło? E tam, wyszło, po prostu umiesz.

    Na pięcioro zdających - trzy sukcesy. Kilka łez. Szkoda. Zabrakło gdzieś pewności siebie. Tak bywa. Czasem zdają wszyscy, czasem mniej niż polowa. Nie w tym roku, to w przyszłym. Nie mogliby jeszcze pływać samodzielnie. Sami mówią, że i tak by przecież popłynęli z nami. Podoba im się. Wrócą na wodę. I o to przecież chodziło w tym całym ich pływaniu.

    Jeszcze tylko końcowy klar. Pakujemy do pełna samochód. Dzieci jadą do domu. Z pomocą Piotrka i jego Mamy przestawiam Białą Damę z powrotem do Giżycka. Tym razem świeci słońce, jest środek dnia, piękna pogoda, silnik się nie buntuje. Zsiadamy, oddaję załogę, oddajemy łódkę i ruszamy do domu.

    Nasz pierwszy sezon się skończył.




   Półtora miesiąca ciurkiem na wodzie, wydarzenia się mylą, zlewają w pamięci. Jedno, długie i jasne wspomnienie. Ciężka praca i wielka przyjemność. Wróciliśmy do domu wiedząc, że dzieciaki są zadowolone i że chcą do nas wrócić w przyszłym roku. Umawiają się na terminy. Mnóstwo satysfakcji. Piotrek, wychodząc z naszego domu w Strzybodze, rzuca pamiętne dla nas zdanie:

   "Róbcie więcej takich obozów!"

   Cóż za motywacja! Mamy zatem cztery niebieskie łódki. W momencie, kiedy piszę te słowa, Adam z pomocą rodziców wyciąga je z wody. Zamieszkają na zimę w hangarze. A latem - cała naprzód!

powrót do głównej