Szef Szkoły i jego imiennik - mors turystyczny zresztą. COS, Giżycko.

Jak to było, że zadziałało - według Adama


   A początek był w styczniu 2003 roku, kiedy trzeba było uruchomić firmę. Ot, drobiazgi do pozałatwiania, a to wpis do ewidencji, a to regon, a to coś tam jeszcze. Całe szczęście, że ubezpieczony jestem w KRUS (w końcu mam całe 10ha ziemi) i mogłem zrezygnować z ZUS. Kto ma własną firmę, ten wie dlaczego. Ale to nie na temat.

   Zaraz potem powstaje www.wdal.prv.pl, drukują się plakaty i ulotki, całkiem ładne zresztą. Potem zaczyna się akcja promocyjna, spotkania z rodzicami w szkołach, plakatowanie, ulotkowanie i takie tam. Czas leciał jak błyskawica, im bliżej było czerwca, tym większego miałem stracha. Czy się uda? Czy będą chętni? Gdzie wynaleźć pieniądze, żeby zapłacić zaliczki za jachty?


Zarefowana Niebieska Łódka wychodzi na manewrówkę na Kisajno. Teraz to jest już jeden z NASZYCH jachtów. Biała Dama 8 pod dowództwem Mariusza w drodze na manewrówkę na Kisajnie. Obóz Pierwszy- Adam i nasze dzieci. Od lewej: Grześ, Robert, Kuba, Adam, chowający się Maciek i Krzyś. Biała Dama 8 - widok niekoniecznie z lotu ptaka, ale za to z mostu nad kanałem Piękna Góra. Dorosła i Poważna Kadra Obozu w pełnej krasie, czyli Ola i Mariusz.

   W końcu wszystko zaczęło się ruszać, telefon zaczynał dzwonić, byłem coraz bardziej zadowolony. Chętni byli :-)

   Nadszedł czerwiec. Chwila paniki, oczywiście z powodów finansowych, w końcu wszystko dobrze się kończy. Jadę do Makro na zakupy jedzeniowe, przywożę pełne auto żarcia. Wszystko już przygotowane. Zaczynamy. Adrenalina - 500% normy.


Grześ pisze klasówkę w mesie Niebieskiej Łódki. Stoją na jachcie, buchta na dziobie godna pożałowania... ale za to - jedna ręka dla jachtu, jedna dla siebie! Robert, Kuba i Adam, COS Giżycko. Wszędzie dobrze, ale w hundkoi najlepiej- każdy żeglarz to wie... (Krzyś). Zarefowana Biała Dama, Mariusz Czech (wystający z zejściówki) płynie na manewrówkę. Jez. Kisajno. Ostatni dzień Pierwszego Obozu - Adam i nasza ekipa, Stare Sady.

   20 czerwca wyjeżdżamy. Mój wehikuł, 18-letni Duży Fiat, dowozi nas na miejsce (autko z zewnątrz nie wzbudza zaufania, ale jest bardzo dzielne i pracowite. Zresztą inwestycja w porządny samochód to przyszłość. Na razie są ważniejsze rzeczy do kupienia).

   21 czerwca wybija godzina ZERO. Mamy komplet uczestników, cała naprzód. Pamiętam, że pogoda była "wybitnie barowa", lało okrutnie i zastanawialiśmy się, czy płynąć. Dzieci (dlaczego o załogantach mówimy dzieci napisała Ola w swojej relacji) zameldowały, że chcą płynąć mimo paskudnej pogody. Chcą? Świetnie!!! Płyniemy. A, że leje? A co tam, w końcu z cukru nie jesteśmy, sztormiaki też mamy.


Wybitnie męska załoga Niebieskiej Łódki na Drugim Obozie. Na lewej burcie: Mikołaj i Adaś, na prawej - Paweł, Łukasz i Kacper. Jez. Jagodne. Jest pewna różnica pomiędzy wybieraj a wybierz. Kacper się uczy- wbrew pozorom, tej pierwszej. Mikołaj i Dziesięć w skali Beauforta (o, teraz możecie się nauczyć, jak się pisze to trudne nazwisko...). Nareszcie ciepło! Łukasz i Kacper jako obciągacze bomu. Na wstecznym przepłynęliśmy mniej więcej 1/3 Śniardw... Najpierw praca, potem przyjemność- zanim zejdziecie z jachtu, klar portowy. Chłopcy z Niebieskiej Łódki nad grotem.

   Płynęło nas troje instruktorów (Ola, Mariusz i ja). Od razu wymyśliłem, że w czasie tego turnusu będę jeździł autem za obozem, na pewno się okaże, że czegoś brakuje. I okazywało się, a jakże, zakupy robiłem codziennie. A teraz jestem mądry i wiem, o czym należy pamiętać.

   A dzieci? Szóstka (potem piątka, o czym pisała Ola): Grześ i Adam (rodzeństwo), Krzyś, Kuba, Robert i Maciek. Myślę, że wsiąkły w żeglarstwo dokładnie, spodobało im się to. Grzesiowi nie wierzyliśmy, że był pierwszy raz na łódce - od początku poruszał się po jachcie, jak "stary" żeglarz. Adam - spokojny, bardzo myślący. Kuba z Robertem - dwóch przesympatycznych rozrabiaków. Szkoda nam tylko Maćka, który po raz czwarty pojechał na obóz żeglarski i po raz czwarty stwierdził, że to nie to. Cóż, nie wszyscy muszą żeglować, nie wszyscy muszą lubić ten sport. A my NIE możemy nikogo zmuszać do żeglowania. To MA być przyjemność. Przede wszystkim.


Paweł - standardowo uśmiechnięty. Sądząc po aurze, płyniemy z Kamienia do śluzy. Znowu Paweł - pewnie znowu ma jakiś chytry plan w zanadrzu, bo uśmiech ma jakiś podejrzanie grzeczny... Na zarefowanej Niebieskiej Łódce. Cumowniczy, cumowniczy.... jak to było? (Ryn - Stanica Stock, godna polecenia wszystkim), zdjęcie od Tomka. Keja pięć metrów! Keja trzy metry! Niebieska Łódka cumuje w Rynie. Zdjęcie od Tomka. Płyniemy pełnym wiatrem, maszyna równo gra... W drodze do Rucianego, w tle stawianie masztu na Białej Damie.

   W trakcie obozu wyjeżdżam na chwile do Warszawy, na zakupy - jedzonko na kolejne dwa obozy. I bardzo ważny zakup - kuchenka gazowa, taka, do której można podłączyć dużą, 11kg butlę. Gotowanie musi iść sprawnie, nie możemy godzinami czekać, aż coś się zagotuje na małej, turystycznej kuchence. Na nadchodzący sezon kupię duże palniki - w końcu trzeba będzie przygotować posiłek na 24 osoby (4 jachty = 4 załogi).

   Jedzenie. Myślę, że było smaczne, aczkolwiek nie było to to, czego oczekiwałem. Cóż, przygotowywanie posiłków z "gotowców" jest dosyć trudne. Przede wszystkim wszystkie przetwory są zrobione w sosie pomidorowym. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Fajnie by było, gdyby jedzonko jakoś urozmaicić. Jak? Gotowania w domu i wekowania wszystkiego jakoś się boję. Nie daj Boże, żeby ktoś się zatruł.... Cóż, uatrakcyjnienie żarcia to moje zadanie na nadchodzącą zimę i wiosnę. Na pewno będzie lepiej. Chodzą mi po głowie jeszcze weki - takie jak jeszcze 15 lat temu wszyscy zabierali na wszelkie wyjazdy (bo sklepy były puste. Starsi pamiętają, dla młodszych to bajka o żelaznym wilku...). Ale raczej nie - za duże ryzyko, że coś się zepsuje, a przecież nie wolno otruć dzieci. Nawet niechcący. Trudno, może będzie odrobinę gorzej, ale za to pewniej.


Dlaczego na obozie żeglarskim człowiek się uczy kroić pomidory? Kacper i Łukasz, Kozin. Oto kapitańskie smacznego. Śniadanie na Rominku, zdjęcie od Tomka z No to robimy konkurs zgadnij kto to? i zgadnij gdzie to? Ja wiem :-) Niedźwiedzie Mięsko na Śniardwach. Teraz jesteśmy już schowani pod nawietrznym brzegiem, zatem wydaje się, że nie ma wiatru... No i zdechło. W bocznym holu gonimy Andrzeja Orłowa. Z lewej - Adaś Janisch, z prawej - Ola z gitarą i Agatka Kendracka, pani instruktor na wakacjach. Reszta udaje, że się uczy.

   No dobra. Pierwszy obóz się skończył, zaczął drugi. Dzieci starsze, najmłodsze, o ile pamiętam miało 14, najstarsze 18 lat. Pewnie się obrażą za dzieci, ale co tam. Proponuję poczytać to, co Ola napisała. Pierwszego dnia obóz rozrósł się o jedną łódkę, o sportinę 680 czyli Maga. Na Magu pływała przesympatyczna załoga, zaprzyjaźniliśmy się i pływaliśmy razem przez tydzień. Doszło nawet do tego, że żywiliśmy się razem, Mag wszedł w nasze wachty, było świetnie. Szkoda, że pływali zaledwie przez tydzień. Popłynęliśmy przez Śniardwy aż na Kaczerajno, kawał drogi, miło było, bo z wiatrem. Za to z powrotem zrobiły się małe schody, bo było pod wiatr. Wiatru było całkiem całkiem - 5B. Morsy porefowane, z małymi, sztormowymi fokami dały sobie radę bez żadnych problemów. Etap ten skończyliśmy w Starych Sadach, załogi zmęczone, ale zadowolone. Miały namiastkę "niedźwiedziego mięsa".

   Co jeszcze się działo? W zasadzie Ola opisała ten obóz dość dokładnie, nie ma sensu pisać tego samego. No, może jeszcze mała przygoda z Pawłem, kiedy najpierw do siebie dzwoniliśmy, a potem pisaliśmy esemesy... Nie wiedząc o tym... Potem cały obóz śmiał się z nas.


Załoga niebieskiej łódki w komplecie, boczny hol, jez. Jagodne. Z okazji końca obozu pakujemy do pełna Białą Damę. Na dole - szefostwo. Dziewczyny, od lewej: Ilona, Agata, Agata, Dominika. Chłopcy, też od lewej: Kacper, Adaś, niżej Mikołaj, Łukasz, Paweł, Piotrek. Linę kotwiczną wybieraj! Obóz trzeci, wychodzimy z Rominka. Zdjęcie od Tomka. Ciągle to samo miejsce, ale zaraz odpłyniemy na dobre - do przyszłego roku!!! Zdjęcie od Tomka. Ten patyk sterczy w górę bez sensu, jeszcze o coś zahaczymy... Czasem lepiej, jak leży. A za sterem Kuba.

   Trzeci obóz zaczął się w Rucianem, popłynęliśmy najpierw na śluzę, ale jak zobaczyliśmy kolejkę, a potem dwie dyskoteki (czyli statki białej floty, które mają pierwszeństwo w śluzie) zmieniliśmy plany. Popłynęliśmy na biwak na jeziorze Guzianka Mała (które, żeby było ciekawiej, jest większe od Guzianki Wielkiej). Po południu dojechali spóźnialscy - Paulinka, Maks i Piotrek, znany również niektórym jako Jadzia. Piotrek, którego przywieźli oboje rodzice, wpadł na pokład, wrzasnął "Cześć Tato" i w zasadzie to było całe pożegnanie. Dzieciaki, dużo, dużo młodsze od poprzedniej ekipy zżyły się w ciągu 2 godzin. Strasznie to było miłe.

   Szkolenie się kręciło, pływaliśmy to tu to tam, było strasznie fajnie. Złapała nas jakaś burza, uciekliśmy przed nią do brzegu, jakoś tak głupio, kiedy nad głową chmura, a na pokładzie 9 metrowy maszt. Pod drzewami bezpieczniej. Wiatru było sporo, choć nie obeszło się bez chwil ciszy, kiedy to pływaliśmy na silnikach.


Ponownie Kuba, tym razem na drzewie :-) Chyba wszyscy tam wleźli. Płyniemy w kanał Kula. Trzecia załoga Niebieskiej Łódki. Na prawej burcie Hania i Amanda, na lewej- Krzyś i Piotrek. Za sterem stoi Kuba. Ciekawe kto kogo zje - Hania łabędzia, czy łabędź Hanię? COS Giżycko. Piotrek z Krzysiem (widać go tylko pół) w Kozinie wygrali gary. Do zmywania.

   W Kozinie zabrakło gazu w butli - jakoś myślałem, że spokojnie wystarczy na dwa obozy. A tu nie... Na szczęście we wsi był punkt wymiany butli, mały kryzys został zażegnany równie szybko, jak powstał. Dobrze, że staliśmy akurat w porcie, a nie na jakimś dzikim biwaku.

   Obóz skończył się egzaminem, niestety nie wszystkim się udało... Cóż, bywa i tak. Najważniejsze, że wszyscy byli bardzo zadowoleni i przynajmniej twierdzili, że przyjadą w przyszłym roku. Zobaczymy.


Żeglarz ze wzrokiem utkwionym w dal... Piotrek. Powiało! Zarefowana Niebieska Łódka nie mam pojęcia gdzie - chyba jez. Tałty

   A ja już rozmyślałem, jak tu zrobić, żeby kupić cztery niebieskie łódki. Kończąc obóz miałem już jedno w głowie. Załatwić kredyt. Udało się to z duuuuużym bólem, jeden bank (nazwy nie podam) odmówił na zasadzie nie bo nie i już. Fajny kredyt tam był, z dopłatami "europejskimi", oprocentowany zaledwie na 4%. Cóż, jak ktoś chce taki kredyt, to musi, no...., spotkać się nieformalnie z analitykiem i jeszcze bardziej potajemnie do niego przemówić.... Smutne to, ale prawdziwe, ja jestem jednak zawzięty na takie działanie, uparłem się, że się z nim nie spotkam. W innym banku sprawę udało się zamknąć w niecałe dwa tygodnie.... Jest różnica?

   Łódki już mamy, a teraz już rozmyślam o następnym sezonie - co usprawnić, jak ulepszyć, jak uatrakcyjnić. I będzie lepiej. Zapraszam.


powrót do głównej